czwartek, 29 października 2026

widok z okna

  Stoję przy kuchennym oknie i patrzę na drogę i położony za nią park. Liści na drzewach coraz mniej, szukam wzrokiem wiewiórek, które czasem nazywam naszymi, bo przebiegają przez ulicę i widuję je na dachu garażu. Z początku myślałam, że częstują się sikorkowymi orzechami, ale raz odkryłam za doniczką orzechowy magazyn. 

Tym razem na ogołoconym z liści drzewie dostrzegłam czarnego, dużego ptaka. Trzymał coś w dziobie i tłukł o gałąź niczym dzięcioł. Po chwili odfrunął na inną gałąź, bliżej drogi. To, co trzymał w dziobie, wypadło mu na asfalt. Po chwili przejechał samochód a ptak wylądował na chodniku, skoczył na ulicę i dziobał zawzięcie. 

Woda w czajniku zagotowała się, zalałam kawę i odeszłam od okna.  Co jeszcze niezwykłego mi się przytrafi. 

wtorek, 27 października 2026

i słów brakuje

 Od paru lat w dzień urodzin dostaję powiadomienie o przesyłce. I kiedy przyjeżdża kurier, mówię zawsze te same słowa - ale ja niczego nie zamawiałam! A kurier zawsze odpowiada - ale nie trzeba płacić, może to prezent? 

I rzeczywiście - to prezent. Od tajemniczego darczyńcy, bez podpisu, bez śladu nadawcy. Zestaw wspaniałych herbat, ale takich naprawdę dobrych, niecodziennych. Kiedyś, gdy jeszcze pracowałam, mówiłam - Boże, ja bym musiała całą niedzielę spędzić w pracy żeby to kupić. Bo wiele rzeczy przeliczałam wtedy na godziny pracy. Teraz też tak myślę - ktoś musiał pracować, kupić, wysłać i jeszcze pamiętać, że ja mam dziś właśnie urodziny. 

Czuję radość a przede wszystkim wielką wdzięczność, to jest tak niezwykłe, niespotykane, uśmiecham się i powtarzam - ludzie są dobrzy. Najserdeczniej dziękuję. 

Zaraz ktoś zapyta skąd ktoś ma mój adres i telefon. Od początku blogowania prowadziłam blog otwarty, było tak wiele różnych akcji, konkursy, zbiórki, spotkania a nawet zupełnie nieznane mi osoby zapraszałam do domu. Teraz z powody choroby wycofałam się ale i tak dzięki blogowaniu poznałam mnóstwo wspaniałych ludzi. 


poniedziałek, 26 października 2026

Żółta Koszula

 

Chodziłyśmy najczęściej we dwie, wiadomo, nieszczęścia chodzą parami.  We wsi była obrzydliwa knajpa dla pijaków, tam żadna dziewczyna nie odważyła się wejść za nic w świecie.  Czasem musiały wchodzić tam mężatki aby wreszcie chłopa, który nie znał umiaru wyciągnąć do domu. Niektóre miały szczęście bo pijak leżał za knajpą pod jabłonią i wystarczyło go szturchać do skutku, aż wstał i powlókł się dalej. Takie to szczęście.

Jak wiecie, ja do knajpy wchodziłam ale od zaplecza, bo miałam tam trzy razy w tygodniu zajęcia praktycznej nauki zawodu i sceny z życia pijaków oglądałam przez okienko do wydawania potraw albo od strony zmywaka. Jak się wpisze tu w lupkę „praktyki” albo „knajpa” to można poczytać o tym co się tam wyczyniało.

Drugim lokalem do spotkań towarzyskich był Klub Rolnika.  Tam spotykała się młodzież. Uczący się nie mieli w tygodniu czasu ale w soboty klub był pełen. W tygodniu też był czynny, ale przychodziło niewiele osób aby grać w karty. Tam nauczyłam się grać w kanastę i w remika. Raz czy dwa ambitnie robiliśmy jakiś projekt kulturalny, przedstawialiśmy kawałek „Balladyny” ale generalnie nie brałam w tej działalności udziału bo nie miałam czasu. Trzy dni nauki, trzy dni praktyki – taki tydzień. Pomoc na gospodarstwie, dojazdy do szkoły. Dwie młodsze siostry które wiecznie trzeba było pilnować albo pomagać im w nauce. Już wolałam drzewo rżnąć. Piłą moje-twoje. Ciekawe która pierwsza zadzwoni śmiertelnie obrażona.

