Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

sobota, 26 listopada 2022

o dziadku ponurym i kocie, który ucieka do dziury

 Hania ma fazę na rymowanie i mówi wierszem. Przywitała się ze mną i pyta - a gdzie dziadeczek kochany?

- A ogląda jakieś bzdury w swoim pokoju! - odpowiadam. 

Czemu oglądasz bzdury dziadku ponury? - woła dziewczynka a ja wybucham śmiechem aż kot w popłochu skacze ze stołka prosto w miski z wodą i jedzeniem. (Siedział nad nimi i medytował).  Rozlał wodę, rozsypał granulki, zwiał do schowka za meblami i już do wieczora nie wyszedł.

*

Pieczemy ciasteczka, Hania wałkuje i wykrawa, jedna porcja już się piecze w piekarniku. 

Jak tu pięknie pachnie, sama nie wiem czy iść do pokoju gdzie również jest piękny zapach czy zostać w kuchni - mówi moja wnuczka. 

- Do łazienki idź, tam kuweta jest, jeszcze inny zapach - docina dziadek ponury. 

Rysujemy to, co chcielibyśmy dostać pod choinkę i Hania rysuje udekorowane drzewko, prezenty i Mikołaja, ale jest problem bo na stole nie ma czerwonej kredki. Niebieskiego narysuję - mówi dziewczynka.

 - Widziałaś niebieskiego Mikołaja? To jest raczej smerf! W Lidlu jest niebieski Mikołaj - śmieje się Hania. I ten zestaw do robienia eksperymentów też chyba jest - dodaje. 

Zdaje się, że będziemy się w święta bawić w małego piromana. 


środa, 28 września 2022

jesień



 Wszyscy chwalą się grzybami i jak co roku  podziwiam  odwagę grzybiarzy a zamiast grzybów wklejam zdjęcie jabłka. Też ładne. I na pewno nie jest zatrute.


Mój tata, który zawsze zaopatrywał mnie w suszone grzyby na wigilijne uszka już tego nie zrobi ale tradycję podtrzymuje siostra, która ma zasady dotyczące grzybobrania i o tym dziś napiszę. 
Zbiera grzyby tam, gdzie wie, że rosną od lat. Ale nie każdy mieszka w pobliżu lasu! - przerywam. To prawda. 
Tata wywalił mi raz pół koszyka - opowiadała. I to nie dlatego, że znalazł w nim trujące osobniki. Malutkich grzybków nie zbieraj! - pouczał. Nie wiadomo, co z nich wyrośnie. Ale malutkie są najlepsze do marynowania - protestowałam. 
Dyskutować nie ma sensu bo skoro od pięćdziesięciu lat nie zerwałam żadnego grzyba to nie mam prawa głosu. Ale zawsze będę się zastanawiać, dlaczego ludzie tak zawzięcie jeżdżą na te grzyby, łażą po lesie, łapią kleszcze, mokną, wywracają się na liściach i na obślizłych konarach a potem przywożą do domu wiadra pełne zdobyczy i spędzają długie godziny na oczyszczaniu i przetwarzaniu. O długim pobycie w szpitalu lub ostatecznym pożegnaniu nie wspomnę. 




niedziela, 26 grudnia 2021

odpoczywam

 

Jest dziesięciostopniowy mróz. W karmniku na ganku przepychanki . Gapię się na ptaki, na skrzący się w słońcu śnieg, na pokryte szronem konary starej jabłoni. W tym roku nareszcie nie ma grubej warstwy lodu na szybach bo mamy nowe okna. Dobre i to. Do kolejnych podwyżek za gaz podchodzę z obojętnością, nie mam na nie wpływu choć to paradoksalne – ciężko pracuję aby ogrzać dom a spędzam w nim niewiele czasu bo jestem w pracy.

Święta to dla mnie zawsze dobry czas. Kocham  te łagodne, spokojne dni. Najważniejsza jest kolacja wigilijna. W tym roku chyba za dużo mówiliśmy o pracy ale to pewnie dlatego, że jesteśmy teraz z mężem w jednej firmie.

Hania już śpiewa kolędy. Jeszcze wierzy w Mikołaja ale obawiam się, że to ostatni rok.

W przeciwieństwie do mnie. Ja cały czas wierzę, że przyjmowanie i obdarowanie to magia. Daje się niewiele a nieoczekiwanie wraca dużo więcej. Z pieniędzmi może tak nie jest, ale z tym, co nie ma miary,  na pewno.

