Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dom. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 września 2022

jesień



 Wszyscy chwalą się grzybami i jak co roku  podziwiam  odwagę grzybiarzy a zamiast grzybów wklejam zdjęcie jabłka. Też ładne. I na pewno nie jest zatrute.


Mój tata, który zawsze zaopatrywał mnie w suszone grzyby na wigilijne uszka już tego nie zrobi ale tradycję podtrzymuje siostra, która ma zasady dotyczące grzybobrania i o tym dziś napiszę. 
Zbiera grzyby tam, gdzie wie, że rosną od lat. Ale nie każdy mieszka w pobliżu lasu! - przerywam. To prawda. 
Tata wywalił mi raz pół koszyka - opowiadała. I to nie dlatego, że znalazł w nim trujące osobniki. Malutkich grzybków nie zbieraj! - pouczał. Nie wiadomo, co z nich wyrośnie. Ale malutkie są najlepsze do marynowania - protestowałam. 
Dyskutować nie ma sensu bo skoro od pięćdziesięciu lat nie zerwałam żadnego grzyba to nie mam prawa głosu. Ale zawsze będę się zastanawiać, dlaczego ludzie tak zawzięcie jeżdżą na te grzyby, łażą po lesie, łapią kleszcze, mokną, wywracają się na liściach i na obślizłych konarach a potem przywożą do domu wiadra pełne zdobyczy i spędzają długie godziny na oczyszczaniu i przetwarzaniu. O długim pobycie w szpitalu lub ostatecznym pożegnaniu nie wspomnę. 




czwartek, 11 listopada 2021

takie święto

 



Wolny od pracy zawodowej dzień wykorzystałam na rodzinne spotkanie. Hania  przyjechała na rowerku i od drzwi pytała - babciu babciu a kogo bardziej kochasz, Boga czy Polskę? A jak myślisz? - nie dałam się podpuścić małej mądrali. To się nie wyklucza - odparła i podśpiewując marsz marsz Dąbrowski z ziemi polskiej do wioski zajęła się dekorowaniem paznokci. Tak. Dziecko może bawić się zabawkami edukacyjnymi ale może też doklejać naklejki i posypywać paznokcie brokatem a także nosić koronę wróżki i czarować różdżką abrakadabra niech się wyczarują nowe opony. 


wtorek, 22 grudnia 2020

trzy

 Lubię świąteczne gotowanie. Te wigilijne potrawy są pracochłonne ale szykowanie rozkładam na kilka dni. Nie zepsują się, niektóre zyskują na smaku jeśli dłużej postoją w lodówce. Mam w sieni szafkę na wypadek, gdyby w lodówce brakło miejsca. 

Wczoraj uśmiechałam się do..farszu na uszka i pierogi. Bo tak się bez wysiłku zrobił pyszny. Tak samo jak krem do tego bardzo pracochłonnego ciasta, składającego się z czterech blatów twardych jak skała, które zmiękną za kilka dni dopiero.  Nawet polewa wyszła mi bez szukania przepisu, ot tak, jakby mi się otwierały w głowie szufladki, wszystkie składniki dodawałam bez odmierzania czy ważenia. 

I jeszcze przy tym gadałam do siebie. Szkoda że nie ma Hani, mogłaby wylizywać miseczki i trzepaczki, nie musiałabym zmywać. I jak tu się nie uśmiechać. 

Dekoracje robiłam. Takie misie kiedyś dostałam dla Hani, bawimy się nimi u nas. Były w ubrankach ale odkąd bawimy się w wakacje to niedźwiedzie mieszkają w lesie. B czy niedźwiedzie mają odzież, przecież one mają futro!


Dziś też Cię kocham. 

środa, 9 grudnia 2020

jak co roku

 Dni są podobne do siebie i choć ten rok różni się od innych wyjątkowo, pewne rzeczy trzeba zrobić. 

Pierniki już upieczone drugi raz, myślę, że trzeba będzie upiec jeszcze jedną porcję. Pierwsze były twarde ale i tak zjedliśmy, drugie były mało słodkie ale i tak zostało ich niewiele. 

Jak co roku trzeba odświeżyć "skorupy". Szkło się tłucze bo jest kruche i delikatne, dlatego zostały mi dwa kieliszki ze ślubnego prezentu. Ale i tak cała witryna zawalona jest zastawą. Tak. U nas używa się wazy, używa się półmisków i dzbanka do herbaty. Ale nie codziennie! 

Dlatego raz na jakiś czas wszystkie te "skorupy" trzeba odświeżać. 


Część ląduje w zmywarce ale niektóre muszą być myte ręcznie. 

