Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praktyki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praktyki. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 kwietnia 2011

praca

Pod koniec roku szkolnego do szkoły przyjeżdżali pracodawcy poszukujący pracowników do domów wczasowych, restauracji i hoteli. Tych ofert nie było zbyt wiele i były one kierowane do najlepszych absolwentów. Podpisałam bardzo korzystną umowę na rok, w sobotę kończył się rok szkolny a ja w poniedziałek zaczynałam pracę.
Zamieszkałam w ośrodku wczasowym, w ładnym pokoju na piętrze nad jadalnią. Wraz ze mną mieszkały jeszcze dwie dziewczyny.
Trzeba było umieć robić wszystko to, co w danej chwili było potrzebne. Nie było podziału na podkuchenne, kelnerki, sprzątaczki czy pokojowe. Kierowniczka przydzielała nam zajęcia w miarę potrzeb. Palacz na przykład nie zajmował się wyłącznie kotłownią, jeśli trzeba było to musiał obierać ziemniaki albo zmyć korytarz.
Były ogromne trudności z zaopatrzeniem i kuchnia funkcjonowała w oparciu o produkty zbożowe i nabiał ale jedzenie było bardzo smaczne, tyle, że pracochłonne. Gotowaliśmy codziennie na około sto osób trzy posiłki. Pierwszy był zawsze z zupą mleczną, którą roznosiłyśmy w wazach, na stoliku na gości czekało oprócz tego troszkę kiełbasy, żółtego sera, pieczywo, dżem i smalec ze skwarkami,  obiad był dwudaniowy i zawsze był też kompot, kisiel lub budyń,  a kolacje podawaliśmy gorące, jakieś naleśniki z serem, ruskie pierogi, placki ziemniaczane, kopytka z pieczarkami czy gołąbki z kaszą i grzybami.
Taka domowa mamusina kuchnia, goście nie narzekali, mogę to powiedzieć z całą odpowiedzialnością – pracowałam tam rok i nie spotkałam się ani razu ze skargą na jedzenie. Nawet, jak żywiliśmy kadrę Górnika – Knurów, którzy mieli tam zgrupowania, to inni goście po prostu tylko wzdychali. A wzdychali dlatego, że sportowcy przywozili z sobą całe zaopatrzenie i mieli taką zasadę – na stole ma być tyle, ile chłopaki zechcą zjeść. Przywozili całe ćwiartki mięsa, pojemniki z kurczakami, ryby, szynki, wędliny, i nawet tłuszcze. Wszystko to, co było na kartki, oni przywozili, zrzucali do magazynu a my miałyśmy wreszcie możliwość gotowania tak, jak trzeba, bez oszczędzania i zamiany produktów.
Ech, jacy to byli przystojniacy! Jasne, że usiłowałyśmy ich podrywać, choć nasza kierowniczka pilnowała bardzo  – do gości grzecznie i uprzejmie ale na dystans!
Po drugiej stronie drogi był stok, na którym czasem trenowali. Na przykład ustawiali się na samym dole i musieli w morderczym tempie wbiegać na górę, i tam i z powrotem. A my się gapiły przez okno jak zaczarowane!
Jedli naprawdę bardzo dużo, byli hałaśliwi, weseli, uczynni, i nie do poderwania. Możliwe, że mieli przykazane to samo co my – na dystans.
Pracowałam cały sezon po kilkanaście godzin na dobę i zarabiałam bardzo dobrze, co z tego, gdy i tak nic nie można było kupić, raz dostałam talon na buty i chcąc go wykorzystać, aby nie przepadł, kupiłam buty o rozmiar za małe.
Poznałam tam dwie dziewczyny, góralki, które mówiły wyłącznie gwarą. Uwielbiałam je bo miały specyficzne poczucie humoru, nie złościły się prawie wcale i z równą otwartością rozmawiały o Bogu jak i o seksie.
Jedna z nich chciała zachować cnotę dla męża i oddać mu się w noc poślubną ale miała na tym punkcie jakąś obsesję ponieważ ciągle o tym mówiła, obrazowo opowiadając, jak to będzie wszystko wyglądało. Mam do dziś w pamięci  te opowieści  przedstawiające sceny z życia intymnego Konserwy, bo tak ją nazywałyśmy.
 O tym, czy Konserwa dochowała cnoty i jak było na góralskiej zabawie napiszę wkrótce.

