poniedziałek, 24 listopada 2014

skąd się wzięło "do brzegu"



Co tak siedzisz jak „żołnierz pod brzozą u drogi”, skąd się tu wziąłeś? – spytałam na powitanie. Siedział w trawie powyżej ścieżki  na wysokiej skarpie i wyglądał na zmęczonego. Popatrzył na mnie, leciutko się uśmiechnął i zaproponował, bym usiadła obok niego to mi powie.

Z Krakowa jadę, byłem załatwiać to, co zawsze. Wsiadłem na dworcu do pociągu i wyobraź sobie, patrzę przez okno, a na peronie stoi Basia od Stańczyków z Ryglic. Jak to nie znasz, była u nas z ciotką Maryśką na weselu Janusza. A, mieliśmy wtedy osiem lat, możesz nie pamiętać, niech ci będzie. W każdym razie ucieszyłem się i wysiadłem z pociągu, żeby się przywitać i zaproponować jej wspólną podróż, zawsze to dwie godziny ze znajomą milsze niż jazda z gazetą przy gębie. Wysiadłem, szukam jej, rozstąp się ziemio, nie ma nigdzie. Gdzieś zniknęła. Za kioskiem nie ma, za schodami nie ma, patrzę, pociągu też nie ma, odjechał, następny za godzinę.
Cicho, nie śmiej się. Pytasz, skąd się tu wziąłem to mówię.

Pojechałem tym drugim pociągiem i nawet bardzo dobrze zrobiłem, bo on jechał do Krynicy, czyli nie musiałem się przesiadać w Tarnowie tylko można nim jechać aż do Lubaszowej a stamtąd to byle czym do Jodłówki, okazją na przykład.
Siedzę w tym pociągu, jadę i jadę, końca nie widać, wyjąłem gazetę kupioną na dworcu w kiosku, kupiłem, bo ma bardzo trudne krzyżówki a ja tylko takie lubię. Łatwych nie rozwiązuję, one są dla emerytek dla ćwiczenia pamięci. 
Wiem, nigdy nie mówiłem, że jestem skromny, co się czepiasz.
 Czytam ten „Przekrój”, dotarłem do krzyżówki a tu baba siedząca obok kręci się kręci i wreszcie mówi do mnie – mogę panu pomóc, w krzyżówkach  jest często takie hasło domek dla pszczółek  na dwie litery, mało jest haseł na dwie litery to trudno zapamiętać. Ul, proszę wpisać ul!

Zostawiłem gazetę i wyszedłem na korytarz. Nieważne, nie chodzi o krzyżówkę. Nogi chciałem rozprostować, pociąg już był w Łowczowie, trzy godziny jazdy od Krakowa. Ty, no i na korytarzu spotkałem Zośkę Maniek! Jak to nie znasz, to jest córka brata wujka Staszka, tego, co się ożenił z ciotką Tereską, kuzynką babki. Musisz znać! Taka blondynka, szczupła, ładna. Ładnie śpiewa. Jechała z Tarnowa, wiozła torbę z towarem, opowiadała, że zajmuje się sprzedażą bezpośrednią to znaczy, że chodzi po ludziach i coś im wciska. Teraz jakieś kremy i maseczki produkowane na ziołach zbieranych w okolicy Czarnobyla. Chcesz próbki? Dała mi. Tak się zagadaliśmy, że przejechałem Lubaszową i wysiadłem dopiero w Gromniku razem z Zośką. Późno było, Zośka zaprosiła mnie na kawę i tak mi zeszło do rana, co ci będę opowiadał.

