środa, 25 lutego 2026

sąsiedzi..cd

 

Dwie panie z Chersonia

Czuły się odpowiedzialne za wszystkie mieszkające u nas Ukrainki i raczej nie były lubiane, trzymały się osobno. Bardzo zadbane i eleganckie, nie gniewajcie się za moje spostrzeżenia, te panie były eleganckie tak po europejsku. Schludne, wyprostowane, z dyskretnym makijażem o ósmej rano.

Witały się i żegnały, dziękowały za wszystko, raz czy dwa usiłowały dawać nam jakieś słodycze za czysty ręcznik czy wymianę pościeli ale kiedy stanowczo odmówiłam, nie upierały się.

One również wielokrotnie dopytywały się, czy na pewno nie będą musiały płacić za pobyt i usługi i za każdym razem albo płakały, albo miały łzy w oczach.

Starsza z pań któregoś dnia powiedziała mi, że uciekły z Chersonia. No ale tak – ja za bardzo na polityce się nie znam, na geografii też nie, i co miałam zrobić. One potrzebowały psychologa a nie sprzątaczki, która nie ma czasu napić się wody bo ma tyle roboty. Powiedziałam więc, że jest mi bardzo przykro, żeby odpoczywały i miały nadzieję na szybki powrót do domu. No i wtedy był jeszcze większy płacz.

One nie miały lekko bo brały od nas tylko absolutne minimum i starały się utrzymywać porządek, ciągle składały porozrzucane na korytarzu rzeczy, odnosiły naczynia, chodziły wytrwale na zajęcia z nauki polskiego i same sprzątały swój pokój. Jedna z tych pań umiała szyć na maszynie, mieliśmy w pracy maszynę do szycia i ja im ją pożyczyłam a pani przez kilka dni skracała, przerabiała i przeszywała rzeczy z darów.

Pewnego dnia poszłam do ich pokoju z wymianą pościeli i zaprosiły mnie na herbatę. Herbaty nie chciałam, zresztą miały tylko dwa kubki w pokoju bo to przecież hotel, ale weszłam na chwilę żeby odetchnąć, i tak się nie mogłam wyrobić więc pięć minut mnie nie zbawi. Panie powiedziały, że wkrótce wyjeżdżają dalej na zachód, do rodziny we Francji. Do Chersonia już nie mają po co wracać, z ich domu nie został kamień na kamieniu. Powiedziały też, że nigdy nie zapomną tego, jakie byłyśmy dla nich dobre.

wtorek, 24 lutego 2026

sąsiedzi tacy jak my

 

Kraków jest sporym miastem położonym raptem trzy godziny jazdy samochodem do granicy z Ukrainą. Do Lwowa jest 300 km. Z Ukraińcami spotykamy się od wielu lat w pracy, w szkole, w autobusach i tramwajach. Mieliśmy pana, który systematycznie co roku przyjeżdżał do konserwacji kotła. Pracował legalnie i bardzo dobrze mówił po polsku. Znajomi mieli pracownika „do wszystkiego”, mieli poważny remont a pan umiał robić wszystko, mieszkał u nich i pracował przez wiele miesięcy. Język słychać było wszędzie. 

Nic nadzwyczajnego – mało to Polaków wyjechało za granicę do pracy. W akademiku, gdzie pracowaliśmy obydwoje z mężem, było wielu studentów z Ukrainy.

Aż rozpętała się wojna.

U nas w rodzinie jest dziecko, które chodziło wówczas do przedszkola i staraliśmy się uważać w rozmowach, bo dzieci nie znają uprzedzeń tak jak dorośli, dopiero poznają je w domu lub w szkole. Dlatego nasze rozmowy były wyważone, jeśli dziecko pytało to odpowiadaliśmy rzetelnie.

Musieli uciekać bo ich domy i szkoły mogą zostać zniszczone, muszą się ratować. Jesteśmy sąsiadami, do nas mają najbliżej. I to wszystko prawda. Tak właśnie myśleliśmy.

