Uwielbiam wracać sama ze szkoły. Mogę wstąpić do "żabki" ale nie muszę, mogę iść na plac zabaw, ale nie muszę. Czuję się wolna.
Uczennica 3 kl
Przez całe popołudnie zastanawiam się, czym jest dla mnie wolność. Kiedy czułam się wolna.
A Ty?
życia nie da się edytować, zmieniać mogą się jedynie wspomnienia
Uwielbiam wracać sama ze szkoły. Mogę wstąpić do "żabki" ale nie muszę, mogę iść na plac zabaw, ale nie muszę. Czuję się wolna.
Uczennica 3 kl
Przez całe popołudnie zastanawiam się, czym jest dla mnie wolność. Kiedy czułam się wolna.
A Ty?
Nie bardzo lubię zakupy we dwoje. Generalnie nie bardzo lubię robić jakiekolwiek zaopatrzenie, dlatego chodzę w jednych butach kilka lat a meble i sprzęt wymieniam jak się zepsują na amen. Zakupy przez internet owszem, robię, i ma to sens, na przykład w rossmanie - sklep jest niedaleko więc kupuję w aplikacji wszystko czego potrzebuję i odbieram w sklepie.
Mąż handel uwielbia i łaziłby po sklepach od rana do wieczora. Przystaje przy półkach, ogląda, bierze do ręki, odkłada, a ja stoję w przejściu z wózkiem i czekam. Cierpliwie albo nie. Kupuje trzy opakowania makaronu bo jest promocja albo worki do odkurzacza, którego nie mamy od wielu lat. Napala się na czarne kabiny prysznicowe i już by wyrzucał starą, poczciwą wannę. A ja tak stoję z tym wózkiem bo przyjechaliśmy po wrzosy i szukam taniego pobytu w Rabce bo skoro on będzie robił remont łazienki to ja muszę uciekać z domu. Na szczęście na wrzosach się skończyło.
Ale jeść trzeba więc żeby się nie kłócić (nie taka mąka, nie te ogórki, co ja zrobię z tego mięsa, co z tego że było na promocji) to raz w tygodniu jedziemy do większego sklepu. Mój guz jest stabilny więc ogarniam życie i nawet, jak dawniej, rozglądam się wokół nie tylko "ser, coś dla psa, te małe grahamki, nawilżany papier i nie bierz tu pomidorów bo są jak korpiele".
Przed południem sklepy są pełne takich ludzi jak my. Starsze pary, podobne do siebie. Często mają podobne sylwetki, bo przecież wspólny stół. Jedno wybiera produkty, drugie czeka przy wózku. Czasem na siebie syczą. Ona ma często smutną twarz a on nosi na twarzy złość. Ona farbuje włosy, on siwy. W wózku jedzenie dla ludzi i zwierząt. Na parkingu starszy samochód.
Czy te związki naprawdę są zgodne i szczęśliwe tak jak obiecywali 30, 40, 50 lat temu? Jesień ma być krótka tego roku, a potem długa, mroźna zima.
Przesyłam pozdrowienia. Klarka.
Za Magdą chodził taki chłopak z sąsiedniej wsi. Za nią chodził a z ojcem i jej bratem pił. Magda go nie chciała. Ojciec był o to zły i mówił – taki rozum jak matka. Nie znaczy to, że matka była głupia, nie. Matka dawno temu podzieliła dom na pół i ojca na swoją połowę nie wpuszczała. Ojciec stale deklarował miłość po grób ale wcale nie był ani dobrym mężem, ani dobrym ojcem.
O Magdzie mówił, jest darmozjadem i powinna wyjść za
mąż za kogokolwiek kto ją zechce za żonę.
Ten chłopak
naprawdę był zakochany, chodził za nią ze dwa lata ale co z tego. Nie chciała
go. Mówiła mu o tym wiele razy ale on
jej nie słuchał. Pytał dlaczego. Nawet płakał czasem. Ona nie chciała go
upokorzyć ale też nie chciała dawać mu nadziei. On nie miał nic, mieszkał z
matką, pił, nie wiadomo z czego żył. Czasem pracował a częściej nie.
Wreszcie przyniósł jej pierścionek. Drogi. Powiedziała mu, że nie chce pierścionka i nie chce go widzieć. Płakał i mówił to co zawsze – nie odejdę od ciebie, nie pokochasz innego, daj nam czas.