Rano z Gromnika pojechałem autobusem do Tuchowa. Tak sobie pomyślałem, że jak już jadę to wstąpię, wtorek był, wiesz, jak lubię jarmarki. Pełno znajomych. Tego Mariusza od Ryndoka kojarzysz? Ty wiesz, co się z nim porobiło? Leczy się u specjalistów od chorób psychicznych. Jak nie wiesz, czym ty żyjesz? Tego Mariusza spotkałem zaraz na przystanku.  Przywitał się i na piwo mnie zapraszał. Ja się go pytam, gdzie się wybiera a ten mówi, że do lekarza bo mu leków brakło. Nie wiadomo, jak takiego traktować. Jak mu leków brakło to może pić bo leków nie bierze czy lepiej, żeby nie pił bo jeszcze bardziej zwariuje?

Powiedziałem mu, że napijemy się kiedy indziej a teraz się śpieszę bo mam zaraz autobus do Jodłówki. I to była prawda, autobus nadjechał, wsiadłem i przyjechałem na Potok. Doszedłem od przystanku tu do tego brzegu, zmęczyłem się więc usiadłem i tak siedzę  i nie wiem, czy iść Za Górę czy na Świercze.


czwartek, 20 listopada 2014

przy stoliku

Skierowano mnie na miejsce przy stoliku, gdzie siedziało już sympatyczne małżeństwo w średnim wieku i starsza, elegancka pani. W sanatorium tak to się odbywa – przydziela się na trzy tygodnie miejsca do spania oraz krzesełko przy stole i nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi.
Mnie trafiło się  znakomicie. Tematem rozmów przy jedzeniu najczęściej było to, co mieliśmy na stole, ale często „odpływaliśmy” w swych opowieściach bardzo daleko. Na przykład do krakowskiego liceum, gdzie tylko jedna uczennica na całą klasę miała prawdziwe stylonowe pończochy a reszta nosiła takie prążkowane, przypinane na gumowe żabki. Chłonęłam te opowieści  wspaniale się bawiąc.
Wszyscy znaliśmy i lubiliśmy dobre jedzenie. Pani i pan siedzący z nami dożywiali się w pobliskiej karczmie i czasem opowiadali nam, co tam jedli. A to pierogi podane ze smażonymi na masełku rydzami, a to naleśniki z warzywami, to znów jakieś dobre ciastko, takie dobre jak w domu.
Ja jestem strasznie wybredna, od jakiegoś czasu skutecznie odrzuciło mnie od wędlin, nie wiem o co chodzi ale po prostu nie jestem w stanie zjeść kanapki z szynką czy jakąś kiełbasą, wolę sam chleb. Nie smaruję pieczywa i nie słodzę napojów. Ziemniaków jem bardzo mało, prawie wcale, ale lubię placki ziemniaczane, kopytka i kluski śląskie.
Mięso jem, jeśli jest smaczne. Nie tknę się sklepowego gotowanego kurczaka. Takiego wiejskiego z rosołu zjem. Uwielbiam ryby, lubię jajka, wszelkie sałatki warzywne, owoce i słodycze. Lubię pić kawę i wino półsłodkie.

W pierwszy dzień przyniosłam do jadalni kawę rozpuszczalną, zalałam wodą z dzbanka i zorientowałam się, że nie mam mleka. Nie chciało mi się iść po nie do pokoju. Było mleko w dzbanku  ale dla mnie niedostępne bo przeznaczone dla kuracjuszy komercyjnych.
Podeszłam więc do stolika z wazą z zupą mleczną, zamieszałam do dna stwierdzając, że nie otruję się, jeśli jej dodam do kawy. Tak poznałam smak kawy z makaronem świderki. Fuj.
Nie czytaliśmy jadłospisu wywieszanego na tablicy ogłoszeń. Przychodziłam na obiad i z miną pełną powagi obwieszczałam – dziś będziemy mieć łososia z rusztu, jak myślicie, podadzą nam go z sosem chrzanowym? 
Nie musi być chrzanu, zjemy pokropionego cytryną – odpowiadała pani siedząca obok mnie. 
- Dla wszystkich będzie ten łosoś? Bo ja wolałbym kawałek pieczeni z modrą kapustą.