Kilka lat temu obiecywałam sobie, że nie będę,  jak inne babcie, bezustannie opowiadać o wnukach i chwalić się ich zdjęciami. Jak można o nich nie opowiadać kiedy są promykiem szczęścia , radością i uśmiechem. Teraz to rozumiem. Babcie, dziadkowie, jeśli tylko macie ochotę, piszcie mi tu o swoich wnukach do woli.

Jeszcze posiedzę chwilę w piżamie, jeszcze pogapię się na biały, skrzący się w słońcu ogród. Tego mi było trzeba. Jasności i czasu dla siebie. Za chwilę znów będzie ważniejsze „muszę” i „trzeba”, a na razie jest „nic nie muszę”, „nic nie trzeba”.  

czwartek, 11 listopada 2021

takie święto

 



Wolny od pracy zawodowej dzień wykorzystałam na rodzinne spotkanie. Hania  przyjechała na rowerku i od drzwi pytała - babciu babciu a kogo bardziej kochasz, Boga czy Polskę? A jak myślisz? - nie dałam się podpuścić małej mądrali. To się nie wyklucza - odparła i podśpiewując marsz marsz Dąbrowski z ziemi polskiej do wioski zajęła się dekorowaniem paznokci. Tak. Dziecko może bawić się zabawkami edukacyjnymi ale może też doklejać naklejki i posypywać paznokcie brokatem a także nosić koronę wróżki i czarować różdżką abrakadabra niech się wyczarują nowe opony. 


niedziela, 17 października 2021

cztery lata

 

Hania, moja wnuczka, dobrze wie, w której szafce dziadek trzyma słodycze. Tak, dziadek to łasuch i zawsze jakieś cukierki, czekolady i ciasteczka ma. Ja ze słodyczy wolę wino półsłodkie ale i tego nie mogę bo mi ciśnienie skacze i robię się czerwona  jak pijak, co to w ogóle jest za życie, prawie już nic nie mogę oprócz orki, czas umierać albo coś.  Ale nie o tym miało być.

Hania dziadka bardzo kocha i zwraca się do niego „dziadeczku kochany”,  co mnie bardzo rozczula bo wiecie – drobna blondyneczka, niebieskie oczęta i ten słodki uśmiech – gdyby chciała gwiazdkę z nieba i szybkę z okna to by dostała. (Moja babcia tak mówiła, gdy prosiłyśmy o niemożliwe – i co jeszcze, może szybkę z okna i gwiazdkę z nieba?).

 

Pewnego dnia Hania spędzała u nas popołudnie. Mama Hani opowiadała, że dziewczynka już w samochodzie wyśpiewywała – jedziemy do babci, jedziemy do babci, dziadek da ciasteczka a babcia włączy bajeczkę.

Przyjechała z gotowym scenariuszem – idziemy na karuzelę a jak zrobimy kopytka to będziemy się bawić w ogrodzie a potem będę oglądać Psi Patrol a ty babciusiu sobie poczytasz!

Ale dziś na obiad nie będzie kopytek – zaprotestowałam, bo jemy te kopytka za każdym razem, kiedy dziecko jest u nas. Lubi i robić je i jeść.

 – Ale ziemniaki będziemy obierać? - Tak.

  Ziemniaki też obieramy razem odkąd pamiętam, mała jeszcze nie umiała chodzić kiedy stawiałam jej krzesełko koło zlewu.  Nie chodzi przecież o te ziemniaki tylko o wygłupianie się przy tym.

 

Rysujemy, śpiewamy i w pewnej chwili Hania pobiegła do dziadka, aby mu coś powiedzieć na ucho. Taki zwyczaj przyniosła z przedszkola, ważne rzeczy mówi na ucho.

- Dziadeczku kochany, wyszeptała.  Dziadeczku kochany,  czy masz  w swoim pokoju w szafce jakieś słodycze, to byśmy poczęstowali babcię!

No i nie daj dziecku ciasteczka.

niedziela, 4 kwietnia 2021

do zobaczenia

 (bardzo smutne opowiadanie o miłości) 

Zaraz po śniadaniu ojciec Sławka wyruszał święcić pola. Czasem było jeszcze zimno, padał deszcz ze śniegiem, wtedy szedł sam. Kiedy święta były późno, pola zieleniły się, grzało wiosenne słońce, zabierał z sobą Sławka. Zawsze jednak, bez względu na pogodę, były w domu błagalne prośby – mamo, pójdę z tatą!

