Dzieci
Po kilku tygodniach odkrywania różnic kulturowych stwierdziłyśmy ze smutkiem, że styl wychowania ukraińskich dzieci jest podobny do tego u nas sprzed trzydziestu lat.
Warunki były ekstremalne ale dzieci przystosowały się do nich dość szybko. Czuły się u nas dobrze i najbardziej doskwierała im ciasnota. Cały dzień działał pokój zabaw i tam nasi studenci pełnili dyżury, organizowali opiekę, gry i zabawy. Matki w tym czasie załatwiały swoje sprawy. Gorzej było, gdy studenci kończyli dyżur a dzieci dalej się nudziły. Kilka pań zobowiązało się do opieki nad grupką malców i nawet miały grafik ale kończyło się to kłótnią.
Niższe piętra hotelu normalnie funkcjonowały i nie można było przeszkadzać gościom, niedopuszczalne były zabawy i bieganie po klatkach, w windzie i na innych piętrach ale zakazy swoje a życie swoje. Do rozpaczy doprowadzały nas strugi jogurtów na schodach, porzucone nadgryzione owoce, śmieci, zabawki, kartoniki z prawie pełnymi napojami. Trzeba było uważać z wózkami załadowanymi chemią do sprzątania. Miałam doświadczenie ze szkoły, gdzie wózka ze sprzętem nie wolno było na chwilę spuścić z oka. To bardzo poważne naruszenie przepisów ale przecież nie chodzi o przepisy tylko o zdrowie i życie dzieci.
Dlatego zwracałyśmy uwagę mamom a one darły się na dzieci i groziły im laniem, oddaniem na policję i, co było przykre bo na litość boską jak można mówić dziecku w obcym kraju że „pani cię zbije”, pani cię zabierze”, „przyjdzie po nas policjant” itd. Wolałam więc już nic nie mówić. I niestety, dzieci były bite i były z tego powodu poważne sprawy, tego nie pobłażałyśmy. Na jednym z nagrań monitoringu widać było, jak matka uderza dziecko w głowę tak, że mała odbija się od ściany.
Raz zapytałam jedną z pań, dlaczego jej dzieci tak przeraźliwie długo płaczą po śniadaniu. Płacz był systematyczny, długi i bardzo niepokojący. Nie wiedziałam czy to zgłosić czy zapytać ale najpierw zapytałam. Okazało się, że dzieci muszą być systematycznie smarowane jakąś maścią i nienawidzą tego, dlatego uciekają, wyrywają się i wrzeszczą. Tam było dwóch chłopczyków, 2 i 4 latka. Ten starszy zawsze się ze mną witał i mówił do mnie ciocia. Wstawał wcześnie rano, wychodził z pokoju i szedł się bawić do pokoju zabaw a kiedy przychodziłam przed siódmą do pracy, stawał w drzwiach i pytał – nasz dla mnie bombona? Spytałam matkę, czy mogę go częstować słodyczami, mogłam. Nie chodziło mu chyba tak bardzo o te słodycze bo w pokoju zabaw zawsze na stole coś było, ciastka, wafelki, kinderki, ludzie znosili dary bez umiaru. Chciał się zaprzyjaźnić, chodzić za mną jak pracowałam. To było miłe ale bardzo mi utrudniało pracę więc musiałam odsyłać go do mamy.
Niektóre dzieci zostawały w pokojach same lub pod opieką starszego rodzeństwa na całą noc. To było karygodne i znów na nic się zdały tłumaczenia że pani wyszła i zaraz wróciła bo przecież jest monitoring.
Ale generalnie wiedziałyśmy, że sytuacja jest ekstremalnie trudna i te matki i tak sobie dobrze radzą, były opiekuńcze, troskliwe, dbały o maluchy i zajmowały się nimi dobrze, ale patologia też była.
Na drugim budynku było gorzej, tam mieliśmy salę gimnastyczną i tam rozłożono polowe łóżka jedno przy drugim. No i wiecie, ludzie są różni w każdym społeczeństwie. Były więc raz wszy. Kłótnie były ciągle. Wzywanie lekarza do niewielkiej gorączki. Wszechobecne marnowanie jedzenia, niszczenie zabawek i nadużywanie studenckiej opieki. Uczyć języka nie chciał się prawie nikt. Działał tam barek studencki i były wydawane posiłki ale w naszej hotelowej restauracji posiłki były smaczniejsze więc też były pretensje.