Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą praca. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 września 2025

wiek emerytalny

 W Polsce wiek emerytalny to 60lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn. Budząca grozę wśród wszystkich moich znajomych reforma z 2012 r mówiła o zmianie na 67 lat dla wszystkich. W 2017 roku wrócono do stanu sprzed reformy. Dość długo myślałam, że wysokość emerytury zależy od lat pracy i wysokości składek i dopiero niedawno odkryłam, jak bardzo liczy się czas, jaki pozostał emerytowi do śmierci. Obecnie to 22 lata dla kobiet. Hipotetycznie, nikt nie zabrania umrzeć wcześniej czy później. 

Pokolenie odchodzące na emeryturę ma za sobą bardzo trudny czas. Pamiętam jakieś groszowe zasiłki rodzinne i opiekuńcze  wypłacane do pensji i nic poza tym. Zmiany ustrojowe doprowadziły do ogromnego bezrobocia, likwidowano zakłady pracy a jednocześnie powstawały i upadały prywatne firmy, w których nie przestrzegano żadnych przepisów. Ludzie pracowali na czarno, firmy nie odprowadzały składek, pracownicy byli zwalniani z dnia na dzień. 

Ginęły dokumenty. Do dziś nie udało mi się odzyskać papierów za dwa lata pracy w latach osiemdziesiątych. Zgromadzenie wszystkiego do kapitału początkowego było ponad moje siły, zrobiła to za mnie synowa. Wiele osób nie potrafiło sobie z tym poradzić. 

Bardzo mnie bolą zarzuty młodego pokolenia - trzeba było pilnować składek, trzeba było więcej zarabiać, trzeba było oszczędzać, nie godzić się na fikcyjne umowy. Wystarczy zajrzeć do pierwszej z brzegu dyskusji z komentarzami - zawsze zarzuty i obwinianie, bo pozwalaliśmy na oszukiwanie, poniżanie i niegodziwość. 

To wszystko prawda, ale jak trzeba zapłacić za prąd, za gaz, jak rodzina patrzy wilkiem bo nie pracujesz, jak chodzisz od rozmowy do rozmowy o pracę i coraz bardziej wątpisz w siebie to godzisz się wreszcie na pół pensji, pół etatu a zasuwasz 200 godzin w miesiącu, jak siedzisz na zasiłku dla bezrobotnych i urząd pracy wysyła cię na durne szkolenia nie proponując ani jednej oferty to godzisz się na pracę poniżej kwalifikacji, byle była. 

Bardzo bym chciała, aby młodsze pokolenie żyło w zdrowiu i dobrej kondycji jak najdłużej bo obawiam się, że będą musieli pracować znacznie dłużej niż do 60 roku życia. 


piątek, 10 listopada 2023

znów o tej orce

 

Kierownik Wycieczki

 

Kiedy rano dowiaduję się, że całe piętro zajęte jest przez grupę, która wczoraj przyjechała a dziś wyjeżdża, wiem, że czeka mnie ciężki dzień. Doba hotelowa kończy się o dziesiątej a zaczyna o czternastej więc czasu na uporządkowanie pokoi nie ma za wiele. Po grupie zawsze jest dwa łóżka do pościelenia (kto choć raz w życiu pościelił 20 łóżek ten z pokojowych się nie śmieje)  zawsze trzeba zwrócić szczególną uwagę na różne zakamarki – pod materac, gdzie młodzież czasem chowa papierosy czy puste butelki, do szafy na górę, bo tam dzieciaki nie wiedzieć czemu wrzucają śmieci, kawałki pizzy albo kanapki przywiezione z domu (jakby nie było lodówki w pokoju) i oczywiście pod łóżka, tam też zazwyczaj są śmieci – opakowania po słodyczach i puste butelki po napojach. Tak, są kosze w pokojach, nawet dwa, ale co z tego. Poza tym zdarzają się niespodzianki – znika materac albo krzesło i znajduje się dziesięć drzwi dalej, w pościeli poniewierają się telefony albo słuchawki i trzeba biec do recepcji zanim grupa wyjedzie i generalnie jest po prostu ciężko. Dla porównania – można sprzątać też pokój po pani profesor, która przyjechała z wykładem na uczelnię, i jedynie zostawiła w koszu opakowanie po rajstopach a w łazience zapach perfum. Nawet nie korzystała z łóżka a tylko odświeżyła się w toalecie. Takie pokoje również się zdarzają ale to jest szczęście w nieszczęściu.

Do brzegu daleko. Jeszcze o tym szczęściu – pracuję przeważnie sześć dni w tygodniu i kiedy trafia mi się tak jak teraz wolny weekend to czuję się jak burżuj – zawiadamiam dzieci że mogę się w sobotę zająć Hanią, rozmrażam mięso bo zamierzam w sobotę ugotować porządny obiad, no i nalewam sobie pavulona i piszę notkę!

Przed siódmą  rano w piątek wysiadłam z windy i poczułam na piętrze niemiły zapach. Rzuciłam ciężkim słowem i poszłam się przebrać.

Na korytarzu pełnił dyżur Kierownik Wycieczki.  Wyraźnie chciał nam coś powiedzieć ale ja jeszcze nic oprócz szczoteczki do zębów w gębie nie miałam więc włączyłam czajnik na kawę i dopiero wyszłam z socjalnego. Była siódma.

Któryś pokój jest zdemolowany – oznajmił Kierownik W przepraszającym tonem. Ja dopiero przyszłam, nic nie wiem ale się dowiem – zapewniłam sięgając po telefon. Recepcja tak samo jak ja nie miała pojęcia o co chodzi. Należało przejrzeć monitoring ale przecież w pokojach nie ma kamer.

Kierownik W wskazał mi na grupę  dziewczynek w piżamach, które stały na końcu korytarza – one twierdzą, że była pani sprzątaczka i WIDZIAŁA. 

Nie mamy dyżurów w nocy ale może dziewczyny pomyliły recepcjonistkę – pomyślałam. Ale recepcjonistki nie chodzą po piętrach!

Przypomniałam sobie pracę w szkołach – nie wierz dzieciom, które chcą się za bardzo z czegoś wytłumaczyć, gadają jak nakręcone jeśli kłamią, prawdomówni nie usiłują nikogo przekonywać na siłę.

Najpilniejszą potrzebą było zmycie korytarza i nie będę pisać dlaczego bo może ktoś je albo coś. Kierownik W twardo stwierdził – ja to mogę zmyć i pewnie by zmył, ale miał do ogarnięcia poważniejszy problem więc zmyłam ja.  Do dziesiątej daleko a ja miałam jeszcze pracę na drugim budynku więc poszłam tam. Jedna ze studentek (obyś zaliczała za pierwszym razem każdy egzamin) zostawiła mi pół kilo suszonych daktyli, uwielbiam, trzymam  w kanciapie (jak najgorszy chytrus) i zjadam codziennie po kilka. Utrzymujemy w czystości studenckie kuchnie i powierzchnie wspólne. Jak to się ładnie nazywa – utrzymanie czystości i porządku w studenckiej kuchni. A przecież studenci nie potrafią gotować, rozrzucają więc warzywa, kaszę i makaron po całym pomieszczeniu, gotują zapominając o tym co na płycie i wszystko wykipi aż się włącza alarm a potem to coś co gotowali jest ohydne w smaku więc wylewają zawartość garnka do zlewu zatykając go na amen i idą pić z głodu i z rozpaczy.

Klarka do brzegu!

Po powrocie do hotelu piętro już żyło. Dziewczyny nawoływały się informując, że o 9;45 jest zbiórka ale wcześniej pokoje będą sprawdzane.

O Jezus Maria zdarzyła się awaria zanuciłam widząc śmiertelnie bladą, rozczochraną blondynkę, która tłumaczyła się z wieczornej niedyspozycji.

Przypomniał mi się  dziadek Fabian mówiący do swoich cierpiących skacowanych  po jakimś weselu  wnuczek – oj dziewczęta dziewczęta trzeba wiedzieć ile wypić!

