Stabilnie. Nie lubię tego słowa bo to jest takie zawieszenie. Pytacie jak się czuję więc napiszę, ale proszę, nie uznajcie tego za epatowanie chorobą, za użalanie się. Ludzie przeważnie nie chcą czytać o nękających kogoś dolegliwościach bo sami nie są od nich wolni to po co sobie dokładać.
Myślałam, że jak poddam się tej nowoczesnej radioterapii to nowotwór zniknie, nie jak ręką odjął ale jakoś zostanie wypalony albo coś w tym rodzaju. Na moje usprawiedliwienie - kiedy dowiedziałam się, że mam guza mózgu, nie szukałam pomocy ani nie konsultowałam się u kilku specjalistów tylko od razu poszłam tam, gdzie mnie skierowali, po jednej ścieżce, z kartą dilo. To było szybko i w ciągu miesiąca miałam zrobioną maskę, dostałam sterydy i położyłam się na stole do radioterapii.
W pierwszym roku guz trochę urósł ale potem zmniejszył się o dwa milimetry. Teraz jest stabilny i to jest właśnie to słówko.
Poza tym w czasie mrozów, a w zasadzie to była darmowa próba natury "czy wytrzymasz na Syberii" przeszłam paskudny incydent z oddychaniem. Wyszłam na chwilę z domu i dosłownie po paru minutach poczułam się jakbym wchodziła wysoko po schodach - nie mogłam złapać tchu a serce waliło mi jak po biegu. Tak działa mróz - zwężają się naczynia krwionośne i serce musi pracować mocniej a ja mam problem z zastawką. No i tak. Ała.
Mam się całkiem dobrze, wczoraj nawet robiłam faworki ale powiedziałam, że to ostatnie w moim życiu choć może zmienię zdanie, bo jednak niewiele rzeczy smakuje tak jak domowy chrust. Jedna miska na pięć osób to nie jest wielki grzech. Nie będę sobie odmawiać drobnych przyjemności bo życie nie jest za karę.
Taka ballada, podoba mi się. KLIK