Ale nawet jeśli okna nie będą umyte a skorupy w witrynach pokrywa kurz to święta i tak się odbędą!  





sobota, 9 listopada 2013

wspominając

Mama była przewrażliwiona na punkcie niepełnosprawności. Strzegła nas przed zbyt ciężką pracą  i pilnowała, abyśmy nie podchodziły do koni i do niebezpiecznych narzędzi. Do dziś brzmi mi w uszach jej przejęty głos – chcecie z dzieci kaleki zrobić? – gdy ktoś usiłował zlecić nam pracę ponad siły. Mam na myśli wiek, gdy dziecko ma się bawić, a nie od rana do nocy chodzić za pługiem lub za bronami. Tak samo było z narzędziami – tylko mama rozumiała, że siekiera, kosa czy motyka w rękach dziecka leży zupełnie inaczej niż w rękach dorosłego.

Nie pozwalała nam się gapić na niepełnosprawnych a najgorszym przezwiskiem było dla niej „matole” czy „głupku”. Tak wówczas nazywano niepełnosprawnych intelektualnie. Jeśli więc któraś z nas w kłótni powiedziała do drugiej „matole” matka bez wahania waliła ścierą przez łeb i groziła – jeszcze raz jak usłyszę to dostaniesz habiną! Nie wiem, jak to się pisze, habina  była cienką witką brzozową doskonale nas dyscyplinującą, spoczywała w kuchni nad półeczką z przyborami do mycia.

Macie pojęcie, co takie dziecko czuje? Mało mu, że nie umie czasem nawet czytać i pisać, nie chodzi ze wszystkimi do szkoły to jeszcze się wszyscy na nie gapią!

Nie miałyśmy oczywiście pojęcia, ale tu się muszę przyznać do wielu eksperymentów, mam nadzieję, że nikt tam znów nie poskarży, po czterdziestu latach to przecież można wybaczyć bo to nie było żadne przedrzeźnianie, teraz to wiem.

Wspominałam tu już kilka razy o stryku, który stracił w wypadku nogę. Miał on syna, mojego kuzyna, z którym spędzałam cudowny czas bawiąc się w każdej wolnej chwili. Stryk był bardziej otwarty i bezpośredni niż tata, taty się baliśmy a ze strykiem wygłupialiśmy się i nigdy się na nas nie obrażał i nie krzyczał. Czasem tylko groził wylogowaniem. Logowanie miało polegać na spraniu laską i wygonieniu z domu. Jednak zamiast tego piekł nam na blasze plasterki ziemniaków i bawił się razem z nami, choćbyśmy nie wiem co wyczyniali.

Pewnego razu bawiliśmy się w Jarosa. Jaros był  wiejskim żebrakiem, był niewidomy, nosił przed sobą gruby kij, którym badał drogę a kiedy szedł, burczał jak motor. Zawiązałam kuzynowi szalik na oczy i  chodził z kijem  po drodze, oczywiście musiał buczeć. Ja mu niestety, podkładałam pod nogi różne przedmioty a on się potykał i wywracał. Potem nastąpiła zmiana i ja miałam zawiązane oczy a kuzyn w eksperymentach poszedł dalej. Naszykował mi różne rzeczy do jedzenia i do picia, niedojrzałą śliwkę, ziemię i kamień zawinięty w papierek od cukierka również.

Stryk nie tylko nie zabronił nam tej zabawy. Niby udawał, że nie widzi, co wyczyniamy, bardzo zajęty wędzeniem śliwek. Kiedy skończyliśmy, kuzyn poobijany a ja ze smakiem ziemi w buzi, zaproponował nam kolejne doświadczenie - przymocujcie sobie do jednej nogi patyki tak, żeby była całkiem sztywna i spróbujcie biegać.  

Zapomniałam napisać, że stryjanka nie miała  poczucia humoru i była taka, jak nasza mama – przewrażliwiona, a kochała i troszczyła się  o mnie  tak samo, jak o własne dzieci.  Kiedy więc zobaczyła nas biegnących z tymi sztywnymi nogami, przerażona zapytała – co wy robicie? A my chórem – bawimy się w stryka! A stryk się śmiał aż się paryja trzęsła.

wtorek, 22 marca 2011

wspólny stół




 Ogród podzielony jest na dwie części i pies do tej pory był za ogrodzeniem. Mógł tam biegać do woli, kopać doły pod porzeczkami i szczekać na sroki. Postanowiłam to zmienić bo to ogrodzenie jest bardzo brzydkie, pies już nie biega jak opętany więc kwiatów tak dużo nie połamie a jak naniesie trochę błota na schody to przecież posprzątam, ale cuda. Już tak było przez wiele lat, były dwa psy i dało się.
Dziś od rana brama zamknięta na klucz a pies ma pełną swobodę i muszę przyznać, że zaczął od pokazania, kto tu teraz będzie rządził.
 Koty i tak się psa nie boją, raczej odwrotnie, jak kot się wygrzewa w słońcu a pies idzie to kot tylko fuknie a pies go ominie szerokim łukiem. Z wyjątkiem Kiciula, Kiciul od razu w bek i do domu, woła mnie na pole żebym zobaczyła, co to się wyczynia. Dziejowa niesprawiedliwość! Bo pies przyszedł na ganek, wyjadł kotom wszystko z miski, zabrał miskę w zęby i zaniósł na swój podest tam, gdzie ma paśnik.
Może po prostu zaprosił je do wspólnego stołu?
Kiciul pilnuje krokusów!