Okazało się, że coś panience zaszkodziło nie tylko na żołądek ale również na głowę  a ponieważ jest pełnoletnia, musi sama pokryć szkody wyrządzone w pokoju.

Ale to nie wszystko. Bo tak – Kierownik Wycieczki poprosił również o wiadro z wodą i ścierkę oraz odkurzacz. Czasu wystarczyło, aby dziewczę po sobie posprzątało w toalecie i nie tylko tam. Przyznam się – facet mi zaimponował – sprawdzał pokój po pokoju, nie migał się, nie ukrywał szkód, zjechał do recepcji i  spokojnie wszystko załatwił.  A ja się śmiałam pół dnia  bo sobie przypominałam jakimi słowami dyscyplinował grupę to raz a po drugie aż mi było żal tej panienki bo była ledwo żywa.

A na koniec przyszły do mnie dwie dziewczynki z prośbą o kilka worków na śmieci bo nie wiadomo co będzie w autobusie a droga przed nimi daleka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

piątek, 8 lipca 2022

Żona z Bydgoszczy i inne przypadki

 

W hotelu nocują spore grupy wycieczkowe. Często są to przyjazdy zorganizowane dla  różnych  stowarzyszeń i fundacji na rzecz wsi, koła seniorów i  wyjazdy parafialne. Tacy goście przebywają w hotelu przeważnie pierwszy raz i naszym zadaniem jest nie tylko utrzymanie czystości i porządku, często też informujemy o z pozoru oczywistych rzeczach, kierujemy do recepcji czy do jadalni. Staramy się stworzyć przyjazną, luźną atmosferę choć słowa trzeba ważyć.

Dziś gościmy dużą grupę seniorów z drugiego końca kraju. Z grupami jest tak, że wszyscy przeważnie trzymają się programu i o jednej porze schodzą na śniadanie (niektórzy za nic w świecie nie wsiądą do windy, wtedy mówię, że podziwiam ich kondycję bo to jednak kilka pięter) a po śniadaniu szybciutko do autokaru i w zależności od programu – Łagiewniki i Wadowice albo Wieliczka. Kolejny dzień to Zakopane albo Oświęcim, no i wiadomo, Kraków.  Zapominam, że przecież  Kraków też można zwiedzać.

 

Starsi ludzie zawsze mnie trochę wzruszają. Są podekscytowani a jednocześnie niepewni. Boją się, że za drobne usługi, na przykład za dodatkową poduszkę albo ręcznik trzeba płacić.

- Spytaj się czy będą nam wchodzić do pokoju – prosi nieśmiała pani najodważniejszą w grupie.

- Będziemy wchodzić bo codziennie sprzątamy, ale jeśli na klamce wywiesi gość czerwoną kartkę „nie przeszkadzać” to nie wchodzimy – uspokajam. Wracają, wywieszają kartki. Panie mówią, że nie potrzebują sprzątania a po cichu wymieniają się uwagami – a bo ja nie chcę żeby mi ktoś grzebał w rzeczach. Oczywiście udaję, że nie słyszę skupiona na porządkowaniu wózka. Mój Boże, żebym to ja miała czas i chęć grzebania w rzeczach. Czasem, bardzo rzadko, odwracam okładkę książki leżącej na nocnej szafce, czasem będąc zażartą i zawziętą wielbicielką perfum staram się wyczuć zapach jakiegoś nieznanego niezwykłego flakonika.

 

Czy jeszcze czegoś państwo potrzebują – może papier toaletowy, szampon, mydełka, może trzeba zabrać śmieci? – pytam, i pada odpowiedź – teraz nie ale może przyjść pani wieczorem. Panu wydaje się, że jest zabawny i śmieje się, mnie do śmiechu nie jest ale takie propozycje słyszymy dość często, dlatego mówię – pracujemy do piętnastej ale recepcja czynna jest całą dobę. Pan niezrażony oschłą odpowiedzią kontynuuje – ale ja bym panią wolał. Spierdalaj dziadu – mówię w myślach, odwracam się, wchodzę do kantorka i zamykam drzwi. Czekam, aż towarzystwo zjedzie na dół i zabieram się do ścielenia.

Pokoje ze zmianą pościeli są pełne niespodzianek. Pod poduszkami można znaleźć  święte obrazki, różańce, pornograficzne czasopisma i erotyczne zabawki. Ale najczęściej są tam piżamy w rybki i kotki albo słuchawki. Ale i tak w dalszym ciągu legendą numer jeden  hotelu jest pani, która w koszu na śmieci kisiła ogórki.

Znów nie napisałam o panu, do którego miała przyjechać żona z Bydgoszczy. Do następnego razu!

 

sobota, 23 kwietnia 2022

bez tytułu

 


U sąsiadów piękne widoki, drugi sąsiad właśnie zakończył generalny remont i jestem szalenie wdzięczna, że robił to zimą a nie latem. Oszczędził nam hałasów i huku i ruchu związanego z tym przedsięwzięciem. Pracę mam ciężką a do tego ciągle wdycham opary chemii gospodarczej, dlatego po pracy  staram się jak najwięcej odpoczywać w ogrodzie. Dziś też już posiedziałam pod kwitnącą czereśnią. Złośliwym pytającym czemu pracuję w soboty i w niedziele wyjaśniam - zbieram na sanatorium! Wszak to moja ulubiona forma spędzania urlopów. Poza bujaniem się na jachcie na Karaibach. Ale na tamten pamiętny rejs popłynęła pani Skarbek więc mnie została jak zawsze Rabka. 

Nie wiem czy wspominać ten konkurs. Albo dobra, kto nie wie to przeczyta a kto wie to też przeczyta. 

Kiedyś byłam najbardziej poczytalną (nie poprawiać)  i najbardziej hejtowaną blogerką na Onecie i mieliśmy taką kampanię reklamową orzeszków i główną nagrodą był rejs po Karaibach. Udział wzięli celebryci i Klarka Mrozek. Najbardziej zacięta walka toczyła się między panią Skarbek i mną i było tak, że już miałam sporo przewagi bo te zazdrosne i zawzięte rywalki Honoratki głosowały na mnie żeby ona nie wygrała. Dopiero w ostatnim momencie agencja się chyba opamiętała bo jednak reklama z piękną młodą dziewczyną (impreza na jachcie itd) lepiej wygląda niż starsza pani z kotem pod pachą zawzięcie glamiąca orzeszki. 

Radości mieliśmy tu co niemiara a nagrody były i tak zacne. 

O czym ja to. A, że świątek piątek i w niedziele pracuję. Ukraińcy powoli wyprowadzają się a ja szykuje te pokoje z powrotem pod hotel. Niedawno śniło mi się, że wszystkich zabrałam do domu i nie miałam nawet własnej sypialni a do tego nie miałam ich czym nakarmić. Pewnie te sny z tego, że się martwię. Ja już i te dzieci, i te babuszki, znam i dobrze wiem, że kto miał wyjechać dalej to wyjechał a komu został z domu tylko klucz do drzwi których nie ma to nie ma dokąd jechać tylko rozpada się na kawałki jak ten dom i czeka żeby dało się wrócić.  

To dość osobiste wyznanie ale ja się czuję okropnie, jakby to były córki moich sióstr ze swoimi małymi dziećmi, albo też moja mama z koleżanką, bo są też dwie takie panie w wieku mojej mamy. I kiedy one mi mówią, że nie ma świąt ani domu bo im zrobili bum bum bum to gdyby nie resztka rozumu i Krzysiek na recepcji to ja bym je natychmiast zapraszała jak w tym śnie. 

Dziś też Cię kocham. 

 

środa, 13 kwietnia 2022

trudny czas

 

Od początku wojny piszę tu i na fb o Ukrainkach które znalazły schronienie w naszym hotelu. Tak się  zdarzyło, że trafiły na „moje” piętro. To są przeważnie młode kobiety z małymi dziećmi. Rotacja jest niewielka bo dzieci niewielkie, najmłodszy maluch jeszcze samodzielnie nie chodzi.

