środa, 16 kwietnia 2014

palenie Judasza

Święta Wielkanocne są pełne symboli. W mojej rodzinnym domu święta te miały wymiar religijny i związane były z uroczystościami kościelnymi. Nie do pomyślenia było, aby ktoś nie szedł do spowiedzi.  A ta spowiedź nie była byle jaka. Zanim się wyszło z domu, należało się ze wszystkimi przeprosić. Potem oczywiście  uważać, aby nie zgrzeszyć, ach, jakie byłyśmy dla siebie miłe, grzeczne i uczynne. Szorowanie i sprzątanie przedświąteczne szło w mig!
Nikt nie miał wolnego od szkoły  z powodu rekolekcji, nikt nie sprawdzał obecności na nabożeństwach, po prostu było oczywiste, że się idzie, ewentualnie pilnowali tego rodzice lub dziadkowie. Ja tam wolałam iść na Drogę Krzyżową niż grabić ogród czy sprzątać w sieni.

W Wielki Czwartek ogród był już zazwyczaj wygrabiony i wymieciony, dom wysprzątany, słoma w siennikach wymieniona.

 Po nabożeństwie, wieczorem, w całej wsi płonęły stosy.

Pal się Judosie bezbożniku, co sprzedałeś Chrystusa za trzydzieści srebrników!

Judasz, uosobienie zła, fałszu i grzechu, płonął, a oczyszczający ogień miał zapewnić domostwu na kolejny rok ochronę przed fałszem,  oszustwem, oszczerstwem i obłudą.


Tak to się obrzędy mieszały i nikomu to nie przeszkadzało. 

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

prosty przepis

Od kilku dni myślę o tym, co dobrego naszykować na święta. U nas jest tak, że Boże Narodzenie obchodzimy bardziej tradycyjnie, uroczyście i rodzinnie, natomiast Wielkanoc nie. Nawet nie palę w Wielki Czwartek Judasza. Choć może w tym roku zapalę symbolicznie, bo coś mi się widzi, że najwyższy czas to zrobić. Kto nie wie, o co chodzi, zapraszam na czwartkowy wpis.

Na pewno będzie sałatka jarzynowa, sos chrzanowy, jakieś pieczone mięso no i ciasta, serowiec-makowiec, miodownik i babeczki, a może jedna większa babka cytrynowa. Choć to nie jest pewne, bo w piwnicy zostały konfitury z czarnej porzeczki, jest też jeszcze kilka słoików smażonych jabłek i brzoskwinie w syropie a przecież za chwilę będą świeże owoce,  to kto się chwyci tych z piwnicy. Kiedyś ktoś mnie pytał, jaki jest termin przydatności do spożycia domowych przetworów. Uważam, że do następnego sezonu. To są produkty pasteryzowane w warunkach domowych, konserwowane solą, octem czy cukrem. Nie znam opracowań na ten temat ale tak mi podpowiada rozsądek – nie ma co chytrzyć.

Nie szukam szybkich i prostych przepisów na święta, bo właśnie na ten czas chcę zrobić coś wyjątkowego. I oczywiście coś dobrego.
Oprócz tego sama postanowiłam być dobra.

Ten limit się jednak nie wyczerpuje (kiedyś myślałam, że się kończy wraz z cierpliwością i ze zdrowiem)  i nie ma okresu przydatności do spożycia.

sobota, 12 kwietnia 2014

Na Kleparzu


Pani Ania sprzedawała palmy, malutkie, średnie i większe. Przyszła klientka, oglądała, wybierała, zastanawiała się dość długo, aż wreszcie spytała
- Czy w poniedziałek będzie tu pani stała?
- Oczywiście! - odparła pani Ania.
To ja sobie przyjdę po palmę w poniedziałek - powiedziała klientka. 
- Zapraszam, w poniedziałek będą już poświęcone!

