Czuję, jakby zatoczyło się koło. Te żarty o zbieraniu chrustu - dla mnie to wcale nie było śmiesznie bo ja doskonale pamiętam, jak pod Brzanką zbieraliśmy bukowe gałęzie a potem rąbaliśmy je na niewielkie kawałki do palenia pod blachą. Bieda. Tak to się nazywa. Chleb z pasztetową zawinięty w kartkę wyrwaną z zeszytu. Początek wakacji na kolanach w truskawkowym polu u gospodarzy, którzy nas zawsze oszukiwali przy wypłacie.
Nie chcę tego, co już było. Nie chcę galopującej inflacji,
pustych sklepów i racjonowania towarów. Nie chcę być zaradna, oszczędna i jednocześnie
bezradna.
Dorosłość też nie na bogato. Nie było czym palić w piecu. Nie mieliśmy znajomości, nie
wiedzieliśmy komu trzeba dać łapówkę, dlatego w pierwszą zimę, a dom kupiliśmy na Trzech
Króli, spaliliśmy pół sadu. Styczeń tamtego roku był dość ciepły, rżnęliśmy na
podwórku to mokre drewno piłą moja-twoja. Oczywiście nie chciało się palić.
Przez szpary w oknach wiało, poutykałam je watą a pod drzwi podłożyłam
zrolowany, stary koc.
Nie mogliśmy dogrzewać się piecykiem elektrycznym bo
natychmiast wywalało korki. Nauczyłam się wtedy okręcać je miedzianym drucikiem
i włączać na nowo.
Od miasta dzieliło nas zaledwie dziesięć kilometrów, teraz
już miasto puka do granic ale wówczas dojazd do pracy zimą był tragiczny. Po
oblodzonej i zaśnieżonej drodze żaden kierowca autobusu nie chciał jechać. Wieś
położona na uboczu więc droga odśnieżana była na końcu.
Wieś śmierdziała. Wszystko przesiąknięte było ohydnym
fetorem pochodzącym z tuczarni, gdzie hodowano świnie. Nie dało się suszyć na
zewnątrz prania, rowami płynęły nieczystości, z kominów unosił się czarny, duszący
dym ponieważ wszyscy paliliśmy czym popadnie.
Prawie wszyscy w tym ekstremalnie zanieczyszczonym
środowisku uprawiali warzywa i hodowali zwierzęta a nadwyżki sprzedawali na
krakowskich targowiskach.
Żywność była reglamentowana, nie pamiętam, ile było
przydziału na człowieka, bardziej pamiętam, że na kartki był cukier, mięso i
wędliny, masło, alkohol, papierosy i
słodycze. To wtedy powstawały czekoladowe bloki z mleka w proszku , pierniki ze sztucznym miodem i wafle z masą z
margaryny i cukru.
To wtedy sklepowe i salowe miały władzę. Niewiele można było
kupić ale wielu można było przekupić.
Rodzące były golone tępymi maszynkami i szyte bez
znieczulenia, przeziębionym dzieciom lekarz przepisywał lek nasenny.
Kiedy moi rówieśnicy wspominają tamte czasy z nostalgią i
sentymentem, ja jestem przerażona. Wiem, że to się już nie wróci bo ludzie są
inni, bardziej świadomi, nie mogą też czuć
się bezkarni jak wówczas, ale i tak się boję.
Spokojnie, czereśni
nie zetnę na opał bo nie mam pieca. Musiałam zażartować choć nie bardzo
jest się z czego śmiać. Ale już nie chcę być zaradna, nie chcę być oszczędna,
pracowita i zapobiegliwa. Choć zmartwienie na zapas nic nie da, czuję niepokój.
Nade wszystko chcę się czuć bezpiecznie.