Część z tych pań już znalazła pracę. Starsze dzieciaki chodzą do szkoły. Nikt nie wie, jak długo potrwa ta wojna ani jak długo będziemy gościć uchodźców w hotelu. Staram się tym dziewczynom trochę matkować, rozmawiam, zagaduję dzieciaki, które koniecznie chcą mi pomagać - ciągną za mną odkurzacz, przybiegają z cukierkiem, mówią po polsku „dzień dobry jak się pani ma”. To jest słodkie bo widać, że odrobinę się zadomowiły i już nie mają w oczach tego strachu co na początku.

Inaczej z mamami. Dziś jedna z dziewczyn powiedziała mi, że Aleks, jej syn, ma tak samo na imię jak tata. I już łzy. Potem inna przyszła przepraszać, że dzieciak zatrzasnął klucz w pokoju i trzeba otworzyć. I już łzy. A przecież nic się nie stało, goście na innych piętrach ciągle zatrzaskują klucze.

Starsza pani przyszła opowiedzieć, że była u kardiologa bo dwa lata  temu miała operację a teraz ciągle boli ją serce.

A wczoraj to ja ryczałam bo w jednym z  pokojów długo słychać było protest i krzyk, i musiałam się wstrzymywać żeby nie zapukać z pytaniem czy trzeba pomóc, ale rozum i doświadczenie mówi mi, żeby się wstrzymywać bo na przykład nasza Hania tak protestowała przy ściąganiu kataru a ja byłam wtedy kłębkiem nerwów. I wytrzymałam a dziś okazało się, że dzieci muszą być smarowane specjalnym kremem,  nienawidzą tego i stąd te wrzaski.

Nie płaczemy jednym ciągiem, nie bójcie się. Częściej się śmiejemy albo też klniemy. Śmiejemy się, bo koleżanka nazywa mnie Caritas bo wszystko co mam na hotelowym wózku rozdaję (z całego serca dziękuję Aniu za słodycze, podzieliłam się) uważając, że nie zbiedniejemy a przecież te dziewczyny muszą czymś sprzątać skoro mieszkają u nas tak długo a proszenie o środki czystości za każdym razem jest krępujące.

Klnę bo przed świętami ludzie robią porządki w szafach i ktoś przywiózł na piętro stare zimowe kurtki, brudne ocieplane buty i skudlone swetry. Ja nie mam czasu pakować tego do worów i wozić do śmietnika! Wstydzę się przed naszymi gośćmi, że też musiały doświadczyć jeszcze i tego. Napiszę setny raz – uchodźcy u nas to przeważnie młode wykształcone kobiety, miały swoje rodziny, pracę, domy, samochody, modnie się ubierały, latały na wakacje. Mieszkają u nas z powodu wojny, uciekły z domów z małymi dziećmi, są tu same. Część z nich pojedzie dalej.  Część pragnie jak najszybciej wrócić do domu. Jedna z pań cały czas codziennie prowadzi wykłady online,  inne znalazły pracę na przetrwanie. 

Nie dokładajmy im darowując łaskawie pół butelki domestosa i skudłacony sweter po ciotce. 

 

 

czwartek, 24 marca 2022

wysłuchane, podsłuchane

 

Ta historia nie jest zmyślona, nie zdarzyła się też dawno, dawno temu.

 

Dwoje starszych ludzi, emerytów, wiodło spokojne życie na przedmieściach. Mieszkali w niewielkim domu, hodowali kwiaty i latem sprzedawali je na pobliskim ryneczku, bardziej dla rozrywki niż dla zarobku.

Pewnego dnia do ich domu przyszli Rosjanie i kazali im się natychmiast wynosić bo przejmują dom na potrzeby wojska.

Nie chcieli wyjeżdżać  bo gdzie.  Myśleli, że to wszystko potrwa kilka dni a potem będą mogli wrócić. Zamieszkali więc w piwnicy na posesji sąsiada, który uciekł z rodziną jak tylko zaczęła się wojna.

Ponad dwa tygodnie siedzieli w tej piwnicy. Sąsiad, uciekając, porzucił stado kur i te kury znosiły  jajka. Te jajka były ich jedynym pożywieniem przez tydzień. Wreszcie w dom sąsiada uderzył pocisk i dom rozpadł się na kawałki. Starsi Państwo wsiedli do swojego czterdziestoletniego samochodu i usiłowali wydostać się z oblężenia. Udało im się przekupić Rosjan. Wydali na łapówki wszystkie swoje pieniądze, zostało im zaledwie kilkadziesiąt dolarów. Przejechali 1500 km i trafili do naszego hotelu.  

Największą radością była dla nich kąpiel, a potem spali, spali i spali.

A jak się wyspali to nam opowiedzieli o swojej podróży.

 

 

 

niedziela, 26 grudnia 2021

odpoczywam

 

Jest dziesięciostopniowy mróz. W karmniku na ganku przepychanki . Gapię się na ptaki, na skrzący się w słońcu śnieg, na pokryte szronem konary starej jabłoni. W tym roku nareszcie nie ma grubej warstwy lodu na szybach bo mamy nowe okna. Dobre i to. Do kolejnych podwyżek za gaz podchodzę z obojętnością, nie mam na nie wpływu choć to paradoksalne – ciężko pracuję aby ogrzać dom a spędzam w nim niewiele czasu bo jestem w pracy.

Święta to dla mnie zawsze dobry czas. Kocham  te łagodne, spokojne dni. Najważniejsza jest kolacja wigilijna. W tym roku chyba za dużo mówiliśmy o pracy ale to pewnie dlatego, że jesteśmy teraz z mężem w jednej firmie.

Hania już śpiewa kolędy. Jeszcze wierzy w Mikołaja ale obawiam się, że to ostatni rok.

W przeciwieństwie do mnie. Ja cały czas wierzę, że przyjmowanie i obdarowanie to magia. Daje się niewiele a nieoczekiwanie wraca dużo więcej. Z pieniędzmi może tak nie jest, ale z tym, co nie ma miary,  na pewno.

Kilka lat temu obiecywałam sobie, że nie będę,  jak inne babcie, bezustannie opowiadać o wnukach i chwalić się ich zdjęciami. Jak można o nich nie opowiadać kiedy są promykiem szczęścia , radością i uśmiechem. Teraz to rozumiem. Babcie, dziadkowie, jeśli tylko macie ochotę, piszcie mi tu o swoich wnukach do woli.

Jeszcze posiedzę chwilę w piżamie, jeszcze pogapię się na biały, skrzący się w słońcu ogród. Tego mi było trzeba. Jasności i czasu dla siebie. Za chwilę znów będzie ważniejsze „muszę” i „trzeba”, a na razie jest „nic nie muszę”, „nic nie trzeba”.  

poniedziałek, 15 listopada 2021

nocleg z oprawą muzyczną

 Oczywiście, że będę jeszcze normalnie pisać. Może już nie będę straszyć albo będę bo ciekawe kto mnie za to zbije  ale któregoś pięknego dnia skończy się bezpowrotnie cykl o ciasteczkach, koteczkach i kwiatuszkach w ogródeczku a zacznie się o uciechach w akademiku i hotelu. Jeśli nie dopadnie mnie skleroza. Na wszelki wypadek mam spore archiwum. 

Dziś na przykład wątpliwą uciechę mieli niektórzy goście, którzy niestety nie zdążyli wyjechać po długim weekendzie.  

 Jedna nawiedzona pokojowa nosiła pościel z pieśnią na ustach Wojenko wojenko i takie tam  od samego rana. Na zmianę z pieśnią o stosie. Na stos rzuciliśmy swój życia los.. 

Koło dziesiątej zawodziła wróć Jasieńku z tej wojenki już a na koniec kiedy dobijała się do hotelowych pokoi, zamiast "dzień dobry serwis porządkowy" wyśpiewywała przybyli ułani pod okienko hej. Nie poprawiać, hej musi być i koniec. 