W tej samej chwili pani Ania uświadomiła sobie, że palma stała się świeckim symbolem wiosennych świąt i można nimi handlować jeszcze tydzień. 


piątek, 11 kwietnia 2014

coraz bliżej święta

Od jakiegoś czasu testuję na własnej skórze i za własne pieniądze okoliczne usługi. Po pierwsze – trzeba wspierać lokalną przedsiębiorczość, po drugie – nie chce mi się jechać do Krakowa, zawsze to zajmuje pół dnia, bo trzeba się wypindrzyć i pilnować autobusu w obie strony. A tu na miejscu to się przy okazji zaliczy spacerek a ten kawałek drogi  bez makijażu też się chyłkiem przemknie. Choć jest to trudne, bo istnieje przedziwne zjawisko – kiedy jestem wypindrzona,  nie spotykam nikogo szczególnego, natomiast kiedy wyglądam w stylu wieś tańczy i śpiewa w burakach to przeważnie zawsze zdybie mnie jakiś były adorator albo inny amator cudzych żon. Albo koleżanka wyglądająca jak własna córka. No, szlag, a ja z urwaną reklamówką, w reklamówce kapusta na gołąbki, brwi zarośnięte jak Breżniew a na ustach plaster na opryszczkę. Nic tylko udać, że się jest własną babką, do tego głuchą i ślepawą i tych młodych osób się nie zna. I jakikolwiek tramwaj nadjedzie, wsiadać!

Zasadę mam taką – lokalną przedsiębiorczość wspierać, ale bez przesady, te panienki, które  z urzędu pracy porobiły kursy robienia tipsów i teraz oferują usługi w domu klienta u mnie nie zarobią. Bo nie.

Salon fryzjerski przetestowałam już kilka miesięcy temu, jest czysto i porządnie. Na to zwracam bardzo uwagę.  Będę tam chodzić,  dziewczyny wiedzą, co robią i mnie to wystarczy. 

Dziś byłam u kosmetyczki. Nie pomoże puder, róż, kiedy gęba stara już ale minęły bezpowrotnie czasy, gdy peeling robiłam sobie przypadkiem na asfalcie jak wyglebiłam na rolkach. Trzeba zacisnąć zęby i  oddać się w ręce fachowca. Wiem już, czemu nie lubię tych zabiegów – czuję się całkowicie bezbronna leżąc tak na plecach, przykryta kocykiem, z zamkniętymi oczyma. Nie jestem w stanie się rozluźnić, trzymam się kurczowo fotela. Powinno się chyba dawać niektórym coś na relaks. Myślę, że w bardziej ekskluzywnych SPA dają. Kiedyś będę mieć dużo pieniędzy to wypróbuję. 


Było całkiem nieźle, cennik promocyjny, pani bardzo kompetentna, dyskretna i miła. Jeszcze dostałam parę próbek i poradę, aby używać na dzień kremu z filtrem 50. Może zacznę od używania kremu na dzień jakiegokolwiek. Powoli, nie wszystko na raz.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

kiedy mieliśmy 25 lat

lubię pisać na ganku
Jest mi przykro. Jest mi przykro, gdy dziewczyny z pokolenia 25+ lekceważąco mówią o moim pokoleniu – wam było łatwiej. Wam było łatwiej, bo mieliście pracę, mieszkaliście z rodzicami i zawsze był ktoś do pomocy przy dziecku. To są argumenty, od których „trzęsie mi się łza na rzęsie” i nic nie mówię. A pisać łatwiej.
Zacznę od tego, że ze wszystkich grup wiekowych najbardziej kocham to właśnie 25+. Jak nie kochać własnych dzieci. I od tego się wszystko zaczyna.

Kiedy my mieliśmy 25 lat.