Ze spraw trudnych i przykrych - troll Miaukotka mi dostatecznie obrzydziła życie, aż tak, że zmieniłam imię kotu. Dlatego postanowiłam ostatecznie - odblokowuję moderowanie komentarzy i jeśli napisze tu choć jeden komentarz z tych , które mam w archiwum, idę na policję. Koniec gnębienia.

środa, 16 marca 2011

na stancji (druga część)

Babka dostawała szklankę wina i siedziała na krześle w kącie. Nie brała udziału w naszych wygłupach ale śmiała się razem z nami i czasem którejś groziła palcem – ej dziewucha dziewucha! A my kończyłyśmy – nie będziesz synową!
Wypalałyśmy Józkowi wszystkie papierosy jakie tylko miał i towarzystwo się rozchodziło. Papierosy były na kartki, my  nieletnie miałyśmy kartki na cukierki, to znaczy nasze mamy te kartki miały, no, ale skoro pracowałyśmy jak dorosłe, wymagano od nas jak od dorosłych to tak się czułyśmy. Nikomu to zresztą nie przeszkadzało, szkolne szatnie były siwe od dymu, z toalet dym buchał na przerwie jakby tam się palił grill, na praktyce paliłyśmy bez ukrywania się. Pamiętam zresztą jak raz warknęłam na  czyjąś uwagę:
 – Nie pal bo jesteś nieletnia!
- A do noszenia węgla i sprzątania zarzyganej posadzki to już jestem dorosła?

Zegar na klasztornej wieży wybijał pierwszą, szafkowy zegar w kącie milczał od dawna, bo podparłam mu wahadło parasolką po tym, jak kolejny raz obudzona nie mogłam już zasnąć do świtu, gdy za drzwiami pokoju ktoś stanął. Słyszałam wyraźnie kroki, potem zapadła niepokojąca cisza. W pokoju, w którym mieszkałam, nie było zamka w drzwiach, zamykały się tylko na klamkę. Nasłuchiwałam kilka minut aż wreszcie sięgnęłam po but stojący koło łóżka i rzuciłam go w drzwi.
 Łojezusie! – usłyszałam krzyk babki i wołanie – a kogo tam masz?
- Nikogo tu nie ma, można wejść i sprawdzić – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- To co tak huknęło? – nie wierzyła mi.
- Może straszy, może tu kto umarł, ja tam nic nie słyszę – odparłam. Nieprawda, słyszałam. Słyszałam skradanie, oddech, czułam czyjąś obecność.
 Może to był Józek, może babka, a może straszyło. Czasem się bałam, obudzona nie mogłam zasnąć, wstawałam więc i pisałam opowieści strasznej treści. Ile tam było duchów, upiorów, wisielców porwanych przez diabła prosto do piekła! Na zmianę oczywiście z wierszami o miłości. 
Było mi zimno. Wynajmując pokój nie sprawdziłam, jak jest z ogrzewaniem. W pokoju stał piec, w którym nigdy się nie paliło. Babka twierdziła, że nie trzeba w nim palić, bo mnie przecież i tak nie ma cały dzień i wystarczy otworzyć drzwi do kuchni to stamtąd najdzie ciepła a w nocy człowiek przykryty nie zmarznie. W jej części domu też było bardzo zimno. Oni się grubo ubierali, rzadko myli, często spali po południu, przywaleni grubymi pierzynami. Aby wejść do mojego pokoju, musiałam przejść przez pokój babki, więc widziałam to wszystko. Ja miałam mało odzieży i codziennie musiałam robić przepierkę, oczywiście w rękach, i te rzeczy mi nie schły, czasem ubierałam wilgotne.
 W grudniu się wyprowadziłam i wróciłam pokornie do domu. Skończyły mi się pieniądze, marzłam, zaczęłam chorować. Wróciłam do domu i oznajmiłam:
- Muszę tu jeszcze mieszkać pół roku!  
Na co mama odparła:
– A ktoś cię wyganiał? Sama chciałaś to poszłaś, chciałaś to wróciłaś.

Wróciłam bogatsza o bardzo ważne doświadczenie. Nie wiedziałam, że człowiek może być tak samotny, że w domu może być tak cicho, że są chwile, kiedy nie ma się do kogo odezwać. Dla mnie wówczas było to niewyobrażalne bo rosłam w gwarze, w ruchu, w trzypokoleniowej wielodzietnej rodzinie. Codziennie wpadały sąsiadki, pod nogami kręciły się koty, pod kuchnią zawsze palił się ogień, było po prostu CIEPŁO!