sobota, 23 czerwca 2018

zagadka na weekend


Ostatni dzień roku szkolnego charakteryzuje się gwałtownym  ochłodzeniem i  nadejściem dokuczliwych przelotnych opadów deszczu oraz żabobicia. Znak, że zaczęły się wakacje i czas wyciągać z szafy kurtki. Tak było i tym razem.  W czwartek upał taki, że w szkole muchy od gorąca padały trupem  (a może nie od gorąca tylko z głodu, haha przecież jestem perfekcyjną sprzątaczką) a w piątek zimno, siekący deszcz i wiatr.

Wystrojone na galowo dzieci spędzone na salę gimnastyczną płakały rozpaczliwie prosząc dyrekcję i nauczycieli o skrócenie wakacji do dwóch tygodni najwięcej ale dyrekcja jak zawsze była nieugięta i przy pomocy groźnych woźnych okrzykami  won do domu i innych podobnych  motywacyjnych metod (mopami i miotłami)  skuteczne  rozgoniła towarzystwo a na sali zostały tylko rzędy krzeseł, stoły, kwiaty, prezenty i pan od muzyki ze sprzętem do muzyki.

Sprzątaczki musiały natychmiast doprowadzić salę gimnastyczną do stanu używalności bo to miejsce służy nie tylko do spędzania młodzieży w jedno miejsce ale również służy wieczorami okolicznym mieszkańcom do zrzucania tłuszczu z  tyłków i uganiania się za piłką albo czymś.
Krzesełek było ze trzy miliony a stolików trochę mniej, kwiatów jeszcze mniej.  Jedna sprzątaczka w myśl zasady jak robić żeby się nie narobić natychmiast porwała bukiety i w towarzystwie dyrekcji zniknęła za zakrętem korytarza a wróciła dopiero kiedy już wszystko było wyniesione.

Groźna Woźna nosiła krzesła i stoły aż poczuła, że zdrętwiały jej całkiem ręce tak, że potem już nawet nie mogła odpinać szpilek z dekoracji.  Co innego szpilki a co innego mop, do tego czucie w palcach nie jest potrzebne! Uszykowała więc wiadra z wodą, wetknęła klucze na smyczy  do zamka przy windzie i pojechała na górę myć hol.
Ledwo umyła kawałek posadzki a już przybiegła pani z sekretariatu z wieścią, żeby iść na zebranie w sprawach urlopu. Porzuciwszy na środku korytarza wózek pobiegła za panią z sekretariatu.

Zebranie odbywało się w klasie przeznaczonej dla bardzo niewyrośniętych jeszcze dzieci, krzesełka miały rozmiar siedzącego małego psa. Groźna Woźna usiadła i podziwiając swoje crocsy słuchała o wakacyjnych planach koleżanek. W pewnej chwili poczuła, że coś nią trzęsie od środka i w połączeniu z ciemnością w oczach nie było to miłe uczucie. Oddychać. Wstać. Wyjść na powietrze. Nie wywracać się.
Tak skończyło się dla Groźnej Woźnej zebranie przedwakacyjne. Kiedy już nałykała się tlenu, wróciła do mopa .

Do brzegu daleko.

Umyła jeden poziom i powrzucała wszystkie worki ze śmieciami do jednego wora, a ten zawlekła do kontenera.
Potem umyła drugi poziom. I tu nie będę rozpisywać się o pozostałym sprzątaniu bo to nic ciekawego, może jedynie starszym czytelnikom  nadmienię, że już nie sypie się wapna do toalet i nie truje się much w klasach azotoksem.  Chciałam, tak samo jak tępić ogniem smród w szatni. Ale nie wolno.  Nie i koniec, a ten biały proszek za koszem to rozdeptana kreda.

Kiedy już wszędzie było pozamiatane i umyte a krzesła i stoły stały równo jak żołnierze na placu manewrowym (Natalio, wybacz) Groźna Woźna wzięła milion kluczy do miliona drzwi i zamykała wszystko po kolei. Na końcu zamyka się oczywiście główne drzwi i te klucze Woźna zazwyczaj nosi na szyi. Na szyi nie ma. Na stoliku nie ma. W torbie nie ma. W szafce nie ma.

Takie sceny zazwyczaj ogląda się na filmach.

Kiedy kluczy coraz bardziej nie było, Groźna Woźna odtworzyła dokładnie (oprócz omdlenia) wszystkie czynności i zatrzymała się przy wyrzucaniu śmieci. Tak,  niestety, stało się to, czego każdy, absolutnie każdy się boi. 
Kontener. Klapa. Czarny wór z dziesięcioma mniejszymi czarnymi workami. Kurwa, kurwa, szatan.  Autobus uciekł. Nie ma kluczy.

I teraz zagadka – gdzie były klucze?


środa, 20 czerwca 2018

coś się kończy, coś zaczyna

Nie lubię, bardzo nie lubię się żegnać. Czasem spotykam na swej drodze kogoś, kogo polubię od pierwszego wejrzenia a zaraz potem nasze drogi się rozchodzą. To "zaraz" jest oczywiście niewymierne. Może trwać kilka lat albo kilka miesięcy. Możecie powiedzieć, że znajomość trzeba pielęgnować bo nieuczęszczane ścieżki zarastają, ale to nie do końca tak jest.
Jedność miejsca, czas, zainteresowania, znajomi - musi się coś łączyć, zazębiać. Jeśli tego nie ma, znajomość powoli nieuchronnie oddala się aż w końcu zostaje kontaktem w telefonie lub na portalu społecznościowym i tylko komunikat o urodzinach sprawia, że sobie tę osobę przypominamy.

Odchodzi z pracy Dziewczyna. Kiedy pierwszy raz ją zobaczyłam, pomyślałam - mój Boże, a cóż tu robi taka osoba. Piękna, z błyskiem w oku, energiczna. Przecież ta praca nie jest rozwojowa, może przyszła na przetrwanie, na przeczekanie, bo to raczej niemożliwe aby na stałe.
A jednak się myliłam. Jeśli się chodzi od drzwi do drzwi to wystarcza kilka miesięcy i człowiek podejmuje się każdej pracy na każdych warunkach wierząc, że potem się ułoży. Wybłaga się zmiany, wynegocjuje zakres obowiązków. Ułoży się, byle zacząć. Byle mieć wreszcie umowę o pracę, nie na zlecenie, nie o dzieło, nie na zastępstwo. Na cały etat.

Jestem znacznie starsza i zrobiłam dokładnie tak samo!
Z opcją - jeśli znajdę lżejszą pracę to odejdę, jeśli nie - jakoś będzie. To "jakoś" na szczęście dla mojej koleżanki nie trwało długo. Była na początku pewna, że utknie aż do emerytury ale przejrzała na oczy. Najcięższe obowiązki, najniższe wynagrodzenie bez szans na rozwój. Czas ucieka.

Nie lubię się żegnać, ale tę Dziewczynę pożegnam i będę się cieszyć z jej odejścia. Choć jest dla mnie jak balsam, jej obecność dodaje mi sił i przywraca wiarę w człowieka (nie zawsze w pracy są same hieny i żmije).   Życzę jej, aby znalazła lżejszą pracę, dużo więcej niż teraz zarabiała, cieszyła się sukcesami, awansowała. 
Jak ja kocham takich słonecznych ludzi! Jak ja się cieszę, gdy mają lepiej! Powodzenia Dziewczyno!