Od tamtej pory, kiedy do naszego miejsca pracy zawitały tłumy uchodźców, minęło cztery lata. Pamięć powoli zaciera się, tamte zdarzenia stają się nieważne, budzą zdziwienie, niedowierzanie i pytania – dlaczego?

Dlaczego byliśmy wszyscy tacy ofiarni, pełni współczucia, odważni, chętni do pomocy. Może po prostu jesteśmy dobrymi ludźmi, po co to rozważać.

Kierowniczka hotelu była niesamowita a my szliśmy za jej przykładem. Została zresztą niedawno odznaczona za daleko idącą pomoc uchodźcom. Czasem chodziła rozczochrana, z butami w rękach, rzadko wychodziła z pracy przed północą.

Pracowali wszyscy. Studenci przychodzili na wolontariat segregując dary, opiekując się dziećmi, organizując zajęcia dla starszych dzieci. Okazało się wówczas, jak bardzo są pomocni w porozumieniu studenci z Ukrainy. Ja trochę dogadywałam się po rosyjsku ale przecież potrzebne były osoby do poważniejszych rozmów.

Przez pierwszy tydzień był chaos, płacz, bezustanny turkot walizek i dominująca niepewność, co to będzie i jak to będzie.

Na piętrze, gdzie pracowałam, zamieszkały kobiety z dziećmi. Rzadko kiedy pokój dwuosobowy służył tylko dwóm osobom. Przeważnie było tam ich więcej. Dzieci spały po dwoje na materacach, czasem z matką w jednym łóżku.

Nowo przybyłym pomagały te, które przyjechały wcześniej. Nie zawsze sobie wierzyły. Zazwyczaj pierwszą informacja była przyjęta z niedowierzaniem – naprawdę za nic nie płacimy, wszystko mamy za darmo? Hotel, posiłki, leki, ubrania, pieluchy, zabawki, słodycze, przejazdy, lekarza? Naprawdę? Naprawdę.




poniedziałek, 23 lutego 2026

Sąsiedzi tacy jak my

 Upłynęło już cztery lata. Jeśli ktoś ma ochotę, może poszukać w archiwum co wówczas pisałam. Byłam bardzo ostrożna wiedząc, że każdy tu może zajrzeć i przeczytać, mogłam mieć też kłopot bo jednak co się dzieje w pracy ma zostać w pracy. 

Teraz chcę uzupełnić opowieść o tamtych chwilach bo obawiam się, że wkrótce o nich zapomnę albo mnie po prostu nie będzie, a blog zostanie. Proszę tylko, aby nie robić mi przykrości w komentarzach a to dlatego, że nie powinnam się denerwować. Mój mózg jest wyczerpany obecnością guza i pracuje inaczej niż dotychczas. Wolniej, jak we mgle. Trochę się przyzwyczaiłam do zatkanego głuchego ucha w którym czasem brzęczy dźwięczy i szumi ale czasem po prostu nie chce mi się nic, ani robić czegokolwiek ani żyć. Nie mam motywacji, boję się utraty samodzielności. Ale hola hola na razie ogarniam dom, płacę rachunki i robię zakupy, utrzymuję 835 dni serii na duolingo i zadałam sobie kurs matematyki dla szkoły podstawowej. Żeby nie było łatwo, nie dla mnie zeszyciki z krzyżówkami. Na razie jestem jeszcze w drugiej klasie i co jakiś czas jęczę - biedna Hania, to jest strasznie trudne! Mnożenie, dzielenie, odejmowanie! Bez kalkulatora, nie ma lekko. 

Dziś na zapowiedzi skończę. Od jutra będę pisać o moim spojrzeniu na Ukraińców, którzy przyjechali do Polski cztery lata temu. 

niedziela, 15 lutego 2026

niedziela

 


Owszem, mieszkam przy samej drodze, zdjęcie zrobione z kuchennego okna. I nawet o szóstej rano w niedzielę jest ruch. Patrzę na to inaczej. 