Miało być o koledze nazywanym Żółta Koszula. Miał na imię Marian albo może Jasiu, nie pamiętam. To był taki spokojny, poukładany chłopak. Nie pochodził z naszej wsi, ale był taki czas, że można go było spotkać i w klubie, i na przystanku, i w autobusie. Tak się jakoś kręcił koło nas i nie wiadomo było o co mu chodzi. Nawet były o to kłótnie bo każda się go wypierała ale miło było mieć go za kolegę.

Przezwisko dostał przez kelnerkę, która widząc go,  wrzasnęła przez knajpiane okienko – żółta koszula uderza do praktykantki! Chłopak dość często nosił charakterystyczną żółtą koszulę. I potem już zawsze mówili na niego Żółta Koszula.

Wreszcie po kilkumiesięcznych podchodach przyszedł w niedzielne popołudnie do naszego domu. Nie wiedział co czyni. Po prostu przyszedł i stanął przy drzwiach.  Dziadek Fabian, człowiek niesłychanie życzliwy ale bezpośredni – zapytał go wprost – do kogoś ty człowiecze przyszedł? Nie wiedział albo nie chciał powiedzieć.

 W domu, nie licząc rodziców, babci  i tych małych, byłam ja i siostra, i zgodnym chórem zawołałyśmy – na pewno nie do mnie. Po czym złapałyśmy z gwoździa w futrynie  kurtki i w nogi. A Żółta Koszula za nami. Tłumaczył się, że był w okolicy i wstąpił wiedząc, że tu mieszkamy. Na herbatkę wpadł.

 I tak się bujał jeszcze jakiś czas bez szans ale i bez deklaracji, ale co to był za miły i uczynny chłopak. Do dziś nie wiemy, o co mu chodziło.

niedziela, 25 października 2026

pogadajmy o chłopakach

 

Dość często rozmawiamy z siostrą przez telefon i pilnuję,  aby nasze rozmowy nie były smutne. Nie znaczy to przecież, że cały czas gadamy o głupotach.  Zdarza się nam w tych rozmowach smutek, niepewność, bezradność, różnie bywa i dlatego zawsze na koniec zarządzam – pogadajmy o chłopakach bo to zawsze miły temat!

Siostra ma bardzo dobre zdanie o chłopakach z młodości, ponoć byli przystojni, wysportowani i szarmanccy. Szli do wojska chłopcy a wracali mężczyźni.

No kurde, ja jestem młodsza o sześć lat i mieszkałam w tej samej miejscowości w tym samym domu  a znałam samych jąkających kurdupli! I żaden z nich nie był w wojsku!

Musiałam tę rozmowę przeanalizować i chyba wiem co się stało. Ja wyjechałam stamtąd mając siedemnaście lat więc tych przystojniaków po wojsku nie mogłam znać bo byli dla mnie zwyczajnie za starzy.

Takie wspominki są pełne śmiechu. A pamiętasz tego Leszka, albo tego Cześka, a jak miał na imię ten w żółtej koszuli. Trzeba go było nie przezywać "Żółta koszula" to byś wiedziała. A do kogo on chodził? No do mnie na pewno nie. Tak, może do babci, nie wypieraj się bo nawet nie wiadomo czy on jeszcze żyje. Poszukamy. Tak, wklep sobie "żółta koszula" na pewno znajdziesz. 

Chłopaki przychodzili do dziewczyn do domu.  Zazwyczaj we dwóch, pewnie z powodu nieśmiałości albo dla bezpieczeństwa. Przysięgam, tak było! Siedzieli dość długo a potem wracali do domu dość daleko, po drodze mogli dostać wpierdol od wioskowych.

Trochę namotałam ale tu przecież średnia wieku jest poważna więc wiecie o co chodzi.