Jak ty nie wyjdziesz z tego domu to ja wyjadę –
powiedziała i trzasnęła drzwiami.
Nocowała u
koleżanki. Wróciła rano do domu i na kuchennym blacie zobaczyła pierścionek.
Drogi. Westchnęła, włożyła go do torebki i od razu pojechała do matki chłopaka,
aby go zwrócić. Ja go nie chcę – powiedziała. Przywiozłam, bo może zgubić albo
przepić, a to jest droga rzecz. A ja go nie chcę.
Magda wyjechała i dopiero wtedy poczuła się wolna. Po kilku latach wyszła za mąż za Wojtka. Jak się poznali? W pracy. Magda była bardzo zakochana, dla Wojtka mogła zrobić wszystko i robiła, o sobie nie pamiętając. Kiedy po latach pytam ją, czy jest szczęśliwa, odpowiada, że nie jest nieszczęśliwa.
To tak samo jak jej pierwszy
chłopak – ustatkował się i ożenił, i nie jest nieszczęśliwy.
Najpiękniejsze
róże są u kogoś. Można podziwiać, wąchać, można nawet kupić bukiet i trzymać w
wazonie na komodzie tydzień albo dwa a potem bez żalu wyrzucić na kompost. Nie
wiem już z jakiego powodu i nawet nie chcę wiedzieć co to się ze mną porobiło,
bez rozumu zupełnie róże kocham i już. Miłości nie ma co tłumaczyć, kocha się
za wszystko i za nic. Zauroczenie czy zakochanie może być chwilowe ale żeby tak
na zawsze to musi być miłość najprawdziwsza. W całym domu powtarza się motyw
tych kwiatków – zasłony, talerze, filiżanki – w róże ach w róże sukienki moje są, w róże ach w róże szlafrok mój jest
jak w piosence. I nawet Matka Boska z Tuchowa, gdzie się urodziłam, trzyma ten
kwiatek w dłoni.
Będzie długi tekst, można iść po kawę, herbatę albo coś.
Ogród nasz
jest dość zapuszczony i bardziej przypomina siedlisko bez gospodarza niż
podmiejską posesję, którą w zasadzie jest. Najstarszą różę sadziłam sama. Nie
znałam się na kwiaciarstwie kompletnie tak samo jak mąż nie znał się na
ogrodnictwie. Zresztą byliśmy bardzo, ale to bardzo biedni i w pierwszą zimę paliliśmy
w piecu mokrym drewnem z sadu. W styczniu ścięliśmy we dwoje orzecha, potem gruszę
rosnącą przy studni. Mój chłop miał szczęście, bo pracę piłą moje-twoje miałam
opanowaną i siły też miałam dość.
Wiosną przed
domem zakwitły bzy i narcyzy ale po drugiej stronie nie było żadnych kwiatów a
mnie się marzył ganek obrośnięty różami. Kupiłam krzaczek, wykopałam dołek,
posadziłam i wbiłam obok niewielki kijek
myśląc, że skoro pnąca to się będzie wspinać a potem oprze się o ścianę i da
sobie radę.
Nie miałam
pojęcia co to za odmiana, nie wiedziałam nic o pielęgnacji, po prostu kupiłam
bo chciałam mieć pod oknem pnącą różę. Przeszła remont elewacji, wymianę dachu,
osuszanie fundamentów, kopanie pod kanalizację, wyburzanie szopy a z lżejszych
kataklizmów lądowanie kotów usiłujących dostać się do okna, dwa psy zakopujące
pod nią nadwyżki żarcia, domek dla jeży, przekleństwa i groźby każdego, kto
choć raz doznał poranienia jej kolcami. Grubsze i cieńsze, haczykowato
zakończone kolce ranią boleśnie i dotkliwie, z trudem dają się odczepić z
ubrania i ciała rozrywając je. Wbijają się nawet przez cienką podeszwę buta. Rany krwawią i długo się goją.
No i co z
tego. Każdego lata południowa ściana domu pokrywa się wspaniałymi różowymi bukietami
a słodki, intensywny zapach czuć w całym domu. Ścięte kwiaty stoją w wazonie
nawet dwa tygodnie, są niezwykle trwałe. Kiedy robię z niej bukiet, staram się
obcinać kolce ale i tak wiem, że osoba zmieniająca w wazonie wodę pokłuje się.