Tymczasem kelnerka przynosiła pulpeta w sosie z ziemniakami jak dla świń. Ziemniaki jak dla świń to mój wymysł, tak mi się skojarzyło, ponieważ nie dało się ich zjeść. Były częściowo rozgotowane, duże kawałki pomieszane z breją, ledwo ciepłe.  Po tygodniu dopiero zaczęto te ziemniaki podawać ubite, uformowane w kulki i posypane koperkiem.
Cóż, łosoś pewnie będzie na kolację. Ależ skąd, na kolację będzie tarta ze szpinakiem.  Były kopytka. Też dobre. Każde z nas wymyślało wykwintne potrawy, choć zdarzyło się też, że pan siedzący z nami rzekł – dziś do picia jest woda z basenu!
Mieliśmy dietę lekkostrawną, taką zapisała nam lekarka. Koło nas siedziały osoby jedzące normalnie. Różnicy dużej nie było, raczej chodziło o sposób przygotowania potrawy. Wolałam kawałeczek ryby duszonej z warzywami (brawo dla kucharki) niż rybę smażoną w tradycyjnej panierce. Pewnego dnia kelnerka przyniosła nam talerze, na których były prawdziwe kotlety schabowe, ziemniaki i kapusta zasmażana. Postawiła i błyskawicznie odeszła. Wiedzieliśmy wszyscy, że to nie dla nas, patrzyliśmy na te kotlety, potem na siebie i nikt nawet nie złapał za sztućce.
Po zamianie okazało się, że mamy schab duszony i  surówkę z marchwi. Ta surówka była dość często i pewnego dnia stwierdziłam – dziś marchewka będzie z imbirem! Niestety, rozczarowaliśmy się. Była jak zawsze „nic niemająca”. Innym razem dość poważnie uniosłam się z powodu makaronu z serem. Miałam nawet iść do kucharki i huknąć jej chochlą przez łeb ale mnie powstrzymano. Zmarnowała bowiem jedzenie na 200 osób. Takie rzeczy widać, gdy się wychodzi z jadalni – wszystko zostaje na stołach. Ten makaron był podany tak – na talerzu leżało trochę zimnych kolanek, koło tych klusek leżała łyżka twarogu doprawionego cynamonem. Ludzie próbowali to mieszać i posypywać cukrem ale nic z tego. Było wstrętne.
Lubiłam pory posiłków, lubiłam siedzieć przy stole i żartować, snuć opowieści o tym, co sobie ugotujemy po powrocie do domu.
Jeśli będziecie w Wysowej, warto spróbować sernika z pianką, sprzedawanego w kiosku koło kościółka. Słodki, puszysty, na kruchym spodzie, z delikatną pianką na górze, ach, ach!



Sernik to nie jest ale potrzebne mi było zdjęcie z jedzeniem 

poniedziałek, 17 listopada 2014

zaufaj sobie

Na posadzce między półkami z kremami na dzień i na noc a szamponami leżała kilkuletnia dziewczynka i darła się tak, jakby w buzi miała głośnik. Popatrzyłam na nią. Między jednym a drugim wrzaskiem łypała na oglądającą kosmetyki młodą kobietę i stwierdzając, że rozdzierająca scena nie budzi zainteresowania, znów podkręcała głośność.  Miałam ochotę przejść koło dziecka i powiedzieć w powietrze, że na tej posadzce jest pełno robaków, ale w porę uświadomiłam sobie, jak potrafią wrzeszczeć takie przedszkolaki, więc złapałam to, co mi było potrzebne i poszłam dalej.

Gdybym musiała poszukać potrzebnego mi kosmetyku lub też zastanowić się nad jego wyborem, piski i wrzaski dziecka jednak by mi przeszkadzały bo niestety mam tak, że znoszę wybryki dzieci znanych mi osobiście, obce mnie nie bawią. Ale nic nie mówię, po prostu odchodzę.