Kiedyś już wspominałam - nie jestem muzykalna, śpiewać nie umiem, na instrumentach nie uczyłam się grać z taką łatwością jak moje siostry. Ale kto mi zabroni. 

Jak skończę sezon na pieśni patriotyczne to zacznę kolędować. 



niedziela, 26 września 2021

pokój na wyższym piętrze

 

Niski, młody mężczyzna w za dużym, przepoconym podkoszulku zaczepił pokojową, która sprzątała pokój na parterze.

- Czy na wyższych piętrach są telewizory?

Kobieta przerwała ścielenie łóżka, wyprostowała się  i z powłoczką w jednej ręce a poduszką w drugiej podeszła do gościa stojącego w drzwiach.

- Tak, na górze są telewizory – odparła. Tamte pokoje są droższe – dodała.

Mężczyzna pokiwał głową, odwrócił się i poszedł w kierunku recepcji. Co cię to obchodzi wścibska babo, skąd wiesz, że nie mam czym zapłacić, może mnie stać - pomyślał ze złością. 

Chciałem zamienić pokój bo w moim bardzo cuchnie papierosami, dym przedostaje się oknem z palarni na dole – zażądał. Poza tym słychać śmiech i hałasy palących – podniósł głos.

Dobrze, spokojnie, przeniesiemy pana – odparła recepcjonistka.

Kiedy gość przenosił swoje rzeczy, sprzątaczka dowiedziała się, że doszedł jej jeszcze jeden pokój do gruntownego sprzątnięcia. Westchnęła. Zaklęła. Była zmęczona, każde podniesienie ramion sprawiało jej ból, starała się nie nadużywać przeciwbólowych leków ale często trudno było bez nich wytrzymać.

Co to za życie – myślała. Co to za życie, po co to się tak męczyć. Praca ponad siły, pensja z trudem wystarczająca na rachunki. Dawniej jeszcze trafiały się jakieś napiwki a teraz goście płacą kartą albo przelewem, nikt nie używa gotówki, dla pokojowej  zostaje kosz pełen śmieci i brudna pościel.

Niski, młody mężczyzna  wyszedł z budynku i wrócił po kilku godzinach. - Zostaję jeszcze dwa dni, płacę z góry – oznajmił w recepcji, wyciągając z kieszeni garść zmiętych banknotów. I chciałem się od jutra przenieść na czwarte piętro – dodał.

Może na czwartym mają większe telewizory – pomyślał. Zdobył pieniądze na pobyt choć to nie było łatwe. Ludzie teraz nie noszą przy sobie gotówki, płacą przelewem albo kartą, wszędzie są kamery.

Pokojowa westchnęła i zaklęła widząc, że gość zmienia pokój kolejny raz. W pomieszczeniu panował obrzydliwy zaduch. Jak zawsze zostawił toaletę dokładnie owiniętą papierem toaletowym, ręczniki przemoczone jakby usiłował je prać a pościel ohydnie przepoconą.

Co to za okropna praca – pokojowa westchnęła i już miała zakląć, gdy zmieniła zdanie i pomodliła się. Boże, ja już dłużej nie wytrzymam! To się musi skończyć.

Kończył się dzień pracy na czwartym piętrze. Młody mężczyzna leżał w łóżku i oglądał telewizję. Był zły. Od południa słyszał monotonny, irytujący odgłos pracującego odkurzacza. Ile można odkurzać – wściekał się słysząc wycie urządzenia także z dołu.  Zewsząd je słychać! To się musi skończyć! 

Wyszedł na korytarz. Drzwi hotelowych pokoi były pootwierane, kończyło się sprzątanie. Na końcu korytarza stał wózek z brudną pościelą, w pokoju obok pokojowa na klęczkach usiłowała rurą pracującego odkurzacza wydostać coś spod  łóżka.  

Młody mężczyzna zdecydowanym ruchem wyjął wtyczkę z gniazda, owinął sprawnie kabel wokół dłoni i zanim zdziwiona sprzątaczka zdążyła spytać co się dzieje, zamotał przewód na jej szyi. Zatrzasnął drzwi. Zapadła cisza. Wrócił do pokoju, położył się i przeglądał telewizyjne kanały. Na szafce obok łóżka leżały leki, których już od paru dni nie potrzebował, ponieważ czuł się znakomicie.  

 

niedziela, 5 września 2021

znów w orce


dalie jeszcze się trzymają 
 
Całkiem miła ta niedziela. W pracy byłam, poszło jak z płatka. Niedzielni goście wychodzą z pokojów  uśmiechnięci, pewnie mieli fajny weekend a to dopiero rano, cała niedziela przed nimi. 

Czasem mi się zdarzają pomyłki i wchodzę do pokoju, z którego jeszcze goście nie zdążyli wyjść. Zasady są takie - jeśli jest klucz w recepcji to znaczy, że gościa nie ma w pokoju i nie musi się  pukać. Czasem jednak można pomylić numer. 

 Nauczona doświadczeniem otwieram zawsze bardzo ostrożnie i patrzę w lustro bo jeśli ktoś jest w pokoju to będzie go widać. Tym razem tak właśnie było, pani i pan siedząc przy biurku pili kawę. Przeprosiłam, powiedzieli, że nic się nie stało. 

To prawda, ale gdyby tak nie pili kawy tylko żegnali się czule, no? 

Czasem jeszcze układają mi się w głowie scenariusze dlatego te drzwi otwieram z cichutko i pomalutku.  Bo może na łóżku leżeć trup albo coś. Nie całkiem trup, ale związany i zakneblowany a nad nim ktoś z pejczem a na klamce nie było czerwonej kartki z napisem achtung achtung wnimanie wnimanie nie przeszkadzać!!! I nie wiadomo co wtedy. Przepraszać, dołączyć się czy udawać głupią. 

Tak naprawdę to nie mogę tu obgadywać gości a szkoda! To by dopiero było o czym pisać. 





 

 

środa, 9 czerwca 2021

pachnący miesiąc

 


Pan doktor robił mi badanie zwane potocznie echo serca. Jakie to krępujące.  Proszę się rozebrać! Pan pierwszy! Nie pozwalam sobie na takie żarty, zapytałam tylko, czy mam dobre serce.

Po tym całym covidzie-srovidzie miałam niepokojące bóle, kłucia, a czasem czułam jakby mi kto dzidę wprał pod łopatkę i stąd to badanie. Z kardiologiem zobaczę się w piątek po pracy. Aż się boję bo jestem utyrana jak nigdy, ludzie zapomnieli o pandemii i nadrabiają zaległości wycieczkowe, imprezowe i konferencyjne a my latamy ze stosami ręczników, ścielimy łóżka, wynosimy wory śmieci, jest co robić. Tętno 140, licznik kroków 15 tys.

Panienko z Wrocławia, proszę mi oddać parasol niewdzięcznico jedna.

Żal mi się zrobiło bo padał deszcz to pożyczyłam, miałaś zostawić w pokoju i co? Tak to jest mieć dobre serceJ.

Piwonie kwitną bezustannie, zawsze mi to przypomina taki wiersz Adama Ziemianina

na Ogrodowej kiedyś
świat się zaczął
wtedy nikt nie wiedział
jakie będzie lato

pamiętam pierwszą burzę
to było na balkonie
i rzuciłem ci do stóp
piwonie z Ogrodowej

Dalej nie napiszę, dalej jest o tym, że on całował jej piersi i były jak płatki kwiatów. I tak zaczęłam i skończyłam na biuście, jakie to krępujące.

