Jest dziesięciostopniowy mróz. W karmniku na ganku
przepychanki . Gapię się na ptaki, na skrzący się w słońcu śnieg, na pokryte
szronem konary starej jabłoni. W tym roku nareszcie nie ma grubej warstwy lodu
na szybach bo mamy nowe okna. Dobre i to. Do kolejnych podwyżek za gaz
podchodzę z obojętnością, nie mam na nie wpływu choć to paradoksalne – ciężko pracuję
aby ogrzać dom a spędzam w nim niewiele czasu bo jestem w pracy.
Święta to dla mnie zawsze dobry czas. Kocham te łagodne, spokojne dni. Najważniejsza jest
kolacja wigilijna. W tym roku chyba za dużo mówiliśmy o pracy ale to pewnie
dlatego, że jesteśmy teraz z mężem w jednej firmie.
Hania już śpiewa kolędy. Jeszcze wierzy w Mikołaja ale
obawiam się, że to ostatni rok.
W przeciwieństwie do mnie. Ja cały czas wierzę, że przyjmowanie
i obdarowanie to magia. Daje się niewiele a nieoczekiwanie wraca dużo więcej. Z
pieniędzmi może tak nie jest, ale z tym, co nie ma miary, na pewno.
Kilka lat temu obiecywałam sobie, że nie będę, jak inne babcie, bezustannie opowiadać o
wnukach i chwalić się ich zdjęciami. Jak można o nich nie opowiadać kiedy są promykiem
szczęścia , radością i uśmiechem. Teraz to rozumiem. Babcie, dziadkowie, jeśli tylko
macie ochotę, piszcie mi tu o swoich wnukach do woli.
Jeszcze posiedzę chwilę w piżamie, jeszcze pogapię się na
biały, skrzący się w słońcu ogród. Tego mi było trzeba. Jasności i czasu dla
siebie. Za chwilę znów będzie ważniejsze „muszę” i „trzeba”, a na razie jest „nic
nie muszę”, „nic nie trzeba”.