Mama pozwalała wyłącznie wtedy, gdy było ciepło. Jeśli pogoda była paskudna, mogli jedynie iść z ojcem na podwórko, nie dalej. Ojciec wysypywał kurom skorupki ze święconych jajek. Dawał Muszce kawałek święconej kiełbasy. Koniom po kawałku święconego chleba. Potem zabierał palmę i szedł w pola.

Zagony rozrzucone były w różnych częściach wsi, dlatego wędrówka trwała dość długo. Ojciec robił krzyżyk z gałązki palmy święconej tydzień wcześniej i wbijał go w róg pola. Chwilę przystawał, może się modlił a może rozmyślał o swej pracy. Opowiadał. W ten wyjątkowy dzień odpowiadał na pytania bez zniecierpliwienia w głosie. Wspominał. Tu kiedyś była wyjątkowo piękna pszenica. Tam bardzo z mamą marzli i mokli podczas zbioru buraków. Na tamtych łąkach spotykali się z mamą gdy byli młodzi. To drzewo rosnące na stromym brzegu, latem pokrytym malinowym gąszczem, było miejscem ich spotkań.

Sławek wyprowadził się do miasta dość wcześnie ale przyjeżdżał do rodziców na każde święta. Pewnego wiosennego dnia przywiózł z sobą Anię. Po wielkanocnym śniadaniu poszli na spacer.

Był piękny, słoneczny dzień. Ptaki świergotały i dzwoniły, pachniała ziemia. Przybywaj piękna wiosno, uroczy ześlij maj- zanuciła Ania, a Sławek roześmiał się na głos i dodał  -Alleluja!

Poszli na łąkę, kochali się pod starym dębem. To był bardzo szczęśliwy czas.

Nic nie jest na zawsze. Tak było i z tym rokiem. Ania ze Sławkiem nie pojechali do rodziców na Wielkanoc. Lepiej się nie spotykać. Pojechali w lipcu na pogrzeb ojca. To nawet nie był covid. To serce nie wytrzymało.

Obiecali mamie, że przyjadą na Boże Narodzenie, na pewno to wszystko się już skończy. Nie przyjechali. Lekarstwa nie ma ale jest szczepionka, wytrzymajmy – pocieszali się przez telefon a potem płakali. Tęsknili za sobą. Mamo, zjadłbym parowców – mówił Sławek. To sobie zrób – odpowiadała przez telefon matka. Albo sobie kup w Lidlu! Jesteś okrutna – śmiał się wiedząc, że żartuje, aby nie płakać. Przyjedźcie – prosiła. Andrzej od sąsiada przyjeżdża, jego dzieci przyjeżdżają i nic nikomu nie jest, a wy się boicie – wypominała.

Jechali pustą drogą. Padał śnieg z deszczem, było zimno. Zatrzymał się. Nie ma naszego drzewa – stwierdził. Ktoś je wyciął. W oddali widniała pusta, porośnięta suchymi badylami łąka.

Ciekawe kto będzie święcił pola w tym roku –pomyślał. Pewnie nikt, przecież mama wszystko wydzierżawiła, nie uprawia nic, stodoła pusta, stajnia pusta. W kurniku jest parę kur, nawet psa nie ma.

Na tablicy ogłoszeń przy kościelnej dzwonnicy zauważył klepsydrę. Sąsiad. Kolega ze szkoły. Taki młody!

Nagle zawrócił, zatrzymał się. Wyjął telefon. Mama odebrała natychmiast – no, gdzie jesteś, parowce już czekają – wołała radosnym głosem.

Nie przyjedziemy, mamo, mamusiu, możesz się gniewać ale zmieniłem zdanie. Wytrzymajmy jeszcze trochę, nie chcę, żebyś trafiła pod respirator, nie chcę, żebyś umierała w samotności.

Mama rozłączyła się a potem powiedziała – dziecko, ja właśnie umieram z samotności.

 

 

wtorek, 29 grudnia 2020

znów obejrzałam film

 

Broniłam się zawzięcie przed „złodziejem czasu” ale wreszcie dałam się przekonać i stało się dokładnie to, czego się obawiałam. Odkryłam Netflix.

Wsiąkłam, zachwycam się, szukam, oglądam w całości lub porzucam. I nie mam z kim pogadać, dlatego napiszę o tym na blogu.