Droga przeważnie zawsze jest dobrze utrzymana, nawet chodnik gmina odśnieża i czyści. Mam więc doskonały dojazd do domu i łopatować trzeba tylko kawałek od bramy do garażu. Przystanki autobusowe są częste jak w mieście, nie trzeba zasuwać kilometrami. 

Z sąsiadami szanujemy się - to jest kluczowe słowo, nie musimy się kochać, nie musimy się odwiedzać. Ale możemy. Zabudowa jest gęsta, akustyka niezwykła więc wszyscy jesteśmy skazani na słuchanie wszystkich w promieniu kilometra. Latem najwięcej wolnego czasu spędzamy w ogródkach i wtedy słychać nie tylko nawoływania ale nawet zwykłe rozmowy. 

Koty mają granice za nic. Psy trzymają się swojego terytorium ale i tak wiemy czyj pies szczekał o drugiej w nocy. Poznajemy po głosie. 

Mieszkam w najstarszej części miejscowości. Wokół niej powstały nowoczesne osiedla. Szłam taką nową uliczką i podziwiałam piękne domy, drogie samochody, zadbane posesje. Zaglądałam ludziom do okien, taka moda - duże przeszklenia na parterze, piękne wnętrza, po co to zasłaniać. 

U nas się naprawdę dobrze ludziom powodzi. U nas - mam na myśli nie tylko naszą gminę, mam na myśli cały kraj. Doceniam to. Bezpieczeństwo. Czystość. Świadomość społeczną. Młode pokolenie wychowywane w poszanowaniu środowiska. 

I tylko trudno czasem o wielkoduszne "nie zbiedniejemy", o posunięcie się na ławce życia. 

piątek, 13 lutego 2026

a tata wolał fiołki

 Kupiłam mamie na imieniny różowe świeczki pachnące różami. Mama Walentyna, to będą sobie razem z tatą świętować Walentynki. Tylko co na to dziadek. Bo wszyscy leżą w jednym grobie. 

Siostra zachichotała i stwierdziła - ty, my sobie normalnie robimy jaja z pogrzebu. 

I bardzo dobrze, ja bym nie chciała żeby ktoś z mojego powodu płakał latami. 

niedziela, 8 lutego 2026

kto ma rację

 Znów o pogodzie. O siódmej zaczął padać śnieg. Ten stary jeszcze nie stopniał, biało bura mozaika pokrywa okolicę a przy drodze straszy odgarnięta sterta błota złożonego z lodu, soli i piasku.  Za godzinę wszystko będzie białe a świat jaśniejszy i ładniejszy.

Czterdzieści lat temu właściciele sąsiednich posesji umówili się, że jeden może przejeżdżać koło ich domu nieformalną drogą. Tak się działo. Aż przyszedł nowy właściciel i oznajmił, że tam oficjalnie drogi nie ma i on zagrodzi. Nie chce zamiany (kawałek gruntu za udostępnienie pasa koniecznego do przejazdu) nie chce rekompensaty, nie chce żeby mu koło posesji jeździły samochody i już. Nawet latarni, którą chce postawić gmina aby oświetlić drogę gminną też nie chce. Bo teraz może zobaczyć przez okno rozgwieżdżone niebo. 

Sąsiad nr 2 zakupy nosi w rękach ścieżką przez las. Kiedyś zachorował i lekarz musiał do niego iść 200 m bo karetka nie dojedzie, nie ma drogi. Nie przywiezie węgla ani materiałów budowlanych. Goście zostawiają samochód i pną się w górę, to ostatni dom pod lasem, dalej już nie mieszka nikt. 

To w wielkim skrócie, takich sporów jest bardzo wiele i czasem nie chodzi o drogę, częściej o rację. 