środa, 16 marca 2011

na stancji (druga część)

Babka dostawała szklankę wina i siedziała na krześle w kącie. Nie brała udziału w naszych wygłupach ale śmiała się razem z nami i czasem którejś groziła palcem – ej dziewucha dziewucha! A my kończyłyśmy – nie będziesz synową!
Wypalałyśmy Józkowi wszystkie papierosy jakie tylko miał i towarzystwo się rozchodziło. Papierosy były na kartki, my  nieletnie miałyśmy kartki na cukierki, to znaczy nasze mamy te kartki miały, no, ale skoro pracowałyśmy jak dorosłe, wymagano od nas jak od dorosłych to tak się czułyśmy. Nikomu to zresztą nie przeszkadzało, szkolne szatnie były siwe od dymu, z toalet dym buchał na przerwie jakby tam się palił grill, na praktyce paliłyśmy bez ukrywania się. Pamiętam zresztą jak raz warknęłam na  czyjąś uwagę:
 – Nie pal bo jesteś nieletnia!
- A do noszenia węgla i sprzątania zarzyganej posadzki to już jestem dorosła?

Zegar na klasztornej wieży wybijał pierwszą, szafkowy zegar w kącie milczał od dawna, bo podparłam mu wahadło parasolką po tym, jak kolejny raz obudzona nie mogłam już zasnąć do świtu, gdy za drzwiami pokoju ktoś stanął. Słyszałam wyraźnie kroki, potem zapadła niepokojąca cisza. W pokoju, w którym mieszkałam, nie było zamka w drzwiach, zamykały się tylko na klamkę. Nasłuchiwałam kilka minut aż wreszcie sięgnęłam po but stojący koło łóżka i rzuciłam go w drzwi.
 Łojezusie! – usłyszałam krzyk babki i wołanie – a kogo tam masz?
- Nikogo tu nie ma, można wejść i sprawdzić – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- To co tak huknęło? – nie wierzyła mi.
- Może straszy, może tu kto umarł, ja tam nic nie słyszę – odparłam. Nieprawda, słyszałam. Słyszałam skradanie, oddech, czułam czyjąś obecność.
 Może to był Józek, może babka, a może straszyło. Czasem się bałam, obudzona nie mogłam zasnąć, wstawałam więc i pisałam opowieści strasznej treści. Ile tam było duchów, upiorów, wisielców porwanych przez diabła prosto do piekła! Na zmianę oczywiście z wierszami o miłości. 
Było mi zimno. Wynajmując pokój nie sprawdziłam, jak jest z ogrzewaniem. W pokoju stał piec, w którym nigdy się nie paliło. Babka twierdziła, że nie trzeba w nim palić, bo mnie przecież i tak nie ma cały dzień i wystarczy otworzyć drzwi do kuchni to stamtąd najdzie ciepła a w nocy człowiek przykryty nie zmarznie. W jej części domu też było bardzo zimno. Oni się grubo ubierali, rzadko myli, często spali po południu, przywaleni grubymi pierzynami. Aby wejść do mojego pokoju, musiałam przejść przez pokój babki, więc widziałam to wszystko. Ja miałam mało odzieży i codziennie musiałam robić przepierkę, oczywiście w rękach, i te rzeczy mi nie schły, czasem ubierałam wilgotne.
 W grudniu się wyprowadziłam i wróciłam pokornie do domu. Skończyły mi się pieniądze, marzłam, zaczęłam chorować. Wróciłam do domu i oznajmiłam:
- Muszę tu jeszcze mieszkać pół roku!  
Na co mama odparła:
– A ktoś cię wyganiał? Sama chciałaś to poszłaś, chciałaś to wróciłaś.