Szklany zamek.

Nikt mnie nie ostrzegł, że film ten może obudzić głęboko schowane traumy z dzieciństwa. To ufne dziecko, ta wrażliwa dziewczynka może być cząstką każdej z nas.

Przerażająco autentyczny portret rodziny. Wyraźny podział na dwa obozy – dzieci i rodzice, gdzie dzieci muszą radzić sobie same a rodzice zajmują się głównie swoimi ideami. Matka nie zajmuje się dziećmi,  uważa się za artystkę, całymi dniami maluje obrazy gdy tymczasem ojciec dzieci, okrutny i despotyczny pijak, nie jest w stanie utrzymać żadnej pracy. Rodzina bezdomna z wyboru żyje w opłakanych warunkach, często zmieniają adres, dzieci nie chodzą do szkoły. Bywają głodne i brudne.  Starsze opiekują się młodszymi.

Te sceny budzą emocje. Kiedy matka maluje, dziecko prosi o jedzenie. Zróbcie sobie – umiesz – odpowiada matka. Mała przystawia sobie do pieca krzesło, podpala gaz i gotuje parówki. Od płomienia zapala się na dziewczynce sukienka.

W szpitalu mała jest zachwycona – dają jej jeść tyle ile chce, jest czysto i wszyscy jej współczują. Nie wie, że za chwilę ojciec wykradnie ją a nocą zerwie jej opatrunki mówiąc, że to ją wzmocni.

Są sami. Nie mają w nikim wsparcia. Ojciec roztacza przed nimi wizję wspaniałego domu, kopią nawet wspólnie fundamenty, wkrótce jednak wykopany z trudem dół zamieni się w śmietnisko. Jak wszystko, co im obiecywał. Szklany zamek nawet nie na piasku.

To nie jest film dla wrażliwych ludzi ale warto go obejrzeć, by uświadomić sobie, jak bardzo potrafią być skomplikowane więzi rodzinne, z jaką determinacją muszą przebijać się dzieci z patologicznych rodzin do lepszego świata, aby przez całe życie nie koczować na śmietniku.

A i tak będą za nim tęsknić.

 

wtorek, 22 grudnia 2020

trzy

 Lubię świąteczne gotowanie. Te wigilijne potrawy są pracochłonne ale szykowanie rozkładam na kilka dni. Nie zepsują się, niektóre zyskują na smaku jeśli dłużej postoją w lodówce. Mam w sieni szafkę na wypadek, gdyby w lodówce brakło miejsca. 

Wczoraj uśmiechałam się do..farszu na uszka i pierogi. Bo tak się bez wysiłku zrobił pyszny. Tak samo jak krem do tego bardzo pracochłonnego ciasta, składającego się z czterech blatów twardych jak skała, które zmiękną za kilka dni dopiero.  Nawet polewa wyszła mi bez szukania przepisu, ot tak, jakby mi się otwierały w głowie szufladki, wszystkie składniki dodawałam bez odmierzania czy ważenia. 

I jeszcze przy tym gadałam do siebie. Szkoda że nie ma Hani, mogłaby wylizywać miseczki i trzepaczki, nie musiałabym zmywać. I jak tu się nie uśmiechać. 

Dekoracje robiłam. Takie misie kiedyś dostałam dla Hani, bawimy się nimi u nas. Były w ubrankach ale odkąd bawimy się w wakacje to niedźwiedzie mieszkają w lesie. B czy niedźwiedzie mają odzież, przecież one mają futro!


Dziś też Cię kocham. 

poniedziałek, 5 października 2020

Hania do schrupania

 Chcę to zapisywać by mieć pamiątkę. 

Hania lubi do nas przyjeżdżać i my również to lubimy. Bawimy się, wygłupiamy, gotujemy, jesteśmy cały czas w kontakcie. 

Hania rysuje króliczka. 

- Głowa, brzuszek, łapki. Wielkie uszy i ogonek. Babciu, może być jedno ucho zielone a drugie czerwone?

 - Oczywiście, może, rysuj jak ci się podoba - odpowiadam. 

- I jeszcze zęby, duże i żółte - mówi dziecko i dodaje - a na zębach próchnica! I rysuje czarną wielką dziurę. 

*

Hania układa się na drzemkę na moim łóżku. Po chwili mówi - jeszcze muszę coś powiedzieć dziadkowi. Biegnie do dziadka i mówi - dziadku, kocham cię! A możesz mnie podnieść na babcine łóżko? Krzysiek oczywiście idzie i podrzuca Hanię do sufitu a potem stawia na materacu. 