Sąsiad numer 1 mieszka w ładnym domu, w pięknym otoczeniu z widokiem na las. Do najbliższego miasta jest kilkanaście kilometrów. Gmina zbudowała mu asfaltową drogę pod samą posesję. Ma dobrze, znacznie lepiej niż sąsiad nr 2. Może o to chodzi. 

 


czwartek, 5 lutego 2026

pytasz jak się czuję

 Stabilnie. Nie lubię tego słowa bo to jest takie zawieszenie. Pytacie jak się czuję więc napiszę, ale proszę, nie uznajcie tego za epatowanie chorobą, za użalanie się. Ludzie przeważnie nie chcą czytać o nękających kogoś dolegliwościach bo sami nie są od nich wolni to po co sobie dokładać. 

Myślałam, że jak poddam się tej nowoczesnej radioterapii to nowotwór zniknie, nie jak ręką odjął ale jakoś zostanie wypalony albo coś w tym rodzaju. Na moje usprawiedliwienie - kiedy dowiedziałam się, że mam guza mózgu, nie szukałam pomocy ani nie konsultowałam się u kilku specjalistów tylko od razu poszłam tam, gdzie mnie skierowali, po jednej ścieżce, z kartą dilo. To było szybko i w ciągu miesiąca miałam zrobioną maskę, dostałam sterydy i położyłam się na stole do radioterapii. 

W pierwszym roku guz trochę urósł ale potem zmniejszył się o dwa milimetry. Teraz jest stabilny i to jest właśnie to słówko. 

Poza tym w czasie mrozów, a w zasadzie to była darmowa próba natury "czy wytrzymasz na Syberii" przeszłam paskudny incydent z oddychaniem. Wyszłam na chwilę z domu i dosłownie po paru minutach poczułam się jakbym wchodziła wysoko po schodach - nie mogłam złapać tchu a serce waliło mi jak po biegu. Tak działa mróz - zwężają się naczynia krwionośne i serce musi pracować mocniej a ja mam problem z zastawką. No i tak. Ała. 

Mam się całkiem dobrze, wczoraj nawet robiłam faworki ale powiedziałam, że to ostatnie w moim życiu choć może zmienię zdanie, bo jednak niewiele rzeczy smakuje tak jak domowy chrust. Jedna miska na pięć osób to nie jest wielki grzech. Nie będę sobie odmawiać drobnych przyjemności bo życie nie jest za karę. 

Taka ballada, podoba mi się. KLIK

wtorek, 3 lutego 2026

a jak tam było naprawdę to nie wiadomo

 Lui nadaje się na kryminalistkę, kryminolożkę, czyli człowieka rozwiązującego zagadki. Pewnie nie ma takiego zawodu ale można stworzyć. We wczorajszym komentarzu napisała prawie wszystko jak to było z tymi zakupami na kredyt. 

Człowiek wyglądający jakby należał do pewnych kręgów (nie mówię tu o kręgach w zbożu) nie miał pieniędzy na chleb. Tak było w poprzednim odcinku. Trochę to było niepokojące dla kolejkowiczów, że nie przyszedł po "małpkę" lecz po pieczywo. Nie znali go. Nie znali go, bo sami stali w kolejce po "małpkę", byli bowiem pracownikami z okolicznych budów. Lokalsi przychodzą na zakupy znacznie później, natomiast pani emerytka jechała na poranną mszę do kościoła a wstąpiła po jakiś drobiazg, może paczkę chusteczek, kto wie. 

Był mroźny poranek. Bardzo mroźny. To był ten dzień, kiedy należało poprzedniego wieczoru wytoczyć przed bramę niebieski kubeł na śmieci a obok niego ustawić inne kolorowe worki z posegregowanymi odpadami. Krzysiek zerwał się na równe nogi - zapomniał o śmieciach. Wciągnął na siebie stary dres i kurtkę pamiętającą Kleparz, naciągnął czapkę na uszy i poszedł na podwórko z nadzieją, że śmieciowóz jeszcze nie jeździł.  Odetchnął z ulgą, udało się. Przeciągnął kubeł, przyniósł worki i zaklął na zimę - won do piekła ku.rwo wściekła. Zdążył już zmarznąć w nogi. W croksach był. 

