Najpiękniejsze
róże są u kogoś. Można podziwiać, wąchać, można nawet kupić bukiet i trzymać w
wazonie na komodzie tydzień albo dwa a potem bez żalu wyrzucić na kompost. Nie
wiem już z jakiego powodu i nawet nie chcę wiedzieć co to się ze mną porobiło,
bez rozumu zupełnie róże kocham i już. Miłości nie ma co tłumaczyć, kocha się
za wszystko i za nic. Zauroczenie czy zakochanie może być chwilowe ale żeby tak
na zawsze to musi być miłość najprawdziwsza. W całym domu powtarza się motyw
tych kwiatków – zasłony, talerze, filiżanki – w róże ach w róże sukienki moje są, w róże ach w róże szlafrok mój jest
jak w piosence. I nawet Matka Boska z Tuchowa, gdzie się urodziłam, trzyma ten
kwiatek w dłoni.
Będzie długi tekst, można iść po kawę, herbatę albo coś.
Ogród nasz
jest dość zapuszczony i bardziej przypomina siedlisko bez gospodarza niż
podmiejską posesję, którą w zasadzie jest. Najstarszą różę sadziłam sama. Nie
znałam się na kwiaciarstwie kompletnie tak samo jak mąż nie znał się na
ogrodnictwie. Zresztą byliśmy bardzo, ale to bardzo biedni i w pierwszą zimę paliliśmy
w piecu mokrym drewnem z sadu. W styczniu ścięliśmy we dwoje orzecha, potem gruszę
rosnącą przy studni. Mój chłop miał szczęście, bo pracę piłą moje-twoje miałam
opanowaną i siły też miałam dość.
Wiosną przed
domem zakwitły bzy i narcyzy ale po drugiej stronie nie było żadnych kwiatów a
mnie się marzył ganek obrośnięty różami. Kupiłam krzaczek, wykopałam dołek,
posadziłam i wbiłam obok niewielki kijek
myśląc, że skoro pnąca to się będzie wspinać a potem oprze się o ścianę i da
sobie radę.
Nie miałam
pojęcia co to za odmiana, nie wiedziałam nic o pielęgnacji, po prostu kupiłam
bo chciałam mieć pod oknem pnącą różę. Przeszła remont elewacji, wymianę dachu,
osuszanie fundamentów, kopanie pod kanalizację, wyburzanie szopy a z lżejszych
kataklizmów lądowanie kotów usiłujących dostać się do okna, dwa psy zakopujące
pod nią nadwyżki żarcia, domek dla jeży, przekleństwa i groźby każdego, kto
choć raz doznał poranienia jej kolcami. Grubsze i cieńsze, haczykowato
zakończone kolce ranią boleśnie i dotkliwie, z trudem dają się odczepić z
ubrania i ciała rozrywając je. Wbijają się nawet przez cienką podeszwę buta. Rany krwawią i długo się goją.
No i co z
tego. Każdego lata południowa ściana domu pokrywa się wspaniałymi różowymi bukietami
a słodki, intensywny zapach czuć w całym domu. Ścięte kwiaty stoją w wazonie
nawet dwa tygodnie, są niezwykle trwałe. Kiedy robię z niej bukiet, staram się
obcinać kolce ale i tak wiem, że osoba zmieniająca w wazonie wodę pokłuje się.
Dwa lata temu posadziliśmy koło śmietnika taki niepozorny krzaczek, rozrosła się na kilka metrów w szerz i w górę. Kolców ma o wiele mniej. Taka łagodniejsza jest. Mniej intensywnie pachnie a kwiaty można zrywać gołymi rękami. Wszyscy ją podziwiają bo obsypana zmieniającymi się kwiatami jest zachwycająca - najpierw jest różowa, zmienia się a na koniec rozkwita na żółto.
Gdyby ktoś zapytał, czy na swojej posesji sadzić róże, to odpowiedziałabym, że nie. Bo to jak z dziećmi. No i co z tego.