Dziadku, ja tu umiem sama wchodzić ale lubię jak mnie tak podrzucasz. 

*




wtorek, 13 stycznia 2015

całkiem poważnie

„Wiem, jak ułożyć rysy twarzy, by smutku nikt nie zauważył” – W. Szymborska

Nie mogę o tym przestać myśleć. Dzwoniłam przed świętami do rodziny i znajomych i od kilku osób usłyszałam wypowiedziane całkiem poważnie słowa – nie dzwonię bo przecież o wszystkim piszesz na blogu to wiem, co tam u was.

No tak, piszę na blogach, na fan pejdżu i na fejsbuku, dodaję zdjęcia i zmieniam nagłówki starając się, by były aktualne. Nie mam małych dzieci a duże rzadko godzą się na pisanie o nich, co bardzo ogranicza mi tematy. 
Wykreowałam się świadomie na wesołkowatą, niezbyt mądrą kobietę i często mam o to do siebie żal. Ale nie wyobrażam sobie pisania bloga, który byłby formą pamiętnika lub dziennika.

Nie chcę, by ktoś cieszył się z mojego nieszczęścia więc nieczęsto piszę o nieszczęściach. To nie miejsce na to. To jest wyłącznie moje zdanie dotyczące mojego bloga. Wiem, że są blogi terapeutyczne, jeśli to komuś pomaga to nic mi do tego, ja raczej bym tak pisać nie potrafiła.  Jednocześnie wiem, że nie mogę oczekiwać pomocy czy choćby współczucia, jeśli nawet nie wspomnę o swych chorobach, strachach czy niepowodzeniach.

Dlatego czasem tu jest wesoło a czasem nie bardzo. Ale i tak proszę tych, którzy bywają tu tylko dla moich zabawnych notek – nie uważajcie mnie za osobę, która ma w życiu lekko i wesoło i zachowuje się jak trzynastoletnia dziewczynka. 
Basia napisała dziś na fp - nikt nie chce by ktoś inny z nogami na biurku chłepcząc kawulca czytał o bardzo intymnych lub tragicznych wydarzeniach z życia...ciesząc sie że nie jego to spotkało 

Basiu – dziękuję, tak właśnie jest.

piątek, 20 września 2013

Pani Sąsiadka

Pani Sąsiadka jest nie tylko fantastyczną babcią, za którą wnuki skoczyłyby w ogień. Jest po prostu miłą, wesołą  kobietą i bardzo ją lubię. Od dwudziestu lat Pani Sąsiadka pomaga swoim dzieciom. Kiedyś mi to tłumaczyła
mnie nikt nie pomógł i wiem, jak jest ciężko samej przy dzieciach, dlatego dawno temu postanowiłam sobie, będę pomagać na ile mi starczy sił

Dyżurowała przy chorych przedszkolakach, odwoziła i przywoziła ze szkoły starsze dzieci, chodziła z nimi na nabożeństwa a w wakacje to już tam są po prostu kolonie.

Czasem dusiliśmy się ze śmiechu słysząc

dziecko kochane, o co ty wiecznie płaczesz, mam ochotę ci wlać po dupie, wreszcie bym wiedziała, że masz o co beczeć
Wiadomo było, że żadnego nie uderzy, choć nieraz podnosiła głos, wyznaczając wnukom jasne granice – jak mówię, że nie to nie i koniec!
Któreś przemądrzale pyskowało, że z opiekunką to tak by nie było, na co Pani Sąsiadka spokojnie odparła – ale ja jestem waszą babcią i nie pozwalam na chuligaństwo.

Raz tylko, dawno temu, Pani Sąsiadka opieprzyła mnie dość solidnie. Zauważyła, że Ukasz, jadący do szkoły, jest zasmarkany a ja jechałam do pracy, nie chcąc kolejny raz iść na zwolnienie.
Za dwa dni będzie miał zapalenie oskrzeli i wtedy będziecie siedzieć w domu nie trzy dni tylko dwa tygodnie. Jak jest dziecko chore to ma się wygrzewać a nie chodzić do szkoły i zarażać inne dzieci.

Dokładnie tak się stało, katar przeszedł. Na oskrzela.