 

 

środa, 28 kwietnia 2021

klucz do wszystkiego

 

Master, czyli klucz pasujący do każdego zamka, jest w mojej pracy bardzo ważnym narzędziem. Ile ja się namęczyłam, pracując w szkołach, z ciężkimi pękami kluczy! To była zmora i przekleństwo – każde drzwi musiały być zamknięte, każde, i na końcu cały budynek zakodowany i zamknięty na amen, bo jak nie to przyjdą złodzieje i zdemolują, okradną, napadną, podpalą, zrabują wszystko łącznie ze szmatami sprzątaczek schowanymi pod schodami w piwnicy. Dlatego pod groźbą utraty premii, pracy, zdrowia i życia każde pomieszczenie i każde okno musiało być zatrzaśnięte i zamknięte, a do tego służyło sześćset sześćdziesiąt sześć kluczy. I alarm zamykany na klucz, to jasne. Jak ja się bałam codziennie. Jakie ja miałam katastroficzne wizje. Płonąca szkoła, bo czegoś nie zgasiłam. Zalana szkoła, bo czegoś nie zakręciłam. Szkoła obrabowana i zdemolowana, bo może nie zakodowałam, bo może nie przekręciłam.

Wreszcie, kiedy już byłam tak znerwicowana że można mi było wmówić wszystko, otrząsnęłam się cudem. Cud polegał na tym, że odwarknęłam raz i drugi – był pożar? Nie było. Było włamanie? Nie było. No to co się stało?

Ale i tak nienawidziłam zamykania tych wszystkich pomieszczeń, zakręcania wody, wyciągania z gniazd kabli i oglądania budynku z zewnątrz czy przez przypadkiem uchylone okno nie wleci szatan albo Harry Potter.

Do brzegu daleko.

W hotelu pracuje dwóch sympatycznych chłopaków, zajmujących się wszelkimi naprawami. Panowie konserwatorzy mają roboty od cholery od poważnych remontów do banalnych działań typu naderwane gniazdko czy zatkany odpływ.

Telefon i klucze noszę w kieszeniach spodni. Kiedy korzystam z toalety, wyciągam je i kładę na umywalce a potem wchodzę do kabiny. A to dlatego, że niejeden telefon i klucz wypadł ludziom do muszli i był płacz, suszenie w ryżu i inne niewiele pomagające sposoby ratunku.

Tak było i tym razem. Nie, że klucz wpadł mi do muszli, nie. On mi wpadł do odpływu umywalki i utknął. Wpadła mi do sedesu odznaka ZMS-u.. zanuciłam, mając nadzieję na odzyskanie mojego mastera. Dłubałam, naciskałam, wyciągałam i nic.

Wpadło mi do wiaderka odznaczenie Gierka.. nuciłam dalej nie wierząc, że sobie nie poradzę. No chyba do takiej głupoty nie będę dzwonić po chłopaków!

 Czas płynął a roboty nie ubywało bo klucz tkwił w odpływie. I musiałam zadzwonić. Ale jak to się stało, przecież macie klucze na smyczy? – spytał pan konserwator ze śmiechem bo się tłumaczyłam jakbym  zepsuła jakąś maszynę albo urwała drzwi od szafy. Nie chciałam go utopić,  sam wskoczył – odparłam zasmucona.

Przyszli we dwóch i wydobyli mój klucz w ciągu 10 sekund.

Kto pamięta piosenkę, którą nuciłam? Tetryk na pewno J.  

 

czwartek, 15 kwietnia 2021

kochany pamiętniku

 

kwiecień - plecień

O tej porze zakwita czereśnia, w tym roku nie ma szans - jest zimno i pada śnieg. 

Dawno temu myślałam, że pisanie o pogodzie, o kotach i o dzieciach jest bezpieczne ale myliłam się. Zawsze znajdzie się mądrala i napisze, że nudzę, zmyślam i po co cokolwiek piszę. Teraz absolutnie się nie przejmuję, dawniej mnie to bardzo martwiło a teraz śmieszy. Bo co trzeba mieć w głowie żeby łazić po blogach i dodawać złośliwe, obraźliwe teksty. Co innego gdyby ktoś osobiście zrobił mi awanturę zarzucając mi to wszystko. Może bym się przejęła. A może nie.  Pewnie bym powiedziała odpierdol się idźże stąd i nie wracaj. 
Ale teraz nie miewam kilkunastu tysięcy odwiedzin na dobę ;)))) i nie zarabiam pisaniem tylko sprzątaniem. 







piątek, 9 października 2020

co z nami będzie

 Rok już upłynął, jak z groźnej woźnej przeobraziłam się w pokojową pokojową. 

Dziś sprzątałam hotelowy pokój w którym ktoś miał spotkanie towarzyskie - dużo opakowań po jedzeniu i po napojach, dużo pracy. A ja się ucieszyłam. Bo są jeszcze ludzie, którzy nie boją się zrobić rezerwacji, spotkać w hotelu i spędzić tam noc w dobrym towarzystwie. Nawet się śmieję, że gdyby tak ktoś ze znajomych chciał do mnie przyjechać jak za dawnych czasów, żeby gadać prawie do rana to bardziej opłaca się spotkać w takim neutralnym miejscu. A ja bym miała blisko do pracy ;). 

Ale strach zaczyna zaglądać ludziom w oczy. Odwołują rezerwacje, odwołują uroczystości. Kiedyś pisałam, że nie lubię szkoły bez dzieci. Teraz nie lubię hotelu bez gości. Te budynki są po to, by żyć! A tu znów zaczyna się zamykanie w czterech ścianach. 

Nie wiem jak to będzie z dojazdami. Pewnie za chwile znów zamkną szkoły i niepotrzebnie się martwię, ale to, co się dzieje teraz, martwi mnie. 

Młodzież z naszych okolic. Pamiętam ich wszystkich gdy pracowałam w szkole. To była szczególna klasa, bałam się do nich wchodzić, taki pozostawiali bałagan, po prostu koszmar - powywracane meble, połamane długopisy, pełno śmieci na podłodze, wulgarne rysunki na tablicy i na ławkach, porozlewane napoje, jedzenie wdeptane w wykładzinę. To była straszna siódma klasa, teraz już dojeżdżają do średnich szkół i są tacy sami. 

Wczoraj naśmiewali się z bezdomnych. Konkretnie z jednego, który przez kilka miesięcy sypiał na podmiejskim przystanku. Swój dobytek miał w sklepowym drucianym wózku. Opowiadali sobie co by mu mogli zrobić. Boże. 

Dziś jedna z dziewczyn popisywała się swoją głupotą. W autobusie było jak zawsze po południu pełno ludzi a ona stała na środku i trzymając w rękach puszkę z energetycznym napojem śmiała się, że nie musi mieć maseczki skoro pije. 

Po chwili autobus ostro zahamował, panienka potknęła się, napój wylał się na nią, na podłogę i na chłopców koło których stała. Dalej się śmiała, cała grupa jak zawsze zachowywała się arogancko i hałaśliwie.  Nikt nie zwrócił jej uwagi.  Nie wiem co będzie jeśli już teraz boimy się nastoletnich dziewczynek. 

Dawniej pewnie ktoś doniósłby rodzicom ale teraz nikt o tym nawet nie wspomni bo rodzic ostro zareaguje - po co się wtrącasz w wychowanie mojego dziecka? 

Już wiem - świata nie zbawię. Dlatego odwracam wzrok i płaczę w środku. Co z nami będzie, skoro boimy się dzieci. 

 





wtorek, 13 sierpnia 2013

w czym mogę pomóc czyli praca w sklepie

Wchodzę do sklepu i po kilkunastu sekundach podchodzi do mnie dziewczyna z pytaniem – w czym mogę pomóc? Dziękuję mówiąc, że sama sobie poradzę a gdy będę potrzebować pomocy, poproszę ją.
To samo pytanie zadaje mi jeszcze kilka osób z obsługi kiedy krążę między regałami a gdy wreszcie docieram do kasy, kasjerka oferuje mi promocyjne produkty i program lojalnościowy.
Prawie każdego to spotkało i nie ma tu nic dziwnego. To po co o tym piszę? Czasem ludzie nie wiedzą, że na tym dokładnie polega praca w sklepie i takie są obowiązki pracownika. Tu celowo nie użyłam tych angielskojęzycznych nazw bo to żaden awans pracowniczy, jest pomoc sklepowa czy asystent sprzedawcy i koniec pieśni. Narzucanie się, patrzenie na ręce i śledzenie – my tak to czujemy, oni pracują, takie mają obowiązki.