Wróciłam bogatsza o bardzo ważne doświadczenie. Nie wiedziałam, że człowiek może być tak samotny, że w domu może być tak cicho, że są chwile, kiedy nie ma się do kogo odezwać. Dla mnie wówczas było to niewyobrażalne bo rosłam w gwarze, w ruchu, w trzypokoleniowej wielodzietnej rodzinie. Codziennie wpadały sąsiadki, pod nogami kręciły się koty, pod kuchnią zawsze palił się ogień, było po prostu CIEPŁO! 

wtorek, 15 marca 2011

na stancji

W trzeciej klasie umęczona ciężką pracą na praktykach i dojazdami do szkoły postanowiłam iść mieszkać na stancję. Miałam trochę zarobionych przez wakacje pieniędzy i pewnego dnia oznajmiłam mamie – wyprowadzam się! Na co mama odparła – ciekawe na jak długo?
Zauważcie, jaki miałam w domu luz. Ja nie pytałam, czy mogę się wyprowadzić z domu  mając szesnaście czy siedemnaście lat, ja po prostu poszukałam sobie pokoju do wynajęcia, zabrałam  swoje rzeczy i tyle.
Pokój mieścił się w starym domu z kilometr od przystanku w miasteczku, gdzie miałam praktykę w tej strasznej knajpie w rynku. W domu tym  mieszkała stara kobieta ze swym synem, nie wiem, ile ten człowiek miał lat, mnie wydawał się równie stary jak jego matka. Trafiłam tam, bo na oknie naklejona była kartka z napisem „panienkę na stancję niedrogo przyjmę”.
Do domu wchodziło się od podwórka, należało wejść po schodkach, przejść przez kuchnię, pokój babci i dopiero był pokój, w którym miałam mieszkać. Z pokoju babci można było również wejść do tajemniczego pomieszczenia, które mogło być łazienką bo stała tam wanna. Ubikacja była na podwórku, kran z wodą był w kuchni. Nie zastanawiałam się zbyt długo czy to są dobre warunki czy nie,  bo nigdy w życiu nie mieszkałam poza domem. Pani, która kazała nazywać się babcią przekonała mnie, że Józek, jej syn, jest spokojny i chodzi spać z kurami, ona również, nie będziemy więc sobie przeszkadzać. Pokazała mi też owo tajemnicze pomieszczenie mówiąc, że niestety, wody nie ma, ale jak sobie wodę  zagrzeję na kuchni i wleję do wanny to mogę się kąpać ile zechcę.
W „moim” pokoju stała wersalka, stół, krzesła, wysoki szafkowy zegar i szafa, pełna rzeczy właścicielki. Na parapetach stały doniczki z kwiatami, na ścianie było pełno świętych obrazów. Czuć było stęchliznę i taki charakterystyczny zapach starego domu, wilgoć, myszy, nic przyjemnego. Zapłaciłam za miesiąc z góry i zabrałam się za sprzątanie. Kiedy wyszorowałam do białości podłogę, umyłam okna i powiesiłam czyste firanki, zrobiło się całkiem miło. Wodę do sprzątania grzałam na blasze, pod którą paliło się węglem. Po tym sprzątaniu chciałam się umyć ale wanna była zajęta. Leżały w niej dwa koguty z obciętymi łbami, czekały na skubanie i oprawianie, bo babcia handlowała tym, co biegało po podwórku i urosło za domem.
Od tamtej pory już zawsze myłam się w swoim pokoju w plastikowej miednicy, którą ukradłam z knajpy.

Przestałam się spóźniać do szkoły bo dojeżdżałam pociągiem, nie autobusem czy okazjami. Praktykę też kończyłam punktualnie o piętnastej i nagle się okazało, że mam mnóstwo wolnego czasu. Uczyć się nie musiałam bo wystarczyło mi to, co usłyszałam na lekcjach, całą podstawówkę miałam same piątki więc w tej szkole nie starałam się nic, i tak miałam bez problemu dobre oceny. Dużo czytałam, ale to się akurat właścicielce domu nie podobało, bo szkoda światła. Nie miałam radia ani telewizora, jedynym dźwiękiem było tykanie i bicie tego zegara w kącie, co mnie zresztą doprowadzało do szału.
Babcia na samym początku powiedziała, że mogę sobie zapraszać koleżanki i jej to nie będzie przeszkadzało. Ja się trochę wstydziłam warunków ale tylko na początku, bo przecież to nie moja rodzina! Nieraz babcia siedziała w wannie i skubała koguty albo patroszyła króliki ale co z tego, miałyśmy jeszcze jeden powód do wygłupów. Wkurzał nas Józek, który się strasznie z nami chciał integrować, ale miał przecież ponad trzydzieści lat i dla nas to był po prostu stary dziad, nie mogłyśmy zrozumieć, czego on chce. Miałam trzy fajne koleżanki, ale naprawdę takie super dziewczyny, wesołe, zawsze trzymałyśmy się razem. I te dziewczyny czasem prosto z pociągu przychodziły do mnie a zaraz za nimi materializował się Józek. Przynosił jakieś ciastka, ględził coś o gospodarce, o traktorze, który miał sobie kupić i takie tam, ale tak szczerze mówiąc to my sobie z niego robiłyśmy bezustanne jaja. Wreszcie kiedyś usłyszałam, jak babcia mówi do sąsiadki, że Józuś będzie miał żonę kucharkę i to po szkole gastronomicznej. Byłyśmy wredne i okrutne, bezustannie się go dopytując w której się zakochał i kiedyż ach kiedyż ślub! On był dość nierozgarnięty bo zamiast trzasnąć drzwiami to się czerwieniał i jąkał albo głupio się śmiał.
Wreszcie raz zrobiłyśmy imprezę zapraszając kolegów, ale to była taka libacja, że te doniczki z okien pospadały do ogródka.
 