Wiem, jakie są trudne czasy, jak ciężko o pracę ale i tak mam w pamięci te słowa i myślę, że nie straciły nic na wartości. Tylko jak to wygląda w praktyce? Nie każdy ma Panią Sąsiadkę.


poniedziałek, 28 marca 2011

matka męża

Jak to jest – prawie każda mama uważa, że jej syn jest mądry, odpowiedzialny i świetnie sobie radzi w życiu, a jednocześnie jej synowa o tym samym człowieku może mieć całkiem inne zdanie?
Prawie każda chce jak najlepiej i często teściowa czuje się zawiedziona, rozczarowana i uważa dzieci za niewdzięczne! Bo coś dała, bo pomagała, bo doradzała, a oni i tak robią po swojemu.
Z radością obserwuję, że czasy „tępienia” synowych się kończą. Kobiety mają własne życie, własne sprawy i nie żyją życiem dzieci, nie muszą na siłę pokazywać, że są potrzebne, bycie teściową staje się po prostu kolejną funkcją. Nie zgadzam się z opinią, że teściowej należy się szacunek tylko dlatego, że jest matką męża. Znam niejeden przypadek, gdy dzieci całkowicie odsunęły się od matki z powodu jej nałogów, łamania prawa, życia na krawędzi. Nie jest prawdą, że szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko, o, nie, jeśli matka widzi szczęście w kolejnej butelce, w kolejnym kochanku a dzieci są szczęśliwe tylko wówczas, gdy ona śpi bo się nie awanturuje to co to za szczęście?
Napisała do mnie czytelniczka, która odsunęła się od matki swojego męża, oczywiście nie z aż tak drastycznych powodów. Post jest autoryzowany, mam pozwolenie na cytaty.
Teściowa owa wierzy w przesądy i zabobony.
 Ja nie powinnam nosić teraz korali(dziecko owinie się pępowiną), nie mam wąchać mięsa(dziecku będzie śmierdziało z ust), nie patrzeć przez dziurkę od klucza(bo będzie zezowate) Nie wolno dziecka łaskotać, bo będzie miał szmery na sercu, chrupki dawać do prawej ręki, bo będzie mańkutem, chrzestny ma trzymać jego główkę na lewym ramieniu i w kościele nie może powiedzieć amen!
Czytelniczka nie reaguje na zaczepki bo nie mieszkają razem, a przez kilka dni wizyty udaje jej się wytrzymać. Staram się ,żeby u nas czuła sie dobrze, żeby nie czuła ,że jej po prostu nie lubię. Przykro jej, gdy teściowa porównuje jej dzieci z innymi zawsze na niekorzyść własnych wnuków, poucza, proponuje podawać zbyt ruchliwemu dziecku herbatki na uspokojenie na co czytelniczka reaguje zdecydowanym sprzeciwem.
Na szczęście te wizyty nie są zbyt częste i po paru dniach wszystko wraca do normy.
Kiedyś mówiłam, że aby polubić kogoś, to trzeba go poznać. Ale czasem tak jest, że im dłużej się kogoś zna, tym bardziej się go nie lubi! Jak synowa mówi, że mama jej męża jest w porządku, to zazwyczaj wynika to z faktu, że obie panie są w porządku. Jedna z pań mówi o żonie swojego syna "synusiowa". Ślicznie, od razu słychać ciepło i sympatię.  
Na ten blog nie wpadną tysiące z głównej strony, więc możecie pisać do woli o swych teściowych, synowych, chętnie poczytam!

sobota, 19 marca 2011

oj ty ty!

Lubię być ciocią. Syn mojej najmłodszej siostry nie ma jeszcze roku i gadam z nim na skype. Wygląda to tak - mówię nienormalnym podniesionym głosem, co mnie zawsze  śmieszy a siostrę  wkurza bo do dziecka trzeba mówić normalnie a nie jak do matoła ( he he jej słowa) 
- Szymuś, pokaż cioci gdzie mamusia ma oko, pokaż!
Szymuś usiłuje wpakować matce piąstkę w oko a ona mówi – na misiu się pokazuje! Ja na to śmieję się na głos i mówię:
- Szymuś a pokaż gdzie mamusia ma włosy, pokaż cioci!
I Szymuś wiadomo co robi.
Wreszcie siostra pakuje dziecko do kojca a on pokrzykuje – oj ty! Ty! Obie śmiejemy się na głos a Szymon podskakuje i wymachuje rękami, papa! 
Jak dobrze mieć rodzinę.