Dwa lata temu posadziliśmy koło śmietnika taki niepozorny krzaczek, rozrosła się na kilka metrów w szerz i w górę. Kolców ma o wiele mniej. Taka łagodniejsza jest. Mniej intensywnie pachnie a kwiaty można zrywać gołymi rękami. Wszyscy ją podziwiają bo obsypana zmieniającymi się kwiatami jest zachwycająca - najpierw jest różowa, zmienia się a na koniec rozkwita na żółto.
Gdyby ktoś zapytał, czy na swojej posesji sadzić róże, to odpowiedziałabym, że nie. Bo to jak z dziećmi. No i co z tego.
Będzie o
tym, jak uczniowie nosili do szkoły noże a nauczyciele spacerując po korytarzach
spokojnie palili papierosy oraz o tym, jak koleżanka wybiła kijem okno w gabinecie
dyrektora szkoły.
Najpierw
jednak zasmucę wszystkich, którzy cieszyli się z mojego milczenia w tym miejscu
i mieli nadzieję, że tak już będzie na zawsze. Mam propozycję nie do odrzucenia
– wykupcie cały nakład mojej książki i spalcie. Gówno mnie obchodzi że się boicie i
wstydzicie co wyjdzie na jaw.
To tyle, mam się całkiem dobrze, głowa jak zawsze, gópigus jak zawsze, cierpliwość tracę, kilogramy tracę.
Jeśli ktoś ma miejsce w rodzince
duolingo to jestem chętna, odkupię.
No dobra,
zaczynamy.
Koło szkoły
w mojej ukochanej Jodłówce były dwa boiska. Jedno między szkołą a kiblami, taka
łąka bardziej, a drugie wyłożone betonowymi płytkami, położone tuż pod oknem
dyrektora szkoły. Na tym boisku grywaliśmy w palanta. To taka gra – trzeba uderzyć
kijem w piłeczkę, odrzucić kij i biec co sił w nogach na wyznaczone miejsca i
nie dać się zbić przechwyconą przez przeciwnika piłeczką. No i moja koleżanka,
dziewczynka ambitna i do tego mocna w rękach od roboty w polu, jak
przygrzmociła w piłeczkę to ta poleciała aż pod kible, dziewczyna pieprzła za
siebie kij i sprint! A kij poleciał prosto w dyrektorskie okno.
No i co, no
i nic, mamy przynajmniej o czym opowiadać na stare lata. Dyrektora pamiętam
jako niezwykle miłego i łagodnego człowieka. Gorzej niektóre nauczycielki –
czasem się darły na pół szkoły i waliły dziennikiem w biurko ale przeważnie
spacerowały po dwie paląc papierosy i popijając herbatkę ze szklaneczki. Też
nie miały łatwo, musiały ogarniać po kilka przedmiotów np. fizyk miał
matematykę i wf a pani od rosyjskiego miała muzykę i chór.
Z nożami
było tak. Drużyna harcerska była w
szkole bardzo silna. W dni zbiórek pół szkoły paradowało w mundurkach z
przyczepionymi do paska finkami. Nauczyciel opiekujący się harcerzami nie był
głupi i wiedział, że część dzieci pochodzi z biednych rodzin i na mundurek
kupiony w składnicy harcerskiej często ich nie stać, dlatego oznajmił, że jeśli
ktoś nie ma mundurka to może przychodzić na galowo. Moja siostra strój
harcerski miała a do tego bardzo o niego dbała, prasowała, starannie
przyszywała sprawności, chusta jak nowa itd. Ale ona zarobiła sobie na ten
mundurek zbierając truskawki, a ja byłam jeszcze za mała na pracę u gospodarza.
Miałam więc białą bluzkę i granatową spódniczkę, ale przepasywałam się
harcerskim paskiem z finką i pod kołnierzykiem bluzki wiązałam chustę.
Aż moja
siostra skończyła podstawówkę i ja odziedziczyłam upragniony mundurek. I tu
zaczyna się moja porażka. Bo ja się wstydziłam wśród rówieśników, że wszystko
mam po siostrach. Wszystko oprócz niebieskich oczu i blond włosów oraz
talentu muzycznego.