Z wytycznych -
sprzedawca ma nawiązać kontakt wzrokowy z klientem zaraz po jego wejściu

Nie ma się co złościć, że ktoś się na nas natarczywie gapi, trudno, taką ma pracę i za to mu (przeważnie marnie) płacą.
Muszą również w ściśle określonym czasie podejść i zaczepić klienta pytając, czego szuka. Klient przeważnie bawi się w Indian i mówi a pacze se tylko tak ale trafia się również taki, który potrzebuje rzetelnej informacji i porównania produktów. Na koniec dziękuje za wybrany i omówiony towar mówiąc, że kupi sobie to przez Internet, bo jest taniej.
Tyle w obronie obsługi sieciówek. Mają dokładne wytyczne i świadomość, że każdy klient może być nasłanym przez kierownictwo agentem testowym. Dlatego uważajcie w tych sklepach z robieniem zdjęć, agenci mają obowiązek sfotografować kontrolowane miejsce więc możecie być za nich wzięci.


A za to na Kleparzu klienci się zezłościli na Krzyśka bo jak on tak mógł przez TYDZIEŃ nie przyjść do pracy? Skandal po prostu, kawy brakło, i jedna pani z powodu wierności (dwadzieścia lat tu u pana kupuję) nie piła dwa dni kawy nie chcąc robić zakupów u konkurencji. Ale jakby go po niedzieli nie było to doszłoby do zdrady!

piątek, 8 kwietnia 2011

zakończenie

Na stoliku stały butelki z oranżadą kupione przez chłopaków. Pili wódkę z jednego kieliszka i od tego się zaczęło, bo Marysia i Danka się napiły, ja strzeliłam focha bo od początku zgrywałam wielką paniusię z miasta i powiedziałam, że z jednego kieliszka się nie napiję, co zostało skwitowane dosadnym wyzy sro jak rzyć mo a Konserwa powiedziała, że jeszcze nigdy w życiu nie piła wódki to i tu nie będzie. Po czym nalała sobie do szklanki oranżady i wypiła ją duszkiem. W butelce była wódka. Przełknęła i spytała – cuz tako niedobro ta łorynżada?
Po kilku minutach wstąpił w nią diabeł i nie opuścił już do końca naszej znajomości. Poszła do kapeli i zamówiła piosenkę. Dość długo negocjowała aż wreszcie wrzasnęła – jak nie umiycie to się nauccie, grać abo oddawać piniondze!
Zaczął skrzypek. Dostojnie, bez góralskiego szarpania, ojeju, jak pięknie. dołączył do niego akordeonista a  po chwili już wszyscy wraz z zespołem śpiewaliśmy na całe gardło – Jolka Jolka pamiętasz lato ze snu..
I refren – hej bo się nom zacyno bucyna rozwijać bucyna rozwijać!
Zabawa się rozkręciła i było istne wariactwo, nie siedziałyśmy ani jednego kawałka, jakoś nas nie rozdarli bo jak się paru do nas przykleiło to już inni dali spokój ale o pierwszej był koniec zabawy i trzeba było wracać do domu.
Dziopy, a skąd wy jesteście? – ktoś się wreszcie zainteresował. No tak, w środku nocy, w obcej wsi, nawet Konserwa nie znała tam nikogo, żadna z nas jadąc na zabawę nie pomyślała, że trzeba będzie wrócić. Górale zapraszali nas na nocleg ale miałyśmy na tyle rozumu, żeby wiedzieć, że jak teraz pójdziemy spać to żadna do pracy nie wstanie. Postanowiłyśmy wyruszyć na piechotę. Z góry na dół było z kilometr, a potem już była normalna droga, gdzie jeżdżą samochody, może się trafić jaka okazja. W dół prowadziła gliniasta ścieżka i można było iść albo w błocie, albo trawą. Poszłam trawą, mając na nogach śliczne granatowe zamszowe sandałki kupione w butiku. Było też strasznie ciemno, wywróciłam się chyba z dziesięć razy. Nie tylko ja, nawet chłopaki, którzy znali tę drogę, jechali w dół po tym błocie klnąc, wreszcie dotarliśmy a raczej sturlaliśmy się do szosy, jeszcze nam zabawa szumiała w głowie, jeszcze śpiewaliśmy. Noc była chłodna, po południu przetoczyła się tędy burza i teraz  było mglisto i mokro. Szosa również nie była oświetlona, ale przynajmniej było w miarę równo. Dotarliśmy do pierwszego przystanku. Najwcześniejszy autobus był jakoś koło szóstej, a co będzie,  jak nie przyjedzie?
Piętnaście kilometrów to  nie tak daleko, idziemy! Nie wiem, czy teraz którykolwiek chłopak zdobyłby się na taki wyczyn, jak wówczas tamci górale. Nie znając nas prawie wcale poczuli się w obowiązku nas odprowadzić. Robiliśmy odpoczynki co przystanek, coraz dłuższe i dłuższe bo Konserwa ze swoim góralem za każdym razem zostawała najdłużej, aż doszliśmy pod same drzwi. Pożegnaliśmy się mniej lub bardziej czule i palacz, który był jednocześnie stróżem otworzył nam wejście. Zaklął brzydko na nasz widok - ojapierdole!
Wyglądałyśmy, jakby nas kto napadł i  topił w bagnie. Robiło się już jasno a żadna tego nie zauważyła, mgła na drodze, mgła w oczach i w głowie tylko jedna myśl – spać! Palacz tylko zapytał – nic wam nie jest?
 Miałam nogi fioletowe do kolan, bo sandałki strasznie farbowały, Danka zgubiła sweterek jak toczyła się ze stoku, Marysia rzygała po drodze ze cztery razy i nie nadawała się do pracy.
A Konserwa miała na szyi korale zrobione gorącymi ustami górala i wyśpiewywała w kółko – Jolka Jolka pamiętasz lato ze snu..hej, bo się nom zacyno bucyna rozwijać!