Ja chyba cierpię na atak grafomanii, pisać to dalej? Bo nie wiem czy się nie wkurzycie za te  biograficzne wątki

sobota, 5 marca 2011

jeszcze o nauce zawodu

Jeden z czytelników zamieścił pod postem „ Praktyka czyni mistrza czyli wspomnienia uczennicy” taki komentarz -
Myślę, że coś mogę powiedzieć na ten temat jak to wszystko dzisiaj wygląda. Sam chodzę do Technikum o profilu gastronomicznym.(..). Wyraźnie więc można zaobserwować jaka jest różnica między dzisiaj a wcześniej. Robiliśmy praktycznie to wszystko co normalni pracownicy, więc cały czas byliśmy pod okiem i przez to własnie możemy najlepiej się nauczyć zawodu. teoria jest ważna, której się uczymy w szkole a i tak praktyka jest ważniejsza. I czekam na więcej na ten temat, interesuje mnie to zważywszy na mój zawód :) Bernard
Proszę bardzo, Bernardzie, opiszę Ci, jak to wyglądało 30 lat temu.
Knajpa mieściła w parterowej kamieniczce  w rynku małego miasteczka na południu Polski. Od frontu było dwie sale i bufet a z tyłu w podwórzu było całe zaplecze, kuchnia, ubikacje, szatnia dla personelu, biuro, pod biurem piwnica z  ziemniakami i duża beczka z wodą.
Miałam tam praktyki od drugiej klasy przez dwa lata, trzy razy w tygodniu. Dojeżdżałam na siódmą, autobus o 6;10 albo był albo był ale się nie zatrzymał. Czasem, zwłaszcza zimą,  szłam na piechotę 15 km a czas spóźnienia musiałam odrobić po południu. Zaraz po przyjściu do pracy podpisywałam listę i szefowa przydzielała nam dodatkowe obowiązki. Dodatkowe dlatego, że praktykantki cały czas musiały być na zmywaku, żaden pracownik się tym nie zajmował. Było nas dwie i zmieniałyśmy się, aby się jakoś ze wszystkim wyrobić.
Rano uczennice zaczynały od nastawienia wody na mycie. Wodę nalewało się do 40 litrowego gara z beczki stojącej na podwórku, gar stawiało na kuchni i woda z niego służyła do zmywania naczyń. Trzeba było pamiętać, aby przez cały dzień ją uzupełniać. Naczynia zmywało się w zlewie mniejszym niż moja dzisiejsza umywalka w łazience. Zlew ten zatykało się korkiem, wlewało tam gorącą wodę z pieca, dosypywało się proszek i jak już ta woda była śmierdząca i gęsta, zmieniało się na świeżą. W drugiej komorze zlewu było płukanie, zimną wodą i byle jak.
Potem szefowa wysyłała nas do rzeźni po zaopatrzenie. Rzeźnia znajdowała się kawałek za rynkiem, ale niedaleko. We dwie nosiłyśmy w dużych metalowych pojemnikach mięso, wątróbkę, flaki, płucka, taki pojemnik wraz z towarem był dość ciężki i niosłyśmy go z trudem, trzeba było przynieść takich pojemników kilka codziennie.
Pod biurem mieściła się piwnica i stamtąd wyciągało się ziemniaki, do piwnicy zamykanej na metalową klapę prowadziła drabinka, trzeba było nabrać ziemniaków do wiadra, wyjść po tej drabince i podać to wiadro osobie, która stała na górze. W piwnicy nie było światła, raz mnie tam zamknęła jedna z pracownic dla żartu. Naprawdę było zabawnie.
Zajmowałyśmy się wyłącznie obieraniem, zmywaniem i sprzątaniem. Nie było mowy o rękawiczkach, moje ręce były popękane do krwi od tego żrącego proszku do zmywania i od obierania ton ziemniaków i warzyw w lodowatej, ciemnej  norze zwanej szumnie obieralnią. 
W szkole pani ucząca nas technologii wyzywała mnie za te ręce, bo na technologię musiałyśmy mieć śnieżnobiały ukrochmalony fartuch, czepek nasunięty na czoło i oczywiście gładkie zadbane ręce z krótko obciętymi paznokciami, moje były  „oderwane od pługa, jakbym nimi orała ziemię”. Kiedy miałam wypadek i po miesiącu nieobecności przyszłam do szkoły z gładkimi dłońmi, pani z wielką satysfakcją stwierdziła – widzicie, jak się chce to się da zadbać o ręce. Dyskusji i wyjaśnień w szkole nie było.
To był czas żywności na kartki, czas poniżania, bezustanne święto złodziei, kombinatorów i chamów. Kto nie umiał kraść i kombinować, był podejrzany o donosicielstwo. Uczennice były poniżane i wykorzystywane do najcięższej pracy a kraść się nie nauczyły, ja chciałam, raz coś przyniosłam do domu, chyba jakieś kotlety czy olej to mi mama kazała to odnieść i mi palnęła kazanie o tym, że złodziei w naszym domu nie ma, nie było i nie będzie.
Czy wówczas był sanepid? Oczywiście, że był. Przyjeżdżali i szli prosto do biura. Do kuchni zaglądali przez drzwi. Raz dostałam mandat 100 zł za to, że nie miałam czepka. Do garnków z sufitu spadały karaluchy, kuchnia lepiła się od tłuszczu, w obieralni grasowały szczury, które się ludzi nie bały wcale, ja dostałam mandat za to, ze miałam czepek w kieszeni a nie na głowie. Dla mnie to była klęska, bo miałam 140 zł stypendium a 110 zł kosztował bilet miesięczny  Zapłaciłam ten mandat ale cały miesiąc jeździłam na gapę.  Innych mandatów nigdy nie było.
Pod koniec nauki do szkoły przyjeżdżali kierownicy pensjonatów i hoteli, aby zwerbować do pracy młody personel. W sobotę skończył się rok szkolny a w niedzielę wyjechałyśmy do pracy do jednego z domów wczasowych w górach.
Dostałyśmy dobrą pracę, wyżywienie za darmo i piękny pokój. Ale to jest temat na kolejny post, może kiedyś.
Opowieść publikuję na obydwu blogach.

