W
dużym pokoju stał kredens. Na górze za szybą błyszczały
kryształowe wazony, cukierniczka, misa i komplet kieliszków, niżej
na szklanej półce w równym szeregu ustawiono filiżanki ze złotym
brzeżkiem, mlecznik i malutkie filiżanki nie wiadomo na co, jak dla
lalek.
W
szufladzie leżały pospinane recepturkami sztućce – osobno noże,
widelce i łyżki, łyżeczki do herbaty i niewielkie widelce z
trzema zębami, nie wiadomo do czego ale były.
Na
dole, jak się otwarło drzwiczki po lewej stronie, stał serwis.
Talerze, waza, półmisek jeden i drugi, głębsza miska i nawet
pojemniki na sól i pieprz, wszystko w jednym wzorze, z niewielkimi
kwiatkami, ze złotym paskiem na brzegu. Po prawej stronie poukładano
obrusy, serwetki i bieżniki, białe i kolorowe, z haftem i
drukowane, lniane i bawełniane.
W
dużym pokoju stał stół przykryty kolorowym obrusem, pod stół
wsunięto krzesła, kilka krzeseł stało pod oknem za szafą, w
której poukładano na półkach pościele, ręczniki i ścierki,
niektóre miały metki. Na samym dole szafy leżał wełniany koc z
frędzlami.
Pokój
był zamykany na klucz, ten klucz tkwił zawsze w zamku ale każdy
wiedział, że tam się nie wchodzi, na dywanie leżały gazety bo
gdyby jednak ktoś wszedł to podepcze dywan, ale nikt nie wchodził.
Jedli
w kuchni przy stole z ceratą. Kuchennych kubków, talerzy i łyżek
było pod dostatkiem. Kuchenne ścierki były sprane, cienkie,
doskonałe do użycia. Tak samo ręczniki w łazience. Po co brać
nowe skoro stare są dobre. Chyba że ktoś przyjdzie, wtedy wyciąga
się te puszyste kolorowe z szafy a pralkę przykrywa się
bieżnikiem.
Przychodził
ktoś rzadko, kilka razy w roku. Uroczystości rodzinne, to wywracało
dom do góry nogami. Cały serwis umyć i dokładnie wytrzeć,
wyczyścić sztućce, rozłożyć stół, nakryć obrusami, w
korytarzu rozłożyć odświętne chodniki, ustawić w łazience na
półeczce droższe perfumy, nowe szczoteczki do zębów i drogą
pastę i szampon, nawet w przedsionku położyć nowe wycieraczki, bo
goście wszystko widzą.
Kiedyś
na przyjęciu syn gospodyni bawił się nożem, który w końcu
wypadł mu z ręki i uderzył trzonkiem w półmisek. Półmisek, ten
od kompletu oczywiście, pękł i nic się nie dało zrobić, skorupy
poszły do śmieci a chłopak dostał od matki pasem. Dziewczynka raz
dostała lanie bo obcięła parę kwiatków z krzaka róż. Róża
rosła przy ogrodzeniu od ulicy i wszyscy ją podziwiali, to jak
można obcinać kwiaty i stawiać w domu, po co to.
Ale
ogólnie dzieci były nauczone ściągać buty, nie kruszyć, nie
chodzić z piciem, jedli tylko w kuchni, myli się mydłem i płukali
włosy wodą z octem.
Aż
wyprowadzili się z domu. Odwiedzali go niechętnie. Najstarsza
tłumaczyła się, że dzieci skaczą po łóżkach i po kanapie, nakruszą i nabrudzą, i to była
prawda, zawsze nakruszyły, nabrudziły że aż strach. A kiedy
podrosły, nie chciały jechać do babci więc nikt ich nie zmuszał,
rozpuszczone były. Podobnie tłumaczył się syn. Syn miał psa
darmozjada, gdzie z psem do domu, pełno kłaków, jeszcze coś
pogryzie, obślini, podrze pazurami. Przyjeżdżali więc na kilka
godzin i siadali przy stole w dużym pokoju, pili kawę z filiżanek
i jedli ciasto z talerzyków w kwiatki ze złoconym brzegiem bojąc
się, że poplamią obrus albo nakruszą na dywan.
Chcieli
siedzieć w kuchni przy stoliku z ceratą ale ona krzyczała, że
teraz są gośćmi więc mają siedzieć w pokoju. Więc siedzieli.
Jak na szpilkach,nawet nie mieli o czym mówić. Potem brali w ręce
buty, wkładali je na schodach i jechali do siebie.
Aż
pewnego dnia nie musieli ściągać butów na schodach bo nie miał
kto na nich patrzeć z wyrzutem. Przeglądali szafy, szafki i komody,
oglądali obrazki na ścianach, lampy i nawet narzędzia w schowku.
Nie
chcieli zabierać prawie nic. Nie potrzebowali. Nawet nie wiadomo co
bardziej, pewnie coś by się przydało, pewnie coś było ładne a
nawet wartościowe. Ale nie i nie. Tylko parę zdjęć na pamiątkę.
Szafy i szafki musieli jednak opróżnić.
Ile
tego było! Bibeloty, kosmetyki, naczynia, odzież, garnki, patelnie,
rondelki, mikser, maszynki do mięsa i do makaronu i nie wiadomo do
czego. Poupychane w szafach i w piwnicy. Pościel jak nowa, koc,
którego matka nie pozwalała rozkładać na trawie bo taki porządny,
ręczniki, obrusy i ściereczki, niektóre z metkami. Trochę
zawieźli do schroniska, trochę wystawili koło śmietnika.
Stali
w kuchni przy stoliku nakrytym ceratą, pili kawę kupioną w
sklepiku na rogu i czekali na kontener. Nie wiesz co tu będzie?
Zburzyć mają. Nic nie zostanie, nawet róże.