Przerabiałam
więc te rzeczy jak umiałam. Na bluzce wyszywałam kwiatki, obrębiałam koronką
spódniczkę, ucinałam spodnie. Pamiętacie że ja nie umiem szyć? Z sandałów
robiłam klapki. I ten mundurek też przerobiłam. Był na mnie za duży więc obcięłam
długość i rękawy i tak poszłam na zbiórkę a wtedy usłyszałam, że ten strój jest
nieregulaminowy i nie mogę go nosić. Płakałam z tydzień albo dwa a do tego
matka się na mnie wydarła, że zepsułam mundurek i ona mi na pewno nowego nie
kupi.
Szyć nie
umiem do dziś i nie zamierzam tego zmieniać ale czasem kusi mnie, żeby coś przerobić a potem ta rzecz nadaje się
wyłącznie do wyrzucenia. I to tyle.
Jak zawsze
nieustannie pozdrawiam ukochanych czytelników i życzę uśmiechniętego, czarującego
czasu.
Gorąc niemożliwy ale pod czereśnią miły chłodek. Bujam się na huśtawce, słucham książki, popijam kompot z wiśni. Cieszę się nową sukienką. Nową nienową, na vinted kupiłam z adnotacją "nowa bez metki", jest dokładnie taka jak chciałam - len, wstawki z boku i dwie kieszenie z przodu. Zawsze na lato kupuję czerwone sukienki ale ta jest niebieska, no trudno. Kwitną floksy i tytonie, ogród pachnie jak sierpień, no do czego mam porównać, słodko, gorąco, spokojnie, lato, lato już nie szaleje.
Filip Kosior czyta, ja słucham jednym uchem a że mam kiepskie słuchawki to otoczenie też słyszę. Jak coś zaczęło warczeć! Acha. Kosiarka sąsiada. No trudno, trzeba się schować do domu.
Idę, patrzę, a ten chłop goły. To znaczy nie całkiem goły za tą kosiarką bo mu dzwonek dynda w majtkach ale ludzie kochani tego się nie da odzobaczyć. To było bardzo niesympatyczne widowisko, bardzo. Panowie, na litość boską, można włożyć szorty a nie latać tak w slipkach.
No co ty Klarka chłopa gołego nie widziałaś?
Deszczu w tym roku jest pod dostatkiem. Zbiorniki pełne deszczówki. Wszystko w ogrodzie bujne, zielone, o tej porze roku bywało spalone słońcem a teraz żyje, kwitnie, ugina się od kwiatów i owoców. Tylko tych wstrętnych ślimaków zatrzęsienie.
Jemy borówki. Pies przegonił dość skutecznie kosy i borówek mamy dużo, choć przyznam, że mogłoby być ich więcej. Chodzę codziennie w borówkowy kąt i zjadam je prosto z krzaka. Pyszne. Akurat zaczęły dojrzewać jak skończyła się świdośliwa. Nawet trochę na zakładkę. Co to się porobiło. Jabłka, gruszki, czereśnie i winogrono mi szkodzą a jagodowe mogę jeść. Dobre i to.
Może ja jakoś bardziej marznę a może wieczory i poranki już chłodniejsze. Dziś rozmawialiśmy o Bożym Narodzeniu, trzeba wejść na strych teraz latem i sprawdzić, czy tam na pewno nie ma naszych choinkowych ozdób. Jak nie ma to zaginęły bezpowrotnie.
Czemu lato tak szybki mija a zima się wlecze jak pociąg z Lubaszowej do Grybowa. Ech.
Dzieci
dorosły późno. Zabrały ze sobą bagaż z modnymi słowami – toksyczny rodzic,
trauma, odcinanie się. Dopakowali plecak zazdrością o rodzeństwo, żalem i
złością o własne błędy i porażki. Każde niepowodzenie, każde nieprzyjemne
zdarzenie nazwali traumą, weszli gładko w rolę ofiary i uznali, że rodzice mają
być bezbłędni i idealni, niezależnie od wszystkiego. Mają być podnóżkiem, mają
się starać, przepraszać, cieszyć z drobnych okruchów zainteresowania. Mają być
pomocni na żądanie ale nie wolno im mieć własnego zdania.
Dzieci nie
wiedzą, że idea pozbycia się rodziców jest całkowicie nierealna, nie wiem jak bardzo
by się odcinali to i tak rodzice nadal będą obecni w ich życiu. Nie wiedzą, że
nie można iść do najbliższego punktu wymiany i wybrać sobie lepszych.
