Mama była
przewrażliwiona na punkcie niepełnosprawności. Strzegła nas przed zbyt ciężką
pracą i pilnowała, abyśmy nie
podchodziły do koni i do niebezpiecznych narzędzi. Do dziś brzmi mi w uszach
jej przejęty głos – chcecie z dzieci
kaleki zrobić? – gdy ktoś usiłował zlecić nam pracę ponad siły. Mam na
myśli wiek, gdy dziecko ma się bawić, a nie od rana do nocy chodzić za pługiem
lub za bronami. Tak samo było z narzędziami – tylko mama rozumiała, że
siekiera, kosa czy motyka w rękach dziecka leży zupełnie inaczej niż w rękach
dorosłego.
Nie pozwalała nam się
gapić na niepełnosprawnych a najgorszym przezwiskiem było dla niej „matole” czy
„głupku”. Tak wówczas nazywano niepełnosprawnych intelektualnie. Jeśli więc
któraś z nas w kłótni powiedziała do drugiej „matole” matka bez wahania waliła
ścierą przez łeb i groziła – jeszcze raz jak usłyszę to dostaniesz habiną! Nie
wiem, jak to się pisze, habina była
cienką witką brzozową doskonale nas dyscyplinującą, spoczywała w kuchni nad
półeczką z przyborami do mycia.
Macie
pojęcie, co takie dziecko czuje? Mało mu, że nie umie czasem nawet czytać i pisać,
nie chodzi ze wszystkimi do szkoły to jeszcze się wszyscy na nie gapią!
Nie miałyśmy oczywiście
pojęcia, ale tu się muszę przyznać do wielu eksperymentów, mam nadzieję, że
nikt tam znów nie poskarży, po czterdziestu latach to przecież można wybaczyć bo to nie było żadne przedrzeźnianie, teraz to wiem.
Wspominałam tu już
kilka razy o stryku, który stracił w wypadku nogę. Miał on syna, mojego kuzyna,
z którym spędzałam cudowny czas bawiąc się w każdej wolnej chwili. Stryk był
bardziej otwarty i bezpośredni niż tata, taty się baliśmy a ze strykiem
wygłupialiśmy się i nigdy się na nas nie obrażał i nie krzyczał. Czasem tylko
groził wylogowaniem. Logowanie miało polegać na spraniu laską i wygonieniu z
domu. Jednak zamiast tego piekł nam na blasze plasterki ziemniaków i bawił się
razem z nami, choćbyśmy nie wiem co wyczyniali.
Pewnego razu bawiliśmy
się w Jarosa. Jaros był wiejskim
żebrakiem, był niewidomy, nosił przed sobą gruby kij, którym badał drogę a kiedy
szedł, burczał jak motor. Zawiązałam kuzynowi szalik na oczy i chodził z kijem po drodze,
oczywiście musiał buczeć. Ja mu niestety, podkładałam pod nogi różne przedmioty a on się potykał i wywracał. Potem nastąpiła zmiana i ja miałam zawiązane oczy
a kuzyn w eksperymentach poszedł dalej. Naszykował mi różne rzeczy do jedzenia
i do picia, niedojrzałą śliwkę, ziemię i kamień zawinięty w papierek od
cukierka również.
Stryk nie tylko nie
zabronił nam tej zabawy. Niby udawał, że nie widzi, co wyczyniamy, bardzo
zajęty wędzeniem śliwek. Kiedy skończyliśmy, kuzyn poobijany a ja ze smakiem ziemi w buzi, zaproponował
nam kolejne doświadczenie - przymocujcie sobie do jednej nogi patyki tak, żeby
była całkiem sztywna i spróbujcie biegać.
Zapomniałam napisać, że
stryjanka nie miała poczucia humoru i
była taka, jak nasza mama – przewrażliwiona, a kochała i troszczyła się o mnie tak
samo, jak o własne dzieci. Kiedy więc zobaczyła
nas biegnących z tymi sztywnymi nogami, przerażona zapytała – co wy robicie? A my chórem – bawimy się
w stryka! A stryk się śmiał aż się paryja trzęsła.