Taak, wkrótce będzie kolejny opis obyczajów według Klarki Mrozek czyli realizm baśniowy. I niech mi nikt nie mówi, że tak nie było .

poniedziałek, 12 października 2026

stare a głupie (albo nie)

 Tak mniej więcej od czterdziestki muszę pilnować wagi. Nie że mi ktoś kradnie urządzenie, nie. Chodzi o to, że co jakiś czas odzież moja staje się ciasna, gęba okrągła a staniki nie chcą się dopinać. Dlatego rzucam jedzenie i po jakimś czasie wracam do formy plus parę kilo. I tak się zbiera. Najpierw ważyłam chyba ze trzy kilo zaledwie ale to było zaraz po urodzeniu. Optymalnie lubiłam mieć tak 55 kg i  tak trzymałam ze dwadzieścia lat aż  rzuciłam palenie i zaczęłam jeść. Nie skończyło się to dobrze choć palenie rzuciłam skutecznie raz na zawsze a jedzenia nigdy, bo jednak trzeba jeść żeby żyć. Ale zawsze jakoś udawało mi się bujać między trzema rozmiarami odzieży. 

Niedawno koleżanka napisała mi bardzo osobiste zdanie - wiesz, kiedy mój mąż zachorował na nowotwór, modliłam się, targowałam się z Bogiem że mogę być gruba i brzydka byle on wyzdrowiał.  I wyzdrowiał. 

No, czy ludzie nie są zdesperowani? 

A ja miałam dość. Bo praca ciężka jak diabli, ja nie miałam sił, po godzinie czułam się wyczerpana, głowa bolała mnie bezustannie a oprócz głowy ramię tak, że płakałam z bólu  i żebrałam o przeciwbólowe leki. Dostałam antydepresanty i sterydy w ramię, pisałam tu o tym. Wreszcie ogłuchłam.  

Przytyłam przez rok dziesięć kilo. Po radioterapii brałam sterydy, miałam kłopoty z zębami i jelitami ale i tak tyłam. Kolejne dziesięć.  I co z tego. Nie zależało mi. Popłaciłam rachunki na pół roku do przodu, rozdałam osobiste rzeczy na pamiątkę, wiecie, każdy ma jakieś drobiazgi które są coś warte. Po prostu myślałam, że wkrótce umrę to po co się będę odchudzać. To jadłam wszystko, wagę wsunęłam pod komodę a w szafie królowały dresy. 

Nie chciało mi się żyć z tą bolącą bezustannie głową, wkurzało mnie lekceważące - przecież ten guz niezłośliwy. Inni mają gorzej. Jasne, sami eksperci od nerwiaków. 

W tym roku w maju jakoś się ogarnęłam. No bo tak - nie umarłam ale zrobiłam się wielka i mało energiczna, to jest dobre określenie bo ja zawsze byłam pracowita, lubiłam szybko coś robić a teraz jak procesja na Boże Ciało, ledwo łaziłam.  I jeszcze wstyd u lekarza, bo jak się można tak zapuścić.

Zawzięłam się i chudnę bez dietetyczki. Bo byłam u dietetyczki ale ona nie wzięła pod uwagę moich chorób, np. jak mówię że mnie żołądek boli po czymś to przecież nie zmyślam.   Wiem co mi szkodzi i tego unikam. Łatwo nie jest ale uważam, że dobrze sobie radzę. Chudnę średnio pół kg na tydzień, 2 kg na miesiąc. Już się ruszam energiczniej, zrzuciłam ponad 10 kg i nie zamierzam na tym poprzestać. 

Czasem śni mi się ciastkarnia, za szybą wielkie, różowe, puchate ciastka a ja stoję w kolejce, ale nawet we śnie wiem, że nie mogę ich jeść. Z papierosami też tak miałam, śniły mi się. I z facetami też, śnią mi się czasem ale wiem, że jestem mężatką i nic z tego. Kurde, no, czy ja muszę być taka zawzięta. 

 

 

wtorek, 15 września 2026

wolność

 Uwielbiam wracać sama ze szkoły. Mogę wstąpić do "żabki" ale nie muszę, mogę iść na plac zabaw, ale nie muszę. Czuję się wolna. 

                               Uczennica 3 kl 

Przez całe popołudnie zastanawiam się, czym jest dla mnie wolność. Kiedy czułam się wolna. 

