sobota, 28 marca 2015

dom z drewna, słomy i gliny

W zgodzie z naturą.

Post napisałam inspirując się notką Doroty. Skoro lubisz czytać wspomnienia to proszę bardzo, napiszę Ci o wiejskim domu sprzed pięćdziesięciu lat.

Dom stał na kamiennej podmurówce, jego ściany zostały zbudowane z drewnianych bali a przykryty był dachówką. Bale nie były ciosane tak równo i nie przylegały do siebie zbyt dokładnie. Szpary uszczelniano skręconą w powrósła słomą i zalepiano błotem. To błoto odpadało. Co roku na wiosnę należało uzupełnić ubytki. „Lepienie” – tak nazywała się warstwa gliny pokrywająca ścianę.
Trzeba było iść do lasu nad rzekę, tam było miejsce z bardzo dobrą gliną. Glinę należało bardzo długo wyrabiać z wodą a potem rzucało się ją na ścianę tak, jak się rzuca zaprawę. Kiedy wyschła, bieliło się dom wapnem, gaszonym wcześniej w specjalnym dołku. Babcia do wapna dodawała ultramarynę, taką farbkę przeznaczoną do płukania pościeli dającą niebieski kolor.  Tu znów odpłynę od brzegu. W naszym domu była wyłącznie biała pościel i białe prześcieradła, to wszystko wymagało gotowania dla higieny i dla wyglądu. Nie było prądu, nie było więc pralki a spróbujcie wyprać w rękach pościel, trzeba  było gotować i dopiero prać. Babcia przykrywała łóżko prześcieradłem z dymki. Na środku tego bieluteńkiego prześcieradła leżała czasem kotka z kociętami.

Ale miało być o lepieniu!

Wewnątrz bieliło się jakąś kolorową farbą, nie wiem, co to była za farba, ale nie można się było oprzeć o ścianę bo zostawały na ubraniu ślady. Na tych ścianach moje starsze siostry malowały różne szlaczki i wzorki, miały wałki i szablony i wyglądało to dość pstrokato natomiast moje młodsze siostry smarowały ściany kredkami ale to już było nielegalne i mogły za to dostać ścierką.

Od frontu domu wchodziło się przez ganek, który dla wygody miał wejścia z dwóch stron. Na ganku stał latem duży garnek z wodą a na ławce wiadra. Na ścianie wisiały nosidła, na których przynosiliśmy wodę z dość oddalonej od zabudowań studni. Na ławce stał też zawsze blaszany kubek, piliśmy taką zimną wodę nabieraną prosto z wiadra.

Z ganku wchodziło się do kuchni, było to serce domu. Trzon kuchenny połączono z piecem w pokoju. Kiedy paliło się pod blachą, piec w pokoju nagrzewał się i to było całe ogrzewanie. W drugiej części domu było podobnie. Umeblowanie kuchni – pojemny  kredens, stół i krzesła. O, i leżanka, na której się siedziało, drzemało i czytało. 
Piec chlebowy był zbudowany w ten sposób, że jego wierzch stanowił kamienny blat, bardzo potrzeby, chyba oprócz stołu najpotrzebniejsze miejsce w kuchni.

Teraz będzie drastycznie, wrażliwi proszeni są o opuszczenie tego akapitu.

Przez cały sufit w kuchni biegła belka, zwana tragarzem. Do niej wbite były dwa haki. Na nich wieszano zwierzęta po uboju do oprawienia. Tych zwierząt nie jedliśmy znów tak dużo, częściej wisiała tam dziecinna huśtawka. Tu się jeszcze odniosę do tego zabijania. Byłyśmy nauczone szacunku do zwierząt gospodarskich, nie wolno nam było się z nimi bawić, miały mieć spokój, wiedziałyśmy, że służą do zjedzenia. Wszystkie dzieci uczestniczyły w pracy na rzecz domu i rodziny i kiedy byłyśmy starsze, musiałyśmy czasem oskubać i wypatroszyć kurczaka. 

Paliło się wyłącznie drewnem. Latem, gdy nie trzeba było domu ogrzewać, nosiliśmy z lasu długie, suche tyczki. Tym drewnem wystarczyło napalić tyle, aby coś ugotować i nagrzać wody na mycie. Zimą było trudniej, już latem robiło się zapas grubszego drewna i pod kuchnię, i do pieca chlebowego. Ustawiało się koło ścian domu wysokie stosy i tak schło.

W pokojach stały łóżka, szafy, komody i niewielkie stoliki. Czasem któraś potrzebowała odrobić lekcje w ciszy i spokoju, wtedy szła do babcinej izby, tam było najspokojniej.
 Meble były drewniane, mama przywiozła z Zachodu porządne łóżka i szafę. Z tymi łóżkami też było dużo roboty. Raz na jakiś czas wynosiło się z domu sienniki i wymieniało w nich słomę.  Spód łóżka szorowało się porządnie ryżową szczotką. Tych szczotek zdarliśmy naprawdę wiele – w domu były drewniane, niczym nie malowane podłogi i trzeba je było ciągle szorować.

Z tyłu domu na całej długości była sień – pomieszczenie ciemne i chłodne. W jednej części sieni znajdowała się komora, w której stały drewniane skrzynki a na nich  garnki z kwaśnym mlekiem, przetak z jajkami, czasem jakieś placki „na święta”.  W drugiej części stała blaszana wanna, kilka miednic, nocnik i wiadro do wynoszenia brudnej wody. Teraz to pomieszczenie przerobione jest na łazienkę. Zimą kąpaliśmy się albo w pokoju albo w kuchni, co było niezwykle ryzykowne bo można było krzyczeć „nie włazić  bo się myję” ale i tak zawsze ktoś wlazł.   

Na strychu nic nie mogło być bo tata trzymał tam gołębie. Tu znów drastycznie – moi rodzice hodowali gołębie na zupkę i mięso dla najmłodszych dzieci.


Nasz dom niczym się nie wyróżniał, podobnie zbudowanych budynków było we wsi więcej i należeliśmy do tych biedniejszych rodzin. Bogatsi gospodarze mieli już domy murowane, linoleum  w kuchni  a podłogi w pokojach pomalowane olejną farbą. Zazdrościłam koleżankom bo im się łatwiej sprzątało i podczas mycia nie musiały podpierać krzesłem klamki;). 

piątek, 27 marca 2015

dzień dobry!

Śniło mi się, że zrobiliśmy wszędzie w  domu przemeblowanie i było tak  pięknie ach ach  ale kiedy  się obudziłam to nie pamiętam, co gdzie stało.
- I całe szczęście!

Miłego dnia!

Jeśli chcecie przeczytać więcej takich dialogów, zapraszam na fan page.