poniedziałek, 17 stycznia 2011

wspomnienia uczennicy - zakończenie

Była połowa lutego 1943 roku. W niewielkiej podgórskiej wiosce, ze wszystkich stron otoczonej jodłowymi lasami, w szkole powszechnej zbudowanej w środku wsi odbywały się zajęcia. Dzieci uwielbiały swoją Panią. To Ona nauczyła ich słów „proszę, dziękuję, przepraszam”,  zwracała się do nich łagodnie i z uśmiechem. W tej biedzie, w tym ostrym klimacie, w miejscu oddalonym od ludzi trwała bezustanna walka o przetrwanie, te dzieci żyły cały czas w głodzie, ciężko pracowały, były oddawanie „na służbę”, bo dziećmi nie przejmował się nikt. Aż pojawiła się ich Pani. To Ona była inicjatorką budowy szkoły, prowadziła kursy dla kobiet, uczyła, nauczała. A oprócz tego, o czym dzieci nie wiedziały, gdy nastała wojna, była łączniczką i kolporterką prasy i organizowała tajne nauczanie.
W ten dzień gestapowcy przyszli po Jej męża, partyzanta. Zdążył uciec, bo ktoś go uprzedził, że jadą. Weszli więc do szkoły, wyprowadzili Panią na schody i na oczach dzieci zamordowali Ją. Dzieci uciekały w takim przerażeniu, że potem żadne nie umiało opowiedzieć, gdzie wówczas biegły. Została pochowana na miejscowym cmentarzu, pod samym murem, i tylko na Wszystkich Świętych harcerze pełnili wartę przy Jej grobie. Kilkanaście lat po wojnie wybudowano nową szkołę, w całkiem innym miejscu a w starej szkole komuniści urządzili knajpę. Nie było tam miejsca na tablicę pamięci,  wszystko było plugawe, wstrętne, przesiąknięte najgorszymi człowieczymi zachowaniami.
Kiedy Ciocia kazała mi zapytać ojca, dlaczego tam nie powinno być nigdy knajpy, nie zapytałam go o to myśląc, że chodzi o to rozpijanie społeczności, o te bijatyki, o podłości nie do opisania. Nie zapytałam.
Po pierwszym roku moich praktyk knajpa została zamknięta i zaczął się w niej remont. Dziś jest w tym budynku ośrodek zdrowia i biblioteka.
Zostałam przeniesiona  do jeszcze podlejszej knajpy i przez kolejne dwa lata szkoły nie nauczyłam się już niczego gotować, bo nikt mnie do kuchni nie dopuścił. Robiłam to, co ma robić uczennica na praktyce – obierałam ziemniaki, zmywałam naczynia i podłogę, nosiłam węgiel i szatkowałam warzywa. Nauczyłam się palić i pić i widziałam tyle niewiarygodnych rzeczy, że do tej pory nie dam rady o tym mówić. 
PS. Nauczycielka i jej mąż byli działaczami ZWZ-AK, co tłumaczyć może zmowę milczenia i nieposzanowanie miejsca kaźni.

niedziela, 16 stycznia 2011

wspomnienia uczennicy 3

Na pijackiej sali siedziała stała ekipa i tylko od czasu do czasu część jej składu się wymieniała. Awantury były codziennie, pół biedy, gdy pijaki się prały po ryjach między sobą bo to się ledwo trzymało na nogach i jeden drugiemu wielkiej krzywdy nie zrobił.
