Cudowne jest to, że nasze wspomnienia przeważnie są pełne śmiechu i często zdarza się, że któraś z nas mówi ze zdumieniem – ja tego nie pamiętam! Nawet jeśli coś było prawdziwe a coś innego zmyślone, warte jest zapisania bo za chwilę wszyscy zgodnie powiedzą – my tego nie pamiętamy. To zapiszę.
Mama przywiozła z Zachodu wannę, jakiej nie miał nikt w okolicy. Lekka, owalna, wielka. Miała po bokach dwa uchwyty a w dnie otwór zatykany korkiem na łańcuszku. Służyła nam do wszystkiego.
Mogło się w niej swobodnie wykąpać dwoje dzieci i tak właśnie nas mama kąpała – parami – najpierw dwie młodsze, potem dwie starsze. W wodzie po kąpieli lądowało pranie które nocą w czarodziejski sposób wywieszało się na sznurkach a wanna znów lądowała w sieni oparta o sąsiek.
Latem w postawionej do słońca balii grzała się woda przyniesiona z lodowatego źródełka w lesie. Nigdy żadne dziecko nie doczekało aż ta woda się choć odrobinę ogrzeje. Z piskiem i śmiechem chlapałyśmy się nie zważając na okrzyki mamy, że "szkoda wody, miała być na wieczór na kąpanie, idźcie się chlapać do rzeki". Na lichy strumyczek płynący w paryi zawsze mówiliśmy „rzeka”.
Rodziły się kolejne dzieci i wanna znalazła jeszcze jedno zastosowanie. Uwiązana do śliw za uchwyty służyła za dnia za kołyskę dla najmłodszej dwójki.
Pewnego letniego dnia rozpętała się wściekła burza. Wanna stała na zewnątrz oparta o róg domu i jak nie trzasnął w nią piorun to aż lepienie* spadło z całej ściany! Balii absolutnie nic się nie stało, była chyba niezniszczalna.
*Lepienie – dom zbudowany był z bali, między nimi jest umszenie i na to kładzie się rodzaj masy zrobionej z gliny i wapna, lepienie dość często należało poprawiać bo odpadało. Naprawiało się je co roku ale przecież nigdy nie odpadało z całej ściany, dopiero jak piorun strzelił w wannę.