Raz mi taki trzylatek o mało nie wybił zębów. Siedzieliśmy w kawiarni, piłam kawę, te szklanki są dość grube i nagle z tyłu poczułam szarpnięcie, uderzyłam szklanką w zęby aż zabolało. To nudzący się przedszkolak chodził od krzesła do krzesła i szarpał je nie zważając na to, że siedzą na nich ludzie. Mama pogrążona rozmową z koleżanką od czasu do czasu mówiła mu „nie rób tak”. Domyślam się, że to jedyne narzędzie, jakim dysponuje w wychowaniu pociechy. 

Niedawno napisałam na facebooku zdanie czy dwa, w którym zdziwiłam się, że matki tak bezkrytycznie pozwalają mówić sobie, jak mają wychowywać własne dzieci. Bardziej liczą się z często anonimowymi wypowiedziami na blogach czy forach niż z własnym rozumem. I co? Adminka zrobiła mi karczemną awanturę z użyciem wulgaryzmów, bo „się do nich wpieprzam”.

Mam tu jednak całkiem niezłe narzędzie, na tym blogu bywa znacznie więcej młodych matek, niż tam, gdzie się „wpieprzałam”. Dlatego proszę Was, dziewczyny, nie pozwalajcie, aby blogi i portale miały dominujący wpływ na wychowanie Waszych pociech. Od wychowania są mama i tata. Jednemu dziecku wystarczy powiedzieć coś raz a innemu można mówić i sto razy a i tak nie będzie efektu, bo każdy człowiek jest inny. Macie prawo czuć się zagubione i niepewne, warto szukać i pytać ale najczęściej bywa tak, że instynktownie czujemy to, co jest dobre dla naszego dziecka.


Wymądrzała się Stara Zrzęda, która nie ma prawa wypowiadać się na temat wychowania dzieci bo nie ma małych dzieci.  

piątek, 14 listopada 2014

nie dajmy się zastraszyć

Kilka lat temu zastraszona przez hejterów walnęłam siekierą w pniak po czereśni i obiecałam sobie, że już nigdy nie będę bać się pisać, niech się boją opisywani.

 Poznałam w sanatorium niezwykłą osobę. Była to starsza pani, uważna, delikatna, zawsze na jadalni elegancko ubrana. Pani Hanna codziennie dziarsko maszerowała z kijkami, na wycieczkach i spacerach była zawsze pierwsza, imponowała nam znajomością okolicznych tras. Miała niesamowitą kondycję, 10 km z kijkami pani Hanna pokonywała bez trudu.

Pewnego dnia ze smutkiem stwierdziła, że źle się czuje, ponieważ już kolejną noc zakłócają jej imprezowicze z sąsiedniego pokoju. Na nieśmiałe prośby o spokój nie reagują ani oni, ani recepcja. Pani Hanna boi się sąsiadów ponieważ byli agresywni, kiedy prosiła ich o zachowanie ciszy. Ja spaceruję sama i jeśliby taki chciał mnie uderzyć to już do ośrodka nie wrócę o własnych siłach, już dawno skończyłam siedemdziesiąt lat.

Pewnie żadnemu z pijaków nie chciałoby się iść za panią Hanną do lasu, ale przecież nie o to chodzi, tylko o ten niepokój.

Proszę się dłużej nie martwić, ja to załatwię – powiedziałam od razu. Mnie również przeszkadzały te pijackie wrzaski ale jakoś je do tamtej pory znosiłam.  
Wiem, że słowo pisane liczy się bardziej niż nieśmiała prośba przy recepcyjnym okienku, dlatego poszłam na górę i napisałam krótkiego, rzeczowego maila.
To było po obiedzie. Przed kolacją już nie było nawoływań na pierwszym piętrze. Po kolacji cisza.
Przy śniadaniu zobaczyłam uśmiechnięte oczy, poczułam delikatny uścisk na ramieniu i usłyszałam – dziękuję, jak ja się dziś wyspałam!


