Ten
gatunek mężczyzn prawie wyginął i podejrzewam, że wcale nie śmiercią
naturalną. Chodzi o takich, którzy lubią przywlec do domu zdobycz. Przywlec i dalej
się nią nie interesować. Czasem jest to połówka świni, innym razem kosz
grzybów, kilka skrzynek brzoskwiń albo metrowy łosoś. Krzysiek taki właśnie jest a przeżył wyłącznie dzięki temu, że mam do
niego anielską cierpliwość to raz a po drugie, że przywłóczy też wiele rzeczy
na które sama bym się nie szarpnęła. I dla kotów jest dobry.
Tym
razem tak z tydzień przed świętami, gdy lista zakupów już nie pęczniała a
zajęcia miałam dość dokładnie zaplanowane, przytargał do kuchni tobół zawinięty
w wielką menelską reklamówkę z napisem „boss” i zawołał radośnie – ale będziemy
jeść w te święta! Jakby nigdy nie było nic dobrego do jedzenia. Wyczułam czające
się w torbie zło.
Powkładałam inne zakupy do lodówki i do szafek, umyłam owoce,
nakarmiłam kota a do tej torby bałam się zaglądać, wreszcie się przełamałam. Wzięłam
to w ręce, ważyło mniej więcej tyle co nasz największy kocur, którego już
nie ma i było równie wielkie ale zimne. Zajrzałam do środka. Mrożona gęś wielka
jak smok, z pięć kilo albo lepiej.
Nie
mogłam mieć nadziei, że kupił ją swojej mamie na święta bo mama miała przyjechać na święta do nas, nie
miałam wątpliwości, kupił ją dla nas!
W
zamrażalniku była butelka wódki, trochę lodu, parę mrożonych truskawek i dwa
kocie filety. Kocie to nie znaczy, że z kota. Kot lubi z kurczaka to mu
kupujemy, taniej wychodzi niż karma.
Ale
do brzegu, nie zamierzam pisać o gotowaniu kota tylko o pieczeniu drobiu. Niektórzy
się tłumaczą, że nie lubią kotów bo się długo gotują. Ale nie o tym ma być. Strasznie
dawno nie pisałam o kotach i dlatego
mnie tak znosi.
Przyznaję
się – nigdy w życiu nie jadłam ani nie przyrządzałam gęsi. Intuicja podpowiadała
mi – nie certolić się, porąbać na kawałki, posolić, popieprzyć, obsmażyć i udusić.
Ale to miały być święta a w święta rodzinny obiad, teściowa na obiedzie, aaaa!
Czy oni mogą jeść gęsinę, i czy to nie wyjdzie twarde, i czy będzie smaczne? Zaczęłam
więc wertować książki kucharskie a potem internet. Trzy dni i trzy noce z
przerwami na pieczenie ciast, lepienie pierogów i ubieranie choinki. Zamiast cieszyć
się świętami i podśpiewywać jak co roku „szedł pastuszek bosy tralalalala” to co spojrzałam
na lodówkę to nuciałam „gęsi za wodą kaczki za wodą uciekaj dziewczyno bo cię pobodą ”.
Czujecie różnicę? Nic, kompletnie nic ze świątecznego nastroju, zamiast
przyprawy do piernika kupiłam pięć paczek majeranku bo taki znalazłam przepis. Teraz
mam zapas majeranku do końca życia. A może zrobię tu candy majerankowe albo
coś.
Dzień
przed wigilią, gdy już choinka z oczojebną gwiazdą na czubku wyglądała jak
czubek (Krzysiek kupił, rozumiecie rozrzut tego faceta – przyniósł pięknego,
pachnącego świerka świeżutkiego prosto z lasu (z placu, ale z lasu) i kiedy ja już pozakładałam
te wszystkie bombki, łańcuchy, świecidełka i cacuszka, on wpiął do przedłużacza
ledową migającą gwiazdę i zamocował ją
na szczycie.
Zgoda buduje a niezgoda
rujnuje, dlatego zarządziłam (ja rządzę póki patrzę ale przecież już niedługo
bo oślepnę od tej gwiazdy albo dostanę padaki) aby gwiazda świeciła wyłącznie
wtedy, gdy mnie nie będzie w domu.
W
ten sam dzień wydobyłam z zamrażalnika pięciokilowy tobół i
wyniosłam do sieni do szafki, gdzie jest chłodno w sam raz na rozmrożenie.
To
musiało być natarte majerankiem, solą i pieprzem, więc rankiem natarłam i znów odniosłam do
sieni.
Pierogi i uszka były pyszne, rybka w galarecie
idealna, makowce i pierniki pachniały na cały dom, siedzieliśmy przy wigilijnym
stole a kiedy nadszedł czas planowania kolejnego dnia, przypomniała mi się ta
zmora. To trzeba piec pięć godzin więc nie da się leżeć do dziesiątej,
nojasnygwit, czemu tej gęsi nie porwała woda za młodu, pytam się?
Słowo
stało się ciałem, wstałam pierwsza i jak łupnęłam tym potworem do zlewu to się
wszyscy łącznie z kotem zerwali na równe nogi. Trzeba było przed pieczeniem napchać do środka jabłek i to wszystko
pospinać.
Piekła
się piekła aż się upiekła. Kiedy goście przyjechali, była gotowa ale nie dała
się wyjąć w całości z rynienki bo się rozlatywała. Tego smalcu to było z pół
litra ale wszystek się wytopił więc tłuste to nie było. Ja się nie tknęłam,
zjadłam trochę jabłek, były pyszne. Goście mówili, że mięso było bardzo dobre
ale ja mam samych grzecznych gości to co mieli mówić.
Bardzo
przepraszam, że tak dużo napisałam, ale niektórzy narzekają, że blogi zarastają
mchem i paprociami, to macie!