Jeśli
skarżycie się, że rodzice wiecznie narzekają, to zastanówcie się nad tym. A
może mają rację. Może nie mają powodu do radości, może mieli trudne
dzieciństwo, ciężkie życie, zdrowie zniszczone ciężką pracą. Może dali wam
wszystko co mogli ale teraz we wspomnieniach widzicie wyłącznie to co było złe
więc z czego mają się cieszyć. Jedźcie w świat na wakacje, odwiedzajcie góry,
morza, latajcie wysoko i daleko, matki i ojca nie musicie odwiedzać, dokładnie
tak jak powiedział wam psycholog.
Jestem bardzo
szczęśliwą mamą i teściową, powyższe pełne goryczy słowa nie dotyczą moich dzieci.
Mam taki kawałek ogrodu, gdzie nie plewimy a kosi się dwa albo trzy razy w roku. Ile tam roślin, ile pszczół, i tych wielkich pasiastych owadów które wyglądają jakby miały futerko, jakże one się nazywają.
A zaraz za tą łąką malinowy busz, ja się tam nie zapuszczam, tak samo jak w porzeczki. W tym roku agrest się ugotował na słońcu i czarne porzeczki też, wszystko spadło z krzaków, ale reszta ma się dobrze. Chłop robi dżemy, nie do wiary, co to się porobiło. Ja się zawzięłam i powiedziałam, że ja dżemu nie jem, soku nie piję i nie będę się tym zajmować bo nie mam sił! No i nic nie rzekł tylko wziął stołeczek i poszedł zrywać owoce. Ale wcześniej powiedział, że nie będzie obcinał róż i jak chcę to sobie mogę sama ciąć. I obcięłam. Wyglądam jakbym walczyła z dzikim kotem.
Przesyłam pozdrowienia!
Monika
czekała na Piotrka w hotelowym pokoju. Lubiła te spotkania. Miejsce było trochę
oddalone od centrum miasta, parking zawsze dostępny i bezpłatny, pokoje czyste
a recepcja całodobowa. I dyskretna. To było dość ważne, bo Piotrek nie miał jeszcze
rozwodu. Nie naciskała ale jednak byli ze sobą już dwa lata i status tej
drugiej trochę jej doskwierał.
Był środek
tygodnia, rozpoczęła się doba hotelowa i słychać było z korytarza turkot
walizek. Kwaterowała się jakaś większa grupa gości. Potem wszystko ucichło. Piotrek
przysłał wiadomość – jestem na parkingu – i po chwili już pukał do drzwi.
Przyniósł
szampana i truskawki. Włożył butelkę do lodówki i rozglądał się po pokoju zastanawiając
się jak umyć owoce. Monika wzięła od niego foliową torebkę i poszła do
łazienki. Położyła torebkę w umywalce, odkręciła zimną wodę kierując strumień
na owoce. Przegarnęła je ręką i nagle dostrzegła błyszczący przedmiot.
Piotrek! Cóż
ty wymyśliłeś – zawołała, trzymając w palcach złoty pierścionek. O co ci
chodzi? – zapytał, a w jego głosie słychać było zdziwienie. Nie wiem, nie
pytaj, nie przyznaję się – stwierdził.
Ona
oczywiście mu nie uwierzyła. Rozumiała, że na zaręczynowy jest za wcześnie ale
to mogła być obietnica, bo jednak pierścionek jest symbolem, to nie łańcuszek,
nie bransoletka.
Rozstali się
jak zawsze koło jedenastej, gdy hotel zasypiał. Wyszli razem, na parkingu
przytulił ją ostatni raz, ona wymownie spojrzała na swoją dłoń z nową ozdobą i
uśmiechając się powiedziała – jest śliczny.
Piotrek nie
powiedział nic.
Upłynęły dwa
tygodnie i Monika zdążyła pokazać drobiazg na palcu wielu osobom. Koleżankom w
pracy, siostrze, kuzynce. To jednak coś z tego związku będzie – mówiły. Aż któregoś dnia przeglądała lokalne wiadomości gdy
nagle zatrzymała się przed ogłoszeniem. Dziewczyna sprzedająca przed marketem
truskawki zgubiła pierścionek, prawdopodobnie wpadł do torebki gdy ważyła
owoce. Bardzo prosi znalazcę o zwrot, to ważna pamiątka. Spojrzała na rękę, na
zdjęcie z ogłoszenia. Taki sam.
Co zrobić,
co zrobić.