A Ty?

piątek, 11 września 2026

emeryci

 Nie bardzo lubię zakupy we dwoje. Generalnie nie bardzo lubię robić jakiekolwiek zaopatrzenie, dlatego chodzę w jednych butach kilka lat a meble i sprzęt wymieniam jak się zepsują na amen. Zakupy przez internet owszem, robię, i ma to sens, na przykład w rossmanie - sklep jest niedaleko więc kupuję w aplikacji wszystko czego potrzebuję i odbieram w sklepie. 

Mąż handel uwielbia i łaziłby po sklepach od rana do wieczora. Przystaje przy półkach, ogląda, bierze do ręki, odkłada, a ja stoję w przejściu z wózkiem i czekam. Cierpliwie albo nie. Kupuje trzy opakowania makaronu bo jest promocja albo worki do odkurzacza, którego nie mamy od wielu lat. Napala się na czarne kabiny prysznicowe i już  by wyrzucał starą, poczciwą wannę. A ja tak stoję z tym wózkiem bo przyjechaliśmy po wrzosy i szukam taniego pobytu w Rabce bo skoro on będzie robił remont łazienki to ja muszę uciekać z domu.  Na szczęście na wrzosach się skończyło. 

Ale jeść trzeba więc żeby się nie kłócić (nie taka mąka, nie te ogórki, co ja zrobię z tego mięsa, co z tego że było na promocji) to raz w tygodniu jedziemy do większego sklepu. Mój guz jest stabilny więc ogarniam życie i nawet, jak dawniej, rozglądam się wokół nie tylko "ser, coś dla psa, te małe grahamki, nawilżany papier i nie bierz tu pomidorów bo są jak korpiele". 

Przed południem sklepy są pełne takich ludzi jak my. Starsze pary, podobne do siebie. Często mają podobne sylwetki, bo przecież wspólny stół. Jedno wybiera produkty, drugie czeka przy wózku. Czasem na siebie syczą. Ona ma często smutną twarz a on nosi na twarzy złość. Ona farbuje włosy, on siwy. W wózku jedzenie dla ludzi i zwierząt. Na parkingu starszy samochód. 

Czy te związki naprawdę są zgodne i szczęśliwe tak jak obiecywali 30, 40, 50 lat temu? Jesień ma być krótka tego roku, a potem długa, mroźna zima. 

Przesyłam pozdrowienia. Klarka. 







czwartek, 3 września 2026

taki rozum jak matka

 

Za Magdą chodził taki chłopak z sąsiedniej wsi. Za nią chodził a z ojcem i jej bratem pił. Magda go nie chciała. Ojciec był o to zły i mówił – taki rozum jak matka. Nie znaczy to, że matka była głupia, nie. Matka dawno temu podzieliła dom na pół i ojca na swoją połowę nie wpuszczała.  Ojciec stale deklarował miłość po grób ale wcale nie był ani dobrym mężem, ani dobrym ojcem. 

O Magdzie mówił, jest darmozjadem i powinna wyjść za mąż za kogokolwiek kto ją zechce za żonę. 

Ten chłopak naprawdę był zakochany, chodził za nią ze dwa lata ale co z tego. Nie chciała go.  Mówiła mu o tym wiele razy ale on jej nie słuchał. Pytał dlaczego. Nawet płakał czasem. Ona nie chciała go upokorzyć ale też nie chciała dawać mu nadziei. On nie miał nic, mieszkał z matką, pił, nie wiadomo z czego żył. Czasem pracował a częściej nie.

Wreszcie przyniósł jej pierścionek. Drogi. Powiedziała mu, że nie chce pierścionka i nie chce go widzieć. Płakał i mówił to co zawsze – nie odejdę od ciebie, nie pokochasz innego, daj nam czas. 

Jak ty nie wyjdziesz z tego domu to ja wyjadę – powiedziała i trzasnęła drzwiami.

Nocowała u koleżanki. Wróciła rano do domu i na kuchennym blacie zobaczyła pierścionek. Drogi. Westchnęła, włożyła go do torebki i od razu pojechała do matki chłopaka, aby go zwrócić. Ja go nie chcę – powiedziała. Przywiozłam, bo może zgubić albo przepić, a to jest droga rzecz. A ja go nie chcę.

Magda wyjechała i dopiero wtedy poczuła się wolna. Po kilku latach wyszła za mąż za Wojtka. Jak się poznali? W pracy. Magda była bardzo zakochana, dla Wojtka mogła zrobić wszystko i robiła, o sobie nie pamiętając. Kiedy po latach pytam ją, czy jest szczęśliwa, odpowiada, że nie jest nieszczęśliwa. 

