Master, czyli klucz pasujący do każdego zamka, jest w
mojej pracy bardzo ważnym narzędziem. Ile ja się namęczyłam, pracując w
szkołach, z ciężkimi pękami kluczy! To była zmora i przekleństwo – każde drzwi
musiały być zamknięte, każde, i na końcu cały budynek zakodowany i zamknięty na
amen, bo jak nie to przyjdą złodzieje i zdemolują, okradną, napadną, podpalą,
zrabują wszystko łącznie ze szmatami sprzątaczek schowanymi pod schodami w
piwnicy. Dlatego pod groźbą utraty premii, pracy, zdrowia i życia każde
pomieszczenie i każde okno musiało być zatrzaśnięte i zamknięte, a do tego służyło
sześćset sześćdziesiąt sześć kluczy. I alarm zamykany na klucz, to jasne. Jak
ja się bałam codziennie. Jakie ja miałam katastroficzne wizje. Płonąca szkoła,
bo czegoś nie zgasiłam. Zalana szkoła, bo czegoś nie zakręciłam. Szkoła
obrabowana i zdemolowana, bo może nie zakodowałam, bo może nie przekręciłam.
Wreszcie, kiedy już byłam tak znerwicowana że można mi
było wmówić wszystko, otrząsnęłam się cudem. Cud polegał na tym, że odwarknęłam
raz i drugi – był pożar? Nie było. Było włamanie? Nie było. No to co się stało?
Ale i tak nienawidziłam zamykania tych wszystkich
pomieszczeń, zakręcania wody, wyciągania z gniazd kabli i oglądania budynku z
zewnątrz czy przez przypadkiem uchylone okno nie wleci szatan albo Harry Potter.
Do brzegu daleko.
W hotelu pracuje dwóch sympatycznych chłopaków, zajmujących
się wszelkimi naprawami. Panowie konserwatorzy mają roboty od cholery od
poważnych remontów do banalnych działań typu naderwane gniazdko czy zatkany
odpływ.
Telefon i klucze noszę w kieszeniach spodni. Kiedy
korzystam z toalety, wyciągam je i kładę na umywalce a potem wchodzę do kabiny.
A to dlatego, że niejeden telefon i klucz wypadł ludziom do muszli i był płacz,
suszenie w ryżu i inne niewiele pomagające sposoby ratunku.
Tak było i tym razem. Nie, że klucz wpadł mi do muszli,
nie. On mi wpadł do odpływu umywalki i utknął. Wpadła mi do sedesu odznaka ZMS-u.. zanuciłam, mając nadzieję na
odzyskanie mojego mastera. Dłubałam, naciskałam, wyciągałam i nic.
Wpadło
mi do wiaderka odznaczenie Gierka.. nuciłam dalej nie wierząc,
że sobie nie poradzę. No chyba do takiej głupoty nie będę dzwonić po chłopaków!
Czas płynął a
roboty nie ubywało bo klucz tkwił w odpływie. I musiałam zadzwonić. Ale jak to
się stało, przecież macie klucze na smyczy? – spytał pan konserwator ze
śmiechem bo się tłumaczyłam jakbym zepsuła jakąś maszynę albo urwała drzwi od
szafy. Nie chciałam go utopić, sam
wskoczył – odparłam zasmucona.
Przyszli we dwóch i wydobyli mój klucz w ciągu 10 sekund.
Kto pamięta piosenkę, którą nuciłam? Tetryk na pewno J.