Kraków
jest sporym miastem położonym raptem trzy godziny jazdy samochodem
do granicy z Ukrainą. Do Lwowa jest 300 km. Z Ukraińcami spotykamy
się od wielu lat w pracy, w szkole, w autobusach i tramwajach.
Mieliśmy pana, który systematycznie co roku przyjeżdżał do
konserwacji kotła. Pracował legalnie i bardzo dobrze mówił po
polsku. Znajomi mieli pracownika „do wszystkiego”, mieli poważny
remont a pan umiał robić wszystko, mieszkał u nich i pracował
przez wiele miesięcy. Język słychać było wszędzie.
Nic
nadzwyczajnego – mało to Polaków wyjechało za granicę do pracy.
W akademiku, gdzie pracowaliśmy obydwoje z mężem, było wielu
studentów z Ukrainy.
Aż
rozpętała się wojna.
U
nas w rodzinie jest dziecko, które chodziło wówczas do przedszkola
i staraliśmy się uważać w rozmowach, bo dzieci nie znają
uprzedzeń tak jak dorośli, dopiero poznają je w domu lub w szkole.
Dlatego nasze rozmowy były wyważone, jeśli dziecko pytało to
odpowiadaliśmy rzetelnie.
Musieli
uciekać bo ich domy i szkoły mogą zostać zniszczone, muszą się
ratować. Jesteśmy sąsiadami, do nas mają najbliżej. I to
wszystko prawda. Tak właśnie myśleliśmy.
Od
tamtej pory, kiedy do naszego miejsca pracy zawitały tłumy
uchodźców, minęło cztery lata. Pamięć powoli zaciera się,
tamte zdarzenia stają się nieważne, budzą zdziwienie,
niedowierzanie i pytania – dlaczego?
Dlaczego
byliśmy wszyscy tacy ofiarni, pełni współczucia, odważni, chętni
do pomocy. Może po prostu jesteśmy dobrymi ludźmi, po co to
rozważać.
Kierowniczka
hotelu była niesamowita a my szliśmy za jej przykładem. Została
zresztą niedawno odznaczona za daleko idącą pomoc uchodźcom.
Czasem chodziła rozczochrana, z butami w rękach, rzadko wychodziła
z pracy przed północą.
Pracowali
wszyscy. Studenci przychodzili na wolontariat segregując dary,
opiekując się dziećmi, organizując zajęcia dla starszych dzieci.
Okazało się wówczas, jak bardzo są pomocni w porozumieniu
studenci z Ukrainy. Ja trochę dogadywałam się po rosyjsku ale
przecież potrzebne były osoby do poważniejszych rozmów.
Przez
pierwszy tydzień był chaos, płacz, bezustanny turkot walizek i
dominująca niepewność, co to będzie i jak to będzie.
Na
piętrze, gdzie pracowałam, zamieszkały kobiety z dziećmi. Rzadko
kiedy pokój dwuosobowy służył tylko dwóm osobom. Przeważnie
było tam ich więcej. Dzieci spały po dwoje na materacach, czasem z
matką w jednym łóżku.
Nowo
przybyłym pomagały te, które przyjechały wcześniej. Nie zawsze
sobie wierzyły. Zazwyczaj pierwszą informacja była przyjęta z
niedowierzaniem – naprawdę za nic nie płacimy, wszystko mamy za
darmo? Hotel, posiłki, leki, ubrania, pieluchy, zabawki, słodycze,
przejazdy, lekarza? Naprawdę? Naprawdę.