To tak samo jak jej pierwszy chłopak – ustatkował się i ożenił, i nie jest nieszczęśliwy.

sobota, 29 sierpnia 2026

no i co z tego

 


Najpiękniejsze róże są u kogoś. Można podziwiać, wąchać, można nawet kupić bukiet i trzymać w wazonie na komodzie tydzień albo dwa a potem bez żalu wyrzucić na kompost. Nie wiem już z jakiego powodu i nawet nie chcę wiedzieć co to się ze mną porobiło, bez rozumu zupełnie róże kocham i już. Miłości nie ma co tłumaczyć, kocha się za wszystko i za nic. Zauroczenie czy zakochanie może być chwilowe ale żeby tak na zawsze to musi być miłość najprawdziwsza. W całym domu powtarza się motyw tych kwiatków – zasłony, talerze, filiżanki – w róże ach w róże sukienki moje są, w róże ach w róże szlafrok mój jest jak w piosence. I nawet Matka Boska z Tuchowa, gdzie się urodziłam, trzyma ten kwiatek w dłoni.

Będzie długi tekst, można iść po kawę, herbatę albo coś.



Ogród nasz jest dość zapuszczony i bardziej przypomina siedlisko bez gospodarza niż podmiejską posesję, którą w zasadzie jest. Najstarszą różę sadziłam sama. Nie znałam się na kwiaciarstwie kompletnie tak samo jak mąż nie znał się na ogrodnictwie. Zresztą byliśmy bardzo, ale to bardzo biedni i w pierwszą zimę paliliśmy w piecu mokrym drewnem z sadu. W styczniu ścięliśmy we dwoje orzecha, potem gruszę rosnącą przy studni. Mój chłop miał szczęście, bo pracę piłą moje-twoje miałam opanowaną i siły też miałam dość.

Wiosną przed domem zakwitły bzy i narcyzy ale po drugiej stronie nie było żadnych kwiatów a mnie się marzył ganek obrośnięty różami. Kupiłam krzaczek, wykopałam dołek, posadziłam i  wbiłam obok niewielki kijek myśląc, że skoro pnąca to się będzie wspinać a potem oprze się o ścianę i da sobie radę.

Nie miałam pojęcia co to za odmiana, nie wiedziałam nic o pielęgnacji, po prostu kupiłam bo chciałam mieć pod oknem pnącą różę. Przeszła remont elewacji, wymianę dachu, osuszanie fundamentów, kopanie pod kanalizację, wyburzanie szopy a z lżejszych kataklizmów lądowanie kotów usiłujących dostać się do okna, dwa psy zakopujące pod nią nadwyżki żarcia, domek dla jeży, przekleństwa i groźby każdego, kto choć raz doznał poranienia jej kolcami. Grubsze i cieńsze, haczykowato zakończone kolce ranią boleśnie i dotkliwie, z trudem dają się odczepić z ubrania i ciała rozrywając je. Wbijają się nawet przez cienką podeszwę buta. Rany  krwawią i długo się goją.

No i co z tego. Każdego lata południowa ściana domu pokrywa się wspaniałymi różowymi bukietami a słodki, intensywny zapach czuć w całym domu. Ścięte kwiaty stoją w wazonie nawet dwa tygodnie, są niezwykle trwałe. Kiedy robię z niej bukiet, staram się obcinać kolce ale i tak wiem, że osoba zmieniająca w wazonie wodę pokłuje się. 



 Dwa lata temu posadziliśmy koło śmietnika taki niepozorny krzaczek, rozrosła się na kilka metrów w szerz i w górę. Kolców ma o wiele mniej. Taka łagodniejsza jest. Mniej intensywnie pachnie a kwiaty można zrywać gołymi rękami. Wszyscy ją podziwiają bo obsypana zmieniającymi  się kwiatami jest zachwycająca - najpierw jest różowa, zmienia się a na koniec rozkwita na żółto. 

Gdyby ktoś zapytał, czy na swojej posesji sadzić róże, to odpowiedziałabym, że nie. Bo to jak z dziećmi. No i co z tego.