czwartek, 7 kwietnia 2011

praca, II część

Konserwa była dziewczyną niezwykłą. Mówiła wyłącznie gwarą i nie zawsze była przez wczasowiczów zrozumiana, na przykład zamieniała „s” na „c” mówiąc „cyr”, „cłońce”, „cmolec”, „Koncerwa”. Umiała w specyficzny sposób wyrażać swoje potrzeby i szybko stała się atrakcją ośrodka. W każdym turnusie prowokowała gości, aby dostać to, co w danej chwili potrzebowała. Na przykład w środku zimy chodziła z gołymi nogami w rozwalonych zdrowotkach (to był taki rodzaj obuwia, wyglądało to mniej więcej tak, jakby obciąć pięty i palce trampek) a zapytana przez wczasowiczów, dlaczego nie nosi rajstop, odpowiadała piękną gwarą:
- Czymom do kościoła bo  mom ino jedne!
Zazwyczaj wczasowiczka już przy następnym posiłku przynosiła dla Konserwy albo rajstopy, albo pieniądze. Konserwa była niesamowicie lojalna i patrząc na prezent ze smutkiem stwierdzała:
- Ale nos jes śtyry i zawdy się dzielomy tym co dostanymy!
I to była prawda, zawsze wszystkim się dzieliłyśmy, nie tylko pracą ale również przyjemnościami (o piłkarzach nie wspomnę!)
Pewnego letniej niedzieli Konserwa zaproponowała wyjazd na wiejską zabawę w jej rodzinne strony.
Kolacja, którą obsługiwałyśmy, kończyła się o 18;30, należało potem  posprzątać jadalnię, zmyć naczynia, posprzątać kuchnię i przygotować wszystko na rano. Uwinęłyśmy się z pracą, szybki prysznic, strojenie się  i biegiem na przystanek, ale w niedzielę ostatni autobus do tej wsi odjeżdżał o 15;30, więc to biegiem na nic się zdało. Ale my przecież zarabiałyśmy bardzo dobrze a przy dworcu był postój, więc pojechałyśmy taksówką. We śtyry.
Wieś położona jest przy granicy ze Słowacją, kilka lat temu przejeżdżałam tamtędy i mi się przypomniała ta zabawa, głównie dlatego, że uświadomiłam sobie, jaki człowiek był głupi.  
Klub Rolnika mieścił się na górze, pod którą taksówkarz nie wyjechał. Zostawił nas u podnóża i poszłyśmy dalej pieszo. To był mały, parterowy dom przedzielony sienią, po jednej stronie była izba, w której się hulało, w drugiej był bufet i kilka stolików z krzesełkami. Nad bufetem zawieszony był napis „NA TĘSKNOTĘ I FRASUNEK WYPIJ KAWĘ A NIE TRUNEK”.
Konserwa tu kiedyś już była, choć nie pochodziła z tej wsi lecz z sąsiedniej. Uprzedziła nas, że jeśli odmówimy jakiemuś góralowi tańca a pójdziemy tańczyć z innym, to będzie bitka. Albo hulamy albo siedzimy.
W bufecie była oranżada kosztująca albo 20 albo 200 zł, kawy nie było, trunków też nie było bo to był rodzaj klubo – kawiarni, gdzie alkoholu sprzedawać nie można. Dlatego alkohol był w butelkach po oranżadzie. Nie zdążyłyśmy nawet usiąść, gdy obstąpili nas chłopcy.
Kapela góralska grała wściekle, tańczących ludzi było dość mało i po chwili zorientowałam się dlaczego. Prawie nie było dziewczyn! Konserwa też to zauważyła i jęknęła – no to nos rozedro!
Marysia i Danusia, nasze koleżanki, już wirowały na podłodze, co chwila słychać było tylko krzyk: odbijany! - i wpadały w kolejne ręce. Wokół nas niecierpliwił się tłum chłopaków , gdy Konserwa chwyciła mnie za nadgarstek i zdecydowała – hulomy ino we dwie! Tańczyłyśmy w środku kółka ze dwa kawałki, aż wreszcie kapela zrobiła przerwę.

Czy ja się już pytałam o to co zawsze?;)

środa, 6 kwietnia 2011

praca

Pod koniec roku szkolnego do szkoły przyjeżdżali pracodawcy poszukujący pracowników do domów wczasowych, restauracji i hoteli. Tych ofert nie było zbyt wiele i były one kierowane do najlepszych absolwentów. Podpisałam bardzo korzystną umowę na rok, w sobotę kończył się rok szkolny a ja w poniedziałek zaczynałam pracę.
Zamieszkałam w ośrodku wczasowym, w ładnym pokoju na piętrze nad jadalnią. Wraz ze mną mieszkały jeszcze dwie dziewczyny.
Trzeba było umieć robić wszystko to, co w danej chwili było potrzebne. Nie było podziału na podkuchenne, kelnerki, sprzątaczki czy pokojowe. Kierowniczka przydzielała nam zajęcia w miarę potrzeb. Palacz na przykład nie zajmował się wyłącznie kotłownią, jeśli trzeba było to musiał obierać ziemniaki albo zmyć korytarz.
Były ogromne trudności z zaopatrzeniem i kuchnia funkcjonowała w oparciu o produkty zbożowe i nabiał ale jedzenie było bardzo smaczne, tyle, że pracochłonne. Gotowaliśmy codziennie na około sto osób trzy posiłki. Pierwszy był zawsze z zupą mleczną, którą roznosiłyśmy w wazach, na stoliku na gości czekało oprócz tego troszkę kiełbasy, żółtego sera, pieczywo, dżem i smalec ze skwarkami,  obiad był dwudaniowy i zawsze był też kompot, kisiel lub budyń,  a kolacje podawaliśmy gorące, jakieś naleśniki z serem, ruskie pierogi, placki ziemniaczane, kopytka z pieczarkami czy gołąbki z kaszą i grzybami.
Taka domowa mamusina kuchnia, goście nie narzekali, mogę to powiedzieć z całą odpowiedzialnością – pracowałam tam rok i nie spotkałam się ani razu ze skargą na jedzenie. Nawet, jak żywiliśmy kadrę Górnika – Knurów, którzy mieli tam zgrupowania, to inni goście po prostu tylko wzdychali. A wzdychali dlatego, że sportowcy przywozili z sobą całe zaopatrzenie i mieli taką zasadę – na stole ma być tyle, ile chłopaki zechcą zjeść. Przywozili całe ćwiartki mięsa, pojemniki z kurczakami, ryby, szynki, wędliny, i nawet tłuszcze. Wszystko to, co było na kartki, oni przywozili, zrzucali do magazynu a my miałyśmy wreszcie możliwość gotowania tak, jak trzeba, bez oszczędzania i zamiany produktów.
Ech, jacy to byli przystojniacy! Jasne, że usiłowałyśmy ich podrywać, choć nasza kierowniczka pilnowała bardzo  – do gości grzecznie i uprzejmie ale na dystans!
Po drugiej stronie drogi był stok, na którym czasem trenowali. Na przykład ustawiali się na samym dole i musieli w morderczym tempie wbiegać na górę, i tam i z powrotem. A my się gapiły przez okno jak zaczarowane!
Jedli naprawdę bardzo dużo, byli hałaśliwi, weseli, uczynni, i nie do poderwania. Możliwe, że mieli przykazane to samo co my – na dystans.
Pracowałam cały sezon po kilkanaście godzin na dobę i zarabiałam bardzo dobrze, co z tego, gdy i tak nic nie można było kupić, raz dostałam talon na buty i chcąc go wykorzystać, aby nie przepadł, kupiłam buty o rozmiar za małe.
Poznałam tam dwie dziewczyny, góralki, które mówiły wyłącznie gwarą. Uwielbiałam je bo miały specyficzne poczucie humoru, nie złościły się prawie wcale i z równą otwartością rozmawiały o Bogu jak i o seksie.
Jedna z nich chciała zachować cnotę dla męża i oddać mu się w noc poślubną ale miała na tym punkcie jakąś obsesję ponieważ ciągle o tym mówiła, obrazowo opowiadając, jak to będzie wszystko wyglądało. Mam do dziś w pamięci  te opowieści  przedstawiające sceny z życia intymnego Konserwy, bo tak ją nazywałyśmy.
 O tym, czy Konserwa dochowała cnoty i jak było na góralskiej zabawie napiszę wkrótce.

środa, 16 marca 2011

na stancji (druga część)

Babka dostawała szklankę wina i siedziała na krześle w kącie. Nie brała udziału w naszych wygłupach ale śmiała się razem z nami i czasem którejś groziła palcem – ej dziewucha dziewucha! A my kończyłyśmy – nie będziesz synową!
Wypalałyśmy Józkowi wszystkie papierosy jakie tylko miał i towarzystwo się rozchodziło. Papierosy były na kartki, my  nieletnie miałyśmy kartki na cukierki, to znaczy nasze mamy te kartki miały, no, ale skoro pracowałyśmy jak dorosłe, wymagano od nas jak od dorosłych to tak się czułyśmy. Nikomu to zresztą nie przeszkadzało, szkolne szatnie były siwe od dymu, z toalet dym buchał na przerwie jakby tam się palił grill, na praktyce paliłyśmy bez ukrywania się. Pamiętam zresztą jak raz warknęłam na  czyjąś uwagę:
 – Nie pal bo jesteś nieletnia!
- A do noszenia węgla i sprzątania zarzyganej posadzki to już jestem dorosła?