Zamykając bramę zobaczył neon lokalnego sklepiku - już było otwarte. Postanowił więc pobiec po chleb, potem już nosa z domu nie wyściubi. Tak, a ciekawe kto przywlecze pusty kubeł i worki na wymianę.   Wrzucił do foliówki kilka bułek i krojony bochenek, a kiedy podszedł do kasy, uprzytomnił sobie, że w kieszeni ma tylko klucze, zaczął więc grzebać po kieszeniach, może jakaś dyszka się zapodziała jak to w kurtkach bywa, ale nie, nie było ani złotówki. 

Tymczasem utworzyła się kolejka. - Sąsiad, ja zapłacę za pana, idź pan do domu, tam pewnie żona czeka na śniadanie - zaśmiała się Pani Sąsiadka i dzięki niej miałam świeże pieczywo i męża prawie zamrożonego. 



poniedziałek, 2 lutego 2026

a jak tam było naprawdę to będzie jutro

 W kolejce do kasy sklepowej stało kilka osób i jak to rankiem bywa, wszyscy się śpieszyli. Starszy mężczyzna w niechlujnym dresie i byle jakich, nieodpowiednich do pogody butach nerwowo grzebał w kieszeni i tłumaczył - zapomniałem pieniędzy, nie zmieniłem spodni a portfel zawsze noszę w tamtych, zaraz wrócę i zapłacę. W siateczce miał zwykły chleb i dwie czy trzy bułki. 

Stojąca za nim emerytka, zawsze elegancka i energiczna, zarządziła - ja zapłacę za tego pana, bierz pan ten chleb i idź. I tak się stało - pan podziękował i wyszedł, pani również, a w kolejce zawrzało. 

I teraz wyobraźcie sobie kolejkę w wiejskim sklepie. Jak ocenili tę sytuację?



czwartek, 29 stycznia 2026

na górze mszyce na dole ślimaki

 



 
Duży sklep w galerii, zajrzałam na dział ogrodniczy bo o tej porze roku kupuje hiacynty i żonkile, żeby mieć w domu nadzieję na wiosnę. A przy okazji różne nasionka kwiatków wskakują mi radośnie do wózka to przecież nie wyrzucę tylko przywiozę do domu a jak przyjdzie czas to wysieję i albo urosną albo nie. Ogrodniczka ze mnie żadna, ale jednak pewne rzeczy dostrzegam natychmiast. 

To jest krzaczek róży na "półce śmierci". Tak nazywam miejsce, gdzie stoją przecenione roślinki i czasem kupuję coś stamtąd i odratuję a potem mam fajny krzaczek. Ale tym razem dostrzegłam kolonię mszycy. 

Ze szkodnikami w ogrodzie mam" kosę" - chodzę w sezonie co rano, oglądam i odwracam listki, bo one często siedzą na spodzie właśnie. I bezlitośnie niszczę, czasem wystarczy urwać oblepiony liść i zdeptać, ale i tak trzeba zrobić oprysk i pilnować, bo nie czarujmy się, takie na przykład róże najpiękniejsze są gdy się ogląda w kwiaciarni albo u sąsiada, u siebie to się widzi  kolce, mszyce i mączniaka! 

Teraz mam pytanie - gdybyście zobaczyli, że ktoś kupuje rośliny postawione koło takiej wylęgarni jak na zdjęciu i wiedzieli, czym to grozi, czy zwrócilibyście uwagę? 

Posadzona w zeszłym roku koło śmietnika, mam nadzieję, że nie przemarznie. Szkoda by było.