Był rok 89. Za nami lata tak trudne, że trudniejszych nie pamiętam. Śmiało mogę powiedzieć – najgorszy czas w moim życiu. Otaczający nas ludzie to dwa pokolenia – jedno pamiętające wojnę, drugie przez nich wychowane. To pierwsze nauczone niekochania. Nie kochać, nie przywiązywać się, walczyć o przetrwanie, nikomu nie ufać i nie wierzyć. To drugie – pozbawione bezpieczeństwa i godności. Każdy mógł bezkarnie dziecko poniżać, bić, wyśmiewać, gardzić nim. Obejrzyjcie sobie polskie filmy – choćby „Kogel –mogel”. Tylko opiekunka traktuje dziecko dobrze, babka i rodzice są wobec Piotrusia opryskliwi, straszą go i poniżają. To nie są sceny wymyślone na potrzeby filmu, są wzięte z życia.
Najczęstszą metodą wychowawczą było bicie. Wstydziliśmy się rozbierać na lekcjach wychowania fizycznego. Pręgi na nogach nie budziły współczucia tylko śmiech.
Nie mówię, że wszystkim dzieciom było źle i wszystkie były tak traktowane. Obawiam się jednak, że jeszcze niejedna straszna tajemnica wyjdzie na jaw, sądzę również, że nikt nie wierzy, że pedofilia i dzieciobójstwo pojawiły się dopiero od kilkunastu lat.

W latach osiemdziesiątych byliśmy już dorośli.  Prawda,  wielu z nas mieszkało w wielopokoleniowej rodzinie. Z czym to się wiązało? Z obowiązkami na rzecz tej rodziny. Młoda matka musiała pokazać, jaka jest pracowita i obrotna, musiała, mając pod opieką niemowlę, zająć się nie tylko dzieckiem, była często traktowana przez pozostałych członków rodziny jak służąca. Bo siedziała w domu. Mężczyźni mieli szczególne przywileje, może to wynikało z tego, że mężczyzn było mniej, szli do wojska, ginęli w wypadkach i wcześnie umierali. 
Och, jak się jeden z drugim chwalił, gdy został godzinę z dzieckiem sam, no, sukces. Ale pieluchy już nie zmienił. Największym powodem do dumy było mąż, który nie pił i nie palił.

Codziennie czynności wymagały ciężkiej fizycznej pracy. Pranie w wirnikowych pralkach, prasowanie, obieranie sterty warzyw, ręczne zmywanie. Brak środków chemicznych. Noszenie zakupów w rękach. Prawie nikt nie miał samochodu.
Walczyłyśmy o miłość. Żeby nasze dzieci nie były wyśmiewane, zawstydzane i bite. Bardzo żałuję, że nie było wtedy mody na chustę, ale i tak miałam nosidełko. Wszystko można przy dziecku zrobić i wcale nie trzeba go porzucać. Piszę to, bo  ciągle słyszałam – odłóż go, popłacze i przestanie. Inne matki słyszały również – nie trzeba dziecku zabraniać iść do Boga jak chce. Jak chce, czyli jeśli często choruje. Czyli nie trzeba go leczyć, ma żyć to przeżyje.

Praca zawodowa. Była, kto chciał, szedł do pracy. Kto nie chciał, został tam wysłany przymusowo. Kobiety nie miały nakazu pracy. Zarabiały dużo mniej niż mężczyźni i pracowały dużo ciężej. Rzadko która kobieta wracała z pracy pijana. A mężczyźni - owszem, często. 

Co z tego, że szło się do pracy, jak za zarobione pieniądze nic nie można było kupić. Ile razy płakałam w kolejce,  Bo stałam kilka godzin a kiedy już dotarłam do lady, brakło towaru i musiałam wracać do domu z pustą siatką. Powiedz dziecku, że nie ma nic do chleba bo nie było w sklepie. Powiedz dziecku, że w domu jest zimno, bo nie możesz kupić węgla. Dziwicie się, że paliłam w piecu  jabłoniami. Dobrze, że nie ścianą działową. Taki pomysł też był.


Nie mówię, że było komuś lepiej czy gorzej. Z naciskiem na komuś. Sami możecie o tym napisać.  Na pewno było inaczej. Tak samo, jak teraz jest inaczej. Mnie jest dużo lepiej. Uwielbiam te wszystkie wynalazki, z których mogę korzystać i korzystam. Zamierzam robić jeszcze milion rzeczy. Nie wstydzę się uczyć, pytać młodszych o wszystko, czego nie wiem, i nie sądzę by z tego powodu ucierpiał mój autorytet. Uważam również, że wymiana doświadczeń nie jest pouczaniem, choć jestem z tym ostrożna. Wolę się nie odzywać. Choć pisać mi nikt nie zabroni.