sobota, 1 listopada 2014

straciłam poczucie bezpieczeństwa





Staram się przebywać w budynku jak najmniej, wychodzę na spacery, snuję się po okolicy, siedzę na parkowych ławkach. Przeważnie w pojedynkę, aby odreagować stres związany z „komuną”. Proszę mi wierzyć, pokój zamieszkany przez cztery przypadkowo dobrane kobiety nie jest moim wymarzonym miejscem.

Wczoraj po kolacji poszłyśmy z koleżanką na długi spacer. Było dość ciepło, uzdrowisko wyglądało jak wymarłe. Idąc na dół nie spotkałyśmy ani jednego człowieka. Budynek, w którym mieszkamy, położony jest najwyżej, około stu metrów dalej jest kolejne sanatorium, jeszcze dalej następne, potem malutki kościółek, parking, mini basen i park zdrojowy. Po drugiej stronie parku są zabudowania i główna droga. Wysowa to maleńka wieś, jest dwa sklepy spożywcze, cerkiew, kościółek, kilka karczm i pensjonatów, wszystko to rozrzucone na wzgórzach wśród lasu.

Wieczór był przyjemny, szłyśmy przez park do góry, za nami słychać było pijacki śpiew. Po chwili dogonił nas mężczyzna.  Dogonił to nie jest dobre słowo, szłyśmy dość wolno. Zatrzymał nas pytając o dyskotekę w naszym sanatorium. Odpowiedziałyśmy zgodnie z prawdą, że jest. Bo jest codziennie. Stałyśmy chcąc aby nas wyprzedził ale on również się zatrzymał. Dalej coś mówił o tej dyskotece.
Proszę iść, proszę nas nie zaczepiać – powiedziałam. Wkurzył się. Stanął naprzeciwko mnie i zaczął wrzeszczeć, że nikt mu nie będzie mówić, co ma robić. Koleżanka milczała, on był coraz bardziej natarczywy.
Proszę nas nie zaczepiać bo wezwę policję – powiedziałam dobitnie i głośno.   On zaczął wrzeszczeć jeszcze bardziej ale ruszył przed siebie. Ciągle krzyczał. Dzwoń, dzwoń, zobaczymy, czy przyjadą, możesz sobie dzwonić. Zniknął za zakrętem i po chwili zobaczyłyśmy, że stoi schowany za przystankiem. Kiedy skręciłyśmy na nieoświetloną, zarośniętą ścieżkę prowadzącą do naszego sanatorium, ruszył przodem. Postanowiłyśmy pójść do najbliższego budynku, to było raptem 50 metrów. Zobaczył, że skręcamy i również skręcił, idąc wzdłuż ściany budynku.

Idziemy do swojego sanatorium, jeśli nas zacznie gonić to będziemy wrzeszczeć ile sił w płucach – postanowiłyśmy. Pobiegłyśmy pod górę i zdyszane wpadłyśmy do budynku.

Żadna z nas nie miała przy sobie telefonu, uczucie zagrożenia pojawiło się nagle i było całkowicie realne, pijak był agresywny, atakował słownie wyłącznie mnie mówiąc, że „do tej drugiej nic nie ma”. Przez chwilę czułam się winna bo sprowokowałam go strasząc policją, ale zupełnie nie wiem, co miałabym robić? Nawiązywać rozmowę, żartować? Milczeć? Chciałam tylko, by dał nam spokój, stałyśmy czekając, aż sobie pójdzie ale ile można stać, skoro on nie odchodził.
Zostaję tu jeszcze tydzień ale najchętniej wróciłabym do domu już dziś.