czwartek, 10 marca 2011

kiedy Ukasz był Łukaszkiem

Krąży po blogach temat „dziecko narobiło obciachu” to i ja się podłączę i Was zaproszę to się razem pośmiejemy. Oby! 
Największe salwy śmiechu wywołał pewien chłopczyk, śpiewający piosenkę o zimie. Tekst leci tak: „szczypie w oczy szczypie w uszy” i nawet dla dorosłego jest trudne, a co dopiero dla dwulatka, który śpiewał  tak „w cipie ocy w cipie usy my się zimy nie bojamy!”
Pod koniec lat osiemdziesiątych tata Łukasza  handlował bananami (i czym popadło, takie czasy) i tych bananów w domu zawsze było nie do przejedzenia, bo nie zawsze schodziły. Pewnego dnia przyjechał znajomy, który o tym nie wiedział i jak to gość, wiedząc, że w domu jest dziecko, przywiózł prezent – piękną kiść bananów. Łukasz zaczął skakać jak wariat z radości a ja zdziwiona zapytałam – dziecko, a cóż się tak cieszysz jakbyś bananów na oczy nie widział? A Łukasz palnął – bo mi nie kupujecie tylko tata trzyma w garażu!
Uczyliśmy dziecko ostrożności w kontaktach z obcymi i w trakcie rozmowy padły słowa ”porywacz” i „zboczeniec”. Mąż tak jakoś pobieżnie to wytłumaczył, na miarę małego dziecka po prostu. Generalnie rozmowa skończyła się na tym, że dorośli nie mogą zaczepiać dzieci. Po jakimś czasie Łukasz pojechał na kilka dni na wieś do ukochanej babci, która ma go za ósmy cud świata i wszystkim się wnukiem chwaliła, zwłaszcza swoim koleżankom. Rozmawiały tak koło sklepu, czyli centrum informacji i rozrywki i jedna z pań zagaiła:
 – Chłopczyku a od kogoś ty jest?
Na co Łukasz odparł – czy pani nie wie że nie wolno zaczepiać dzieci?
- A dlaczego – zdumiała się kobieta.
- Bo może pani jest porywającym zboczeńcem!
Teraz Wy:) 

wtorek, 11 stycznia 2011

niepokój

Dziękuję Wam za gratulacje z okazji wydania książki. Co prawda wspominałam już o niej dawno, pisałam również, że są to wybrane z bloga fragmenty, nic nowego, ale jednak inaczej się czyta jak to jest poskładane przez redaktora i nie trzeba przewijać tylko się przewraca kartki.
Ja tej książki jeszcze nie miałam w rękach, może mi Luby kupi na Walentynki bo tytuł chwytliwy ale martwię się, że taka droga, nawet mówiłam do siostry przez telefon, żeby nie namawiała ludzi do kupowania bo jak się im nie spodoba to będą mieć do niej pretensje, na co ona stwierdziła, że dobra rzecz musi być droga!
Zdziwiłam się bardzo, bo dzwonił do mnie kuzyn, z którym ostatni raz widziałam się przy okazji tego wakacyjnego wyjazdu do cioci, o którym tu na początku pisałam, a potem kontakt się urwał i nawet nie wysyłaliśmy sobie życzeń na święta, a tu proszę , zadzwonił i powiedział, że poczuł się dumny. Dodał również – ciocia (czyli moja mama) pewnie się cieszy, że nasze nazwisko jest na okładce książki – na co ja zgodnie z prawdą musiałam powiedzieć, że mama jeszcze nie wie.
Tak więc widzicie, że traktuję to z wielką ostrożnością, bojąc się krytyki i nie bardzo umiem cieszyć się tym sukcesem, bo co innego wymierny sukces zawodowy przełożony na stan konta albo awans a co innego amatorska twórczość. 
Chyba źle się wyraziłam - w sercu się cieszę bardzo, ale nie umiem o tym sukcesie mówić ludziom. 
 Szampana nie było, za gratulacje dziękuję i myślę, że  jeśli znajdę wydawcę na kolejną książkę to się przyznam dopiero, jak będzie na rynku. 
PS. Rano widziałam na posesji małego głodnego kociaka. Wiecie jak trudno wygonić z posesji kocie dziecko, które jest głodne? Jak mówię „idź stąd kotku” to nie reaguje, tylko dalej szuka jedzenia w psiej misce. Jak go nakarmię, to już nie odejdzie.