Zdarzały się nieporozumienia, raz Dzik Chark chłop dwumetrowy, czerwony na gębie, z włosami jak strzecha dostawał z pięści od Stefana Paszteta kiedy tylko zaczynał śpiewać swoją ulubioną piosenkę:
O Boże o Boże co mi po honorze…
 W tym momencie Stefan Pasztet podnosił wrzask – mówiłem ci odpierdol się od mojej matki! Dzik patrzył nic nie rozumiejąc i znów zaczynał:
O Boże o Boże co mi po honorze..
Dostawał pięścią w łeb i zaczynała się bitka, aż kelnerka brała szczotkę i okładała ich po plecach krzycząc,  żeby wyszli się bić na zewnątrz.
Wreszcie któregoś dnia się sprawa wyjaśniła, bo matka Stefana Paszteta miała na imię Honorata, mówili na nią Honora, a Stefan matkę kochał, szanował i nie pozwalał o niej śpiewać w pijackich piosenkach.
Gorzej, gdy konsument stawał się agresywny wobec personelu. Zdarzało się to wtedy, gdy przepijał sporą część pieniędzy albo i wszystko co miał. Po kilku godzinach biesiady rzucał się do kelnerki lub do bufetowej, że go oszukała, wystawiając zawyżony rachunek albo nie wydając reszty. Jeśli był agresywny, to nie było sensu się tłumaczyć tylko uciekać i dzwonić po milicję. Milicja przyjeżdżała bardzo chętnie. Jeśli pijak nie zdążył zdemolować lokalu to wystarczyło, że wywieźli go kawałek dalej, dostał kilka razy pałą na pożegnanie i szedł do domu a potem robił za bohatera, opowiadając jak uciekł z suki tym „naftom  z posterunku”.
„Nafty z posterunku” wracali do knajpy, gdzie byli częstowani porządnym obiadem, setą, i żegnali się z personelem czule zapewniając, że zawsze są do usług pięknych pań.
Wśród konsumentów pięknych pań nie było, bo siedzieć w knajpie z pijakami to był wstyd i hańba, choć była taka Kazka  z sąsiedniej wsi, co za piwo umyła całą podłogę w sali bufetowej a za mielonego kotleta naniosła węgla do pieca. Pewnego dnia poszła po węgiel i tam oddała się jednemu z konsumentów, który wrócił do stolika i się chwalił, co przed chwilą zrobił. Kazka słyszała rozmowę i oburzona zaprotestowała – ty szmaciarzu, ja kroku nie żałuję ale nienawidzę jak ktoś kłamie, nie dałam ci dupy na węglu tylko na podpałce! I pokazała tylną część ciała, na której nie było śladów węgla.
Pracowałam wyłącznie na drugiej zmianie i powroty z praktyki czasem były niebezpieczne, bo byłam zaczepiana przez różnej maści wielbicieli. Jak zaczepiali mnie przez okienko w kuchni to sprawa była prosta – Ciocia brała tasak i znacząco mówiła – niech który tknie to wymiśkuję. Nie miałam wtedy jeszcze skończonych szesnastu lat, wyglądałam jak dziecko i byłam dzieckiem.
Aż raz  Ciocia, która czasem właśnie zwracała się do mnie „dziecko” powiedziała – wreszcie te knajpę rozpierdolą, tylko ciebie dziecko szkoda bo się w pizdu zmarnujesz.
Ciociu a co się stało? – zapytałam.
- Koniec rządzenia jebanych komunistów, tu nigdy nie powinno być knajpy.
- Dlaczego?
- Zapytaj się swojego ojca, on powinien wiedzieć najlepiej.