Zegar na klasztornej wieży wybijał pierwszą, szafkowy zegar w kącie milczał od dawna, bo podparłam mu wahadło parasolką po tym, jak kolejny raz obudzona nie mogłam już zasnąć do świtu, gdy za drzwiami pokoju ktoś stanął. Słyszałam wyraźnie kroki, potem zapadła niepokojąca cisza. W pokoju, w którym mieszkałam, nie było zamka w drzwiach, zamykały się tylko na klamkę. Nasłuchiwałam kilka minut aż wreszcie sięgnęłam po but stojący koło łóżka i rzuciłam go w drzwi.
 Łojezusie! – usłyszałam krzyk babki i wołanie – a kogo tam masz?
- Nikogo tu nie ma, można wejść i sprawdzić – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- To co tak huknęło? – nie wierzyła mi.
- Może straszy, może tu kto umarł, ja tam nic nie słyszę – odparłam. Nieprawda, słyszałam. Słyszałam skradanie, oddech, czułam czyjąś obecność.
 Może to był Józek, może babka, a może straszyło. Czasem się bałam, obudzona nie mogłam zasnąć, wstawałam więc i pisałam opowieści strasznej treści. Ile tam było duchów, upiorów, wisielców porwanych przez diabła prosto do piekła! Na zmianę oczywiście z wierszami o miłości. 
Było mi zimno. Wynajmując pokój nie sprawdziłam, jak jest z ogrzewaniem. W pokoju stał piec, w którym nigdy się nie paliło. Babka twierdziła, że nie trzeba w nim palić, bo mnie przecież i tak nie ma cały dzień i wystarczy otworzyć drzwi do kuchni to stamtąd najdzie ciepła a w nocy człowiek przykryty nie zmarznie. W jej części domu też było bardzo zimno. Oni się grubo ubierali, rzadko myli, często spali po południu, przywaleni grubymi pierzynami. Aby wejść do mojego pokoju, musiałam przejść przez pokój babki, więc widziałam to wszystko. Ja miałam mało odzieży i codziennie musiałam robić przepierkę, oczywiście w rękach, i te rzeczy mi nie schły, czasem ubierałam wilgotne.
 W grudniu się wyprowadziłam i wróciłam pokornie do domu. Skończyły mi się pieniądze, marzłam, zaczęłam chorować. Wróciłam do domu i oznajmiłam:
- Muszę tu jeszcze mieszkać pół roku!  
Na co mama odparła:
– A ktoś cię wyganiał? Sama chciałaś to poszłaś, chciałaś to wróciłaś.

Wróciłam bogatsza o bardzo ważne doświadczenie. Nie wiedziałam, że człowiek może być tak samotny, że w domu może być tak cicho, że są chwile, kiedy nie ma się do kogo odezwać. Dla mnie wówczas było to niewyobrażalne bo rosłam w gwarze, w ruchu, w trzypokoleniowej wielodzietnej rodzinie. Codziennie wpadały sąsiadki, pod nogami kręciły się koty, pod kuchnią zawsze palił się ogień, było po prostu CIEPŁO! 

wtorek, 15 marca 2011

na stancji

W trzeciej klasie umęczona ciężką pracą na praktykach i dojazdami do szkoły postanowiłam iść mieszkać na stancję. Miałam trochę zarobionych przez wakacje pieniędzy i pewnego dnia oznajmiłam mamie – wyprowadzam się! Na co mama odparła – ciekawe na jak długo?
Zauważcie, jaki miałam w domu luz. Ja nie pytałam, czy mogę się wyprowadzić z domu  mając szesnaście czy siedemnaście lat, ja po prostu poszukałam sobie pokoju do wynajęcia, zabrałam  swoje rzeczy i tyle.
Pokój mieścił się w starym domu z kilometr od przystanku w miasteczku, gdzie miałam praktykę w tej strasznej knajpie w rynku. W domu tym  mieszkała stara kobieta ze swym synem, nie wiem, ile ten człowiek miał lat, mnie wydawał się równie stary jak jego matka. Trafiłam tam, bo na oknie naklejona była kartka z napisem „panienkę na stancję niedrogo przyjmę”.
Do domu wchodziło się od podwórka, należało wejść po schodkach, przejść przez kuchnię, pokój babci i dopiero był pokój, w którym miałam mieszkać. Z pokoju babci można było również wejść do tajemniczego pomieszczenia, które mogło być łazienką bo stała tam wanna. Ubikacja była na podwórku, kran z wodą był w kuchni. Nie zastanawiałam się zbyt długo czy to są dobre warunki czy nie,  bo nigdy w życiu nie mieszkałam poza domem. Pani, która kazała nazywać się babcią przekonała mnie, że Józek, jej syn, jest spokojny i chodzi spać z kurami, ona również, nie będziemy więc sobie przeszkadzać. Pokazała mi też owo tajemnicze pomieszczenie mówiąc, że niestety, wody nie ma, ale jak sobie wodę  zagrzeję na kuchni i wleję do wanny to mogę się kąpać ile zechcę.
W „moim” pokoju stała wersalka, stół, krzesła, wysoki szafkowy zegar i szafa, pełna rzeczy właścicielki. Na parapetach stały doniczki z kwiatami, na ścianie było pełno świętych obrazów. Czuć było stęchliznę i taki charakterystyczny zapach starego domu, wilgoć, myszy, nic przyjemnego. Zapłaciłam za miesiąc z góry i zabrałam się za sprzątanie. Kiedy wyszorowałam do białości podłogę, umyłam okna i powiesiłam czyste firanki, zrobiło się całkiem miło. Wodę do sprzątania grzałam na blasze, pod którą paliło się węglem. Po tym sprzątaniu chciałam się umyć ale wanna była zajęta. Leżały w niej dwa koguty z obciętymi łbami, czekały na skubanie i oprawianie, bo babcia handlowała tym, co biegało po podwórku i urosło za domem.
Od tamtej pory już zawsze myłam się w swoim pokoju w plastikowej miednicy, którą ukradłam z knajpy.

Przestałam się spóźniać do szkoły bo dojeżdżałam pociągiem, nie autobusem czy okazjami. Praktykę też kończyłam punktualnie o piętnastej i nagle się okazało, że mam mnóstwo wolnego czasu. Uczyć się nie musiałam bo wystarczyło mi to, co usłyszałam na lekcjach, całą podstawówkę miałam same piątki więc w tej szkole nie starałam się nic, i tak miałam bez problemu dobre oceny. Dużo czytałam, ale to się akurat właścicielce domu nie podobało, bo szkoda światła. Nie miałam radia ani telewizora, jedynym dźwiękiem było tykanie i bicie tego zegara w kącie, co mnie zresztą doprowadzało do szału.
Babcia na samym początku powiedziała, że mogę sobie zapraszać koleżanki i jej to nie będzie przeszkadzało. Ja się trochę wstydziłam warunków ale tylko na początku, bo przecież to nie moja rodzina! Nieraz babcia siedziała w wannie i skubała koguty albo patroszyła króliki ale co z tego, miałyśmy jeszcze jeden powód do wygłupów. Wkurzał nas Józek, który się strasznie z nami chciał integrować, ale miał przecież ponad trzydzieści lat i dla nas to był po prostu stary dziad, nie mogłyśmy zrozumieć, czego on chce. Miałam trzy fajne koleżanki, ale naprawdę takie super dziewczyny, wesołe, zawsze trzymałyśmy się razem. I te dziewczyny czasem prosto z pociągu przychodziły do mnie a zaraz za nimi materializował się Józek. Przynosił jakieś ciastka, ględził coś o gospodarce, o traktorze, który miał sobie kupić i takie tam, ale tak szczerze mówiąc to my sobie z niego robiłyśmy bezustanne jaja. Wreszcie kiedyś usłyszałam, jak babcia mówi do sąsiadki, że Józuś będzie miał żonę kucharkę i to po szkole gastronomicznej. Byłyśmy wredne i okrutne, bezustannie się go dopytując w której się zakochał i kiedyż ach kiedyż ślub! On był dość nierozgarnięty bo zamiast trzasnąć drzwiami to się czerwieniał i jąkał albo głupio się śmiał.
Wreszcie raz zrobiłyśmy imprezę zapraszając kolegów, ale to była taka libacja, że te doniczki z okien pospadały do ogródka.
 

Ja chyba cierpię na atak grafomanii, pisać to dalej? Bo nie wiem czy się nie wkurzycie za te  biograficzne wątki