Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 września 2022

coś się skończyło

 Czuję, jakby zatoczyło się koło. Te żarty o zbieraniu chrustu - dla mnie to wcale nie było śmiesznie bo ja doskonale pamiętam, jak pod Brzanką zbieraliśmy bukowe gałęzie a potem rąbaliśmy je na niewielkie kawałki do palenia pod blachą. Bieda. Tak to się nazywa. Chleb z pasztetową zawinięty w kartkę wyrwaną z zeszytu. Początek wakacji na kolanach w truskawkowym polu u gospodarzy, którzy nas zawsze oszukiwali przy wypłacie. 

Nie chcę tego, co już było. Nie chcę galopującej inflacji, pustych sklepów i racjonowania towarów. Nie chcę być zaradna, oszczędna i jednocześnie bezradna.

Dorosłość też nie na bogato. Nie było czym palić w piecu. Nie mieliśmy znajomości, nie wiedzieliśmy komu trzeba dać łapówkę, dlatego  w pierwszą zimę, a dom kupiliśmy na Trzech Króli, spaliliśmy pół sadu. Styczeń tamtego roku był dość ciepły, rżnęliśmy na podwórku to mokre drewno piłą moja-twoja. Oczywiście nie chciało się palić. Przez szpary w oknach wiało, poutykałam je watą a pod drzwi podłożyłam zrolowany, stary koc.

Nie mogliśmy dogrzewać się piecykiem elektrycznym bo natychmiast wywalało korki. Nauczyłam się wtedy okręcać je miedzianym drucikiem i włączać na nowo.

Od miasta dzieliło nas zaledwie dziesięć kilometrów, teraz już miasto puka do granic ale wówczas dojazd do pracy zimą był tragiczny. Po oblodzonej i zaśnieżonej drodze żaden kierowca autobusu nie chciał jechać. Wieś położona na uboczu więc droga odśnieżana była na końcu.

Wieś śmierdziała. Wszystko przesiąknięte było ohydnym fetorem pochodzącym z tuczarni, gdzie hodowano świnie. Nie dało się suszyć na zewnątrz prania, rowami płynęły nieczystości, z kominów unosił się czarny, duszący dym ponieważ wszyscy  paliliśmy  czym popadnie.

Prawie wszyscy w tym ekstremalnie zanieczyszczonym środowisku uprawiali warzywa i hodowali zwierzęta a nadwyżki sprzedawali na krakowskich targowiskach.

Żywność była reglamentowana, nie pamiętam, ile było przydziału na człowieka, bardziej pamiętam, że na kartki był cukier, mięso i wędliny, masło, alkohol, papierosy  i słodycze. To wtedy powstawały czekoladowe bloki z mleka w proszku ,  pierniki ze sztucznym miodem i wafle z masą z margaryny i cukru.

To wtedy sklepowe i salowe miały władzę. Niewiele można było kupić ale wielu można było przekupić.

Rodzące były golone tępymi maszynkami i szyte bez znieczulenia, przeziębionym dzieciom lekarz przepisywał lek nasenny.

Kiedy moi rówieśnicy wspominają tamte czasy z nostalgią i sentymentem, ja jestem przerażona. Wiem, że to się już nie wróci bo ludzie są inni, bardziej świadomi, nie mogą też  czuć się bezkarni jak wówczas, ale i tak się boję.

 Spokojnie, czereśni nie zetnę na opał bo nie mam pieca. Musiałam zażartować choć nie bardzo jest się z czego śmiać. Ale już nie chcę być zaradna, nie chcę być oszczędna, pracowita  i zapobiegliwa.  Choć zmartwienie na zapas nic nie da, czuję niepokój. 


Nade wszystko chcę się czuć bezpiecznie.