piątek, 5 lutego 2016

o polecaniu notek

Czasem mi się zdarza trafić na niezwykle interesującą notkę albo na ciekawy blog i wtedy polecam go na fan page. Polecam też notki moich ulubionych koleżanek i kolegów żeby im poczytalność wzrosła.

Jeśli post ma charakter plotkarski (nie wiadomo gdzie się coś wydarzyło ani kto brał udział) czytam ją dosłownie. Nie snuję domysłów i  nie dopytuję się a o kim to dziś. Dla mnie "pewna osoba" znaczy tyle samo co nieznajoma, "pewne miejsce" jest miejscem nieznanym. Jeśli jednak okoliczności wyraźnie na kogoś wskazują to takiej notki nie polecam. Albo trzeba podawać z linkami do tekstu albo wcale. 

Jednak nie wszystko jest białe i czarne. Musicie coś wiedzieć. Ludzie tak naprawdę interesują się głównie sobą i nikogo nie obchodzi, kto o czym plotkuje na blogach i nie tylko tu. Wiele zachowań ludzkich i nieludzkich  można łatwo dopasować do postaci. Nie można tak od razu myśleć  "podobam mu się, zakochał się i co na to mąż jak to przeczyta" lub  "och, piszą o mnie, co za świnie" i w komentarzach robić awanturę. Interpretacja czytających może być skrajnie różna. 
No to do brzegu. 
Jeszcze mi żaden bloger nie zakazał promowania notek, przeciwnie, czasem ktoś jest miło zaskoczony. 
Czytelnicy też to lubią bo trafiają w ciekawe miejsca. 
A jeśli ktoś uważa, że notka jest o nim choć ja bym na to nie wpadła to cóż - uderz w stół..

wtorek, 2 lutego 2016

cud, że żyjemy

(tytuł musi być chwytliwy)

Na zdjęciu karty informacyjnej możecie przeczytać - uderzył się wczoraj. 

Oni nie chwalili się w domu wypadkami, siniakami czy rozbitymi kolanami. Przybiegali po ratunek dopiero wtedy, gdy lała się krew albo bolało nie do wytrzymania. 

W naszym regionie właśnie skończyły się ferie. Co robiły dzieci w tym czasie? Nie wiem! Był śnieg ale nie widziałam żadnego dzieciaka z sankami. Nie widziałam również bałwanów na posesjach, chodniki nie były wyślizgane "na szklankę" i tylko w autobusie panował mniejszy tłok. Wiem, że dzieci u nas są bo szkoła funkcjonuje i w zwykły dzień przed ósmą koło mojego domu przejeżdża sznur samochodów a zaraz potem wraca. To mamy odwożą swoje pociechy. 

Ferie mojego syna mi się przypomniały.  Dość to dawno temu ale znów świat się  bardzo nie zmienił od tego czasu. 
Chłopaki czyli banda (było ich czterech czy pięciu) piąta-szósta klasa podstawówki. Nie wystarczyły im zwykłe sanki, przecież na sankach jeżdżą dzieci. Budowali więc jakieś kosmiczne pojazdy śnieżne. Nie wystarczyła im zwykła górka. Robili sobie jakiś skomplikowany tor lodowy. I tak całymi dniami od rana do nocy z przerwą na wrzucanie Madzi do zaspy. (Madzia wybacz). Raz przynieśli Madzię na plecach bo jak wpadła w zaspę to zgubiła buty. 
Mam takie zdjęcia - czwórka czy piątka roześmianych dzieci z czerwonymi od mrozu policzkami. Potem przepychali się przy piecu, jedli góry frytek i grali w "rumbikuba" póki nie wyschły ich rzeczy. 
Wreszcie któregoś razu sąsiad zjeżdżał na sankach i o mało się nie zabił. Skończyło się na wielu szwach i sporej bliźnie. 
O niektórych sprawkach bandy dowiaduję się dopiero teraz! 









czwartek, 28 stycznia 2016

Jak zwiedzałam Kraków

Pracując na stażu w urzędzie poznawałam inne powiązane z nim instytucje. Poznawałam je dosłownie, ponieważ lubiłam dostarczać do nich dokumenty. Czasem chodziłam do zaprzyjaźnionego działu i pytałam - macie dziś coś do zaniesienia, bo się chętnie przejdę? Wolałam roznosić teczki niż wklepywać dane w rubryczki albo stać przy ksero i martwić się, że coś komuś zrobię źle i będzie wściekły. 

 Jeśli było coś do zaniesienia, wpisywałam się do "księgi wyjścia"  i maszerowałam z teczką  pod pachą przez Kraków bo nie  wszędzie dało się dojechać autobusem czy tramwajem. 

Lubiłam chodzić do Urzędu Wojewódzkiego. Akurat w tym czasie był remont ulicy i nic tam nie jeździło, szłam więc kawał krakowskimi Plantami tam i z powrotem. W Urzędzie Wojewódzkim zawsze pięknie pachniało dobrymi męskimi perfumami. Często można było tam spotkać elegancko ubranych ludzi. Sam budynek w środku jest dość bogaty - marmurowe schody, wysokie stropy, przestronne korytarze i dobrze wyposażona ogólnodostępna toaleta. 

Trafiłam raz również do pewnej fundacji mieszczącej się w siedemnastowiecznej kamienicy "Pod Wiewiórką". Trafiłam to dobre słowo, zanim trafiłam to przeszłam wokół podwórka po niezwykłych galeriach i  drewnianych schodach aż wreszcie z którychś drzwi wyszedł człowiek jakby żywcem z epoki i zapytał, czego sobie życzę a potem wskazał mi drogę. Nie był to ochroniarz, portierów i ochroniarzy w odwiedzanych budynkach poznawałam bezbłędnie po charakterystycznym wyglądzie. Oni wszyscy wyglądają jednakowo - jak milicjanci. Trudno mi to wytłumaczyć. Taka trochę sztywna sylwetka, wolne ruchy i spory brzuch. 
Człowiek z tej kamienicy był szczupły, siwowłosy i elegancki. Miał wypielęgnowane dłonie i drogi garnitur. Tak, widzę takie rzeczy. Nic na to nie poradzę. Tak mam. 

Najgorzej w moich wędrówkach wypadły przychodnie i mieszczące się tam sekretariaty. Nikt nic nie wie i najlepiej iść z tym do koleżanki pokój dalej. Pokój dalej, piętro wyżej, nie w tym budynku. Za to są tam świetnie zorientowani pacjenci, kiedyś jeden z nich odprowadził mnie uwaga - od tramwaju aż pod same drzwi sekretariatu. A dlatego od tramwaju bo nie mając w telefonie internetu nie wiedziałam, na którym przystanku wysiąść a byłam w tamtym rejonie pierwszy raz więc po prostu kogoś zaczepiłam i zapytałam jak za dawnych czasów. 

Co mi zostało z tych wędrówek? Wiem, gdzie w Krakowie są ogólnodostępne nieźle utrzymane toalety. Oraz marzenie - ja chcę mieszkać przy Sienkiewicza albo Królewskiej! Lea też może być.