sobota, 15 stycznia 2011

wspomnienia uczennicy 2

Po drugiej stronie knajpy był inny świat. Wchodziło się od strony lasu kuchennymi schodami. Po jednej stronie korytarza była kanciapa kierowniczki a na wprost kuchnia. Duże pomieszczenie, na ścianach i na podłodze kafelki, wydzielone obieralnia i zmywalnia, trzon kuchenny na węgiel, pod ścianami stoły do pracy. Czysto, w zmywalni bieżąca gorąca woda, wyparzacz do naczyń, w części produkcyjnej wyszorowane do białości deski, pniak do mięsa grubo posypany solą. Koło pieca stał gar z zakwasem na żur.
Szefową była kobieta, której głos pamiętam do dziś. Gotując śpiewała a mówiąc używała masy dziwacznie poprzekręcanych wulgaryzmów.
W pierwszy dzień praktyk spojrzała na mnie i zdecydowała – ja cię nauczę gotować, masz przychodzić na dwunastą i zostawać ze mną do wieczora, i mów mi Ciotka.
Do południa było gotowanie dla wszystkich, czyli byle jak, byle co, i słynna garmażerka na bufet. Tym wszystkim zajmowały się dwie panie, które kończyły pracę o drugiej i wraz z kierowniczką jechały do pobliskiego miasteczka, a ja z „Ciocią” zostawałam i dopiero wówczas zaczynały się czary. Produkty były trudno dostępne i na kartki, ja byłam tylko uczennicą więc nie obchodziło mnie, skąd one pochodzą, ale wiele z nich widziałam pierwszy raz w życiu.
Część z tych potraw trafiała dla nauczycieli, którzy mieli załatwione  bony i codziennie przychodzili albo jeść, albo zabierali obiady do domu. Knajpa prowadziła jakiś catering, o którym niewiele osób miało pojęcie. Normalnemu człowiekowi trudno się było przedrzeć przez salkę dla pijaków, gdzie była wiecznie mokra podłoga (nie chce pisać od czego), latały w powietrzu kufle i śmierdziało tak, że przechodząc trzeba było wstrzymywać oddech. Ale jak się już przedarł, to mógł zjeść całkiem przyzwoity obiad, jeśli tylko Ciocia uznała, że takiemu to warto dać pojeść bo wygląda na porządnego. I ładowała mu na talerz golonkę, której nie było w karcie, albo kotleta wielkiego jak dla drwala.
Często robiłyśmy dość wykwintne jak na tamte czasy potrawy, które zabierał ktoś samochodem. Drugim odbiorcą była ówczesna kucharka z plebanii, zamawiająca od czasu do czasu jakiś faszerowany schab czy zestaw rybny.
Gotowanie na płycie kuchennej opalanej węglem jest sztuką i najpierw musiałam się nauczyć, w którym miejscu co się gotuje i ile pod co sypać węgla. Bo taki rosół to musiał mrugać pół dnia, a polędwica to tylko jeb z jednej strony, jeb z drugiej strony, i gotowe! I tu się zacznę posługiwać dokładnie takimi słowami, jakich używała Ciocia, bo inaczej nie oddam atmosfery tamtych chwil.
Majonez to nic trudnego, trzeba tylko napierdalać w jedną stronę, bo jak przerwiesz to się zwarzy! Umiem robić majonez do dziś dokładnie taki, jak mnie uczyła Ciocia, nigdy nie kupuję, trzeba tylko umieć odpowiednio napierdalać.
Jak to mięso stłuczesz to na środek kładziesz  paciarę i robisz z tego takie kutasiki, a potem te kutasiki obtoczysz w mące i na gorący smalec, jak kiedyś zobaczę że smażysz je na czym innym to cię wygnam na praktyki do bufetu! Do tych kutasików robi się z ziemniaczanego ciasta jeszcze mniejsze chujki, takie mięciutkie, że jak się nie przypilnuje i przegotujesz chwilę dłużej to możesz z całym garem spierdalać do świń.
Bierzesz to wszystko, zwijasz razem w taki kondonek i ten kondonek musi pyrkać w rosole(galantyna z kury).
To się musi tak zawinąć, żeby z tego wyszła taka pizdeczka, jak się nauczysz byle jak gotować to wszystko będziesz mieć byle jakie, zwijaj aż się nauczysz!
Margaryną to se może kierowniczka posmarować chłopu koło cyki, omlety smaży się na maśle!
 Byłam zobowiązana do zachowania tajemnicy słowami – ty się tam nikomu nie chwal bo i tak ci nikt nie uwierzy, na praktyce powinnaś skrobać ziemniaki i zmywać gary, i myć podłogę w sali bufetowej!
Pisać dalej?

