Mój pierwszy tort robiłam na swoje siedemnaste urodziny, uroczystość była dość ważna bo miał do mnie pierwszy raz oficjalnie przyjechać chłopak poznany w wakacje. Nie śmiejcie się, pierwsza wizyta chłopaka w domu dziewczyny to było wielkie przeżycie bo co innego jak chłopak był z tej samej wsi albo z okolic a co innego jak z daleka, całkiem obcy. Presja była spora bo i mama i siostry niemiłosiernie ze mnie pokpiwały widząc, jak bardzo mi zależy aby wypaść jak najlepiej.
Tak z tydzień wcześniej już robiłam zamieszanie i to pewnie przez to ciągle słyszałam, co mu która powie i pokaże, oczywiście same brednie. Sześć dziewczyn w jednym domu, macie pojęcie? Im bardziej się starałam tym bardziej siostry mi dokuczały, na przykład mówiąc, że jak chłopak wejdzie to ściągną ze ściany święty obraz i każą mu pocałować ramę informując, że taki mamy obyczaj w rodzinie, a potem wszyscy na kolana, gromnica na stół i modlitwa przed burzą. Modlitwa przed burzą zawsze jest aktualna bo nigdy nic nie wiadomo. A na obiad zrobimy kurze łapki w rosole i będziemy obgryzać i wrzucać pod stół kotom. Dobiła mnie najmłodsza siostrzyczka mówiąc – a ja mu powiem że mały kotek się zesrał pod łóżkiem!
Wreszcie babcia mnie uspokoiła – dziecko, on będzie wpatrzony w ciebie, nie przejmuj się, tylko ty jesteś dla niego ważna.
Żywność była na kartki, prawie wszystko to, co potrzebowałam na tort, było reglamentowane. Cukier, masło, mąka, czekolada, alkohol. Jakoś to zgromadziłam, trochę wódki wysępiłam na praktyce, bufetowa mi wlała do butelki po syropie na kaszel, przepis na tort miałam z książki do technologii. Najtrudniejszy, nawet teraz robię go bardzo rzadko. Biszkopt ubijany na parze. Jaja z cukrem ubija się na parze tak długo, aż powstanie gęsta biała masa, potem się studzi cały czas ubijając i dopiero wówczas leciutko przesypuje się orzechami, mąką albo tym, z czym chcemy ciasto, np. makiem, kokosem. Miksera nie było, piekarnika nie było, był prodiż z grzałkami od góry. Stałam przy kuchni ubijając te jajka trzepaczką, trwało to naprawdę bardzo długo. Biszkopt się udał, wyrósł, upiekł się i wyglądał jak na obrazku w książce. Krem należało zrobić na drugi dzień bo się świeże ciasto źle przecina. Pojechałam do szkoły cały czas myśląc wyłącznie o tym, że mi ten placek na pewno zeżrą, na pewno!
Ne zżarli. Krem się robi tak – pałką w makutrze utrzeć na puch masło, na parze ubić jaja z cukrem aż powstanie gęsty lukier, wystudzić, do masła dodawać po łyżeczce lukru cały czas ucierając. Potem się jeszcze dodaje alkohol i dodatki, ja miałam orzechy i czekoladę. Ubiłam jajka na parze i żeby się szybciej wystudziły, wyniosłam miskę na ganek, wróciłam do kuchni aby ucierać masło. Chciałam wszystko robić sama to robiłam. Kiedy masło było utarte, poszłam po ten lukier a tam czysta miska! Wylizana! A mówiłam, zamykać drzwi bo pies tylko czyha na takie okazje! Nie ma w domu ani cukru, ani jajek, trzeba było pilnować a nie wynosić psu. Rozpacz, no bo co to za tort bez kremu. Rozpuściłam tylko czekoladę i oblałam ten placek. O butelce po syropie w której była wódka całkiem zapomniałam, stała jakiś czas w kredensie aż ktoś sobie golnął myśląc, że to guajazyl, najobrzydliwszy z syropów na kaszel.
W sobotę dom był wypucowany, niezależnie od gości co sobotę w domu moich rodziców było generalne sprzątanie z myciem futryn, drzwi, przecieraniem obrazów i szorowaniem podłóg (ryżową szczotką, deska po desce, do białości!).
Może się spóźnił pociąg. Może nie zdążył na autobus. Może przyjedzie okazją. Czekanie jest nieznośne, do dziś najbardziej nie lubię czekać. Czekałam w sobotę, jeszcze w niedzielę miałam nadzieję, że przyjedzie. Nic z tego. Dopiero we wtorek dostałam telegram – wstrzymali przepustki, nie wiem, kiedy się zobaczymy.
Przepustki wstrzymali na kilkanaście miesięcy, bo to była późna jesień 1981 rok.
Nie spróbował wówczas mojego tortu ani nie poznał moich nieznośnych sióstr.
Za jakiś czas się ze mną ożenił. Bo tak jak mówiła babcia - był we mnie wpatrzony a ja w niego.