piątek, 14 stycznia 2011

praktyka czyni mistrza, czyli wspomnienia uczennicy

Nie wiem jak teraz wygląda nauka praktycznej nauki zawodu w gastronomicznej szkole, ale napiszę Wam, jak wyglądała moja praktyka.
Trzy razy w tygodniu szłam do knajpy na popołudniową zmianę. Trzy razy, bo w tamtych czasach nie było wolnych sobót, więc nauka i praktyki były w systemie pół na pół.
Knajpa była miejscem, gdzie w jednej sali przy gołych stolikach siedzieli albo leżeli z twarzą w galaretce drobiowej nawaleni faceci, a w drugiej części stoliki były przykryte obrusami i tam się podawało jedzenie. Bufet był przy drzwiach wejściowych i bufetowa kierowała ruchem pytając gości wprost – do konsumpcji czy na obiad? Bo nie można się było napić bez konsumpcji, a obiad bez picia można było zjeść! Jeśli pytanie kogoś zmyliło i zamawiał schabowego w sali dla pijaków to kelnerka i tak go przesadzała na drugą salkę, „bo przy tych obrzygańcach jeść się nie da.” Raz na jakiś czas kelnerka z bufetową wywoziły najdłużej śpiącego pijaka na krześle, na którym drzemał, na schody i tam albo walił się do rowu i spał albo zaopiekowali się nim koledzy. Czasem też po tych pijaków przychodziły żony albo matki i to był prawdziwy dramat, bo matka prała  syna w pysk i krzyczała – w tej chwili do domu pijaku! Natomiast żona często sama dostawała w twarz i uciekała, a gonił ją krzyk męża – do domu w tej chwili! Pijak do wódki musiał zamawiać jedzenie, do piwa też, ale do piwa wystarczyły koreczki serowe albo połówka jajka na twardo posypana papryką, a do wódki się należała galaretka albo fasolka po kretyńsku. Te zakąski były przechodnie bo oni ich nie jedli i wystarczyło, że bufetowa otrzepała te koreczki z popiołu albo obtarła serwetką i znów szły do gościa. Nawet lepiej że nie jedli bo knajpa była mniej obrzygana od środka i na zewnątrz. W knajpie nie było toalety, ubikacje były tak z 50 m od budynku, bez wody i bez umywalki. Pijacy zwracali się do bufetowej i do kelnerki z wyszukaną uprzejmością – pani kierowniczko, skarbie jedyny, gwiazdeczko najpiękniejsza w całej wsi i takie tam komplementy.
W takie miejsce trafiłam uczyć się gotować.
Pisać dalej?