wtorek, 11 listopada 2014

opowiadanie o porządnych ludziach

trasę wybrał komputer, Basia jechała o wiele dłużej

Z Lidzbarka Warmińskiego do Wysowej jest solidny kawał drogi i podróż ze sporym bagażem do najłatwiejszych nie należy. Basia jechała tą trasą pierwszy raz a ponieważ nie lubi pociągów, wybrała autobusy. Z Lidzbarka do Warszawy, z Warszawy do Krakowa a z Krakowa jak w pysk strzelił prościutko do Wysowej pod samiutkie drzwi sanatorium.
Bagaż miała spory ale walizka jechała przecież w luku, w Warszawie przesiadła się bez problemu i w piątkowe popołudnie miała dotrzeć na krakowski dworzec, by znów się przesiąść. Nie wszystko jednak przebiegało zgodnie z planem podróży, autobus stał najpierw z powodu wypadku na trasie a potem jak utknął w krakowskich piątkowych korkach to stał więcej niż jechał i stało się – autobus do Wysowej odjechał, zanim Basia dotarła do dworca.

Cóż miała robić. Zadzwoniła do dorosłego dziecka, dorosłe dziecko sprawdziło przez Internet  inne połączenia i kobieta wsiadła do pojazdu jadącego do Gorlic mając nadzieję, że stamtąd złapie ostatniego busa.

Niestety, tak się nie stało. Nastał wieczór, do Wysowej nie jechało już nic i Basi chciało się płakać ale że płacz w tych okolicznościach nie pomoże, postanowiła działać. Śmiertelnie zmęczona, z trudem wlokąc za sobą walizę podeszła do pierwszego z brzegu busa i zapytała kierowcę o jakikolwiek transport do Wysowej. Bo może ktoś jednak jedzie tam lub do pobliskiej miejscowości.
Busiarz spojrzał na kobietę i powiedział – poczekej pani. Złapał za telefon i zaczął gdzieś wydzwaniać a kiedy skończył, wysiadł, wrzucił Basi bagaż do busa i kazał jej wsiadać ale szybko, bo kolega specjalnie zboczy z trasy i zabierze ją ze stacji benzynowej, gdzie muszą się teraz dostać.

Wkrótce byli na  umówionej stacji benzynowej gdzie na Basię już czekał busik. Kierowcy uścisnęli sobie ręce i jeden drugiemu przykazał, żeby zawiózł kobitę pod samą Biawenę bo ona przez całą Polskę jechała i ledwie dycho tako umordowano.
Busik najpierw powiózł pasażerów tam, gdzie miał trasę a potem wspiął się na górę i tym sposobem Basia dotarła do sanatorium. Ten drugi kierowca nawet nie przyjął zapłaty, ten pierwszy zainkasował 2,50.


To opowiadanie specjalnie zostawiłam na dzisiejsze święto i dziękując panom kierowcom  z Gorlic z wielką radością mogę napisać – jesteście porządnymi ludźmi!

czwartek, 6 listopada 2014

pływa się


Kiedy kończy się gimnastyka w wodzie, kilka osób zostaje na hydromasażu. Wczoraj zapytałam, gdzie mam stanąć bo są trzy stanowiska.  Ratownik przystojny jak ratownik wskazał mi miejsce mówiąc - tam będzie najlepiej bo do słońca. Rzeczywiście - ponieważ basen jest przeszklony, przez szyby grzało słoneczko. Ach ach, jak było czarująco!
A dziś wychodzę z basenu a tu niespodzianka, nie ma mojego ręcznika! Szlag! Poszłam spłukać z siebie basenową wodę i cóż, wytarłam się podkoszulkiem i taka mokra biegiem na trzecie piętro.
Przyczepiłam do drzwi basenowych ogłoszenie:
Osobę, która rąbnęła z basenu duży, biały, PRYWATNY ręcznik proszę  o odniesienie go na miejsce.
Ta wzmianka, że ręcznik prywatny, jest dość istotna, tu przeważnie wszyscy noszą na basen ręczniki sanatoryjne ale one są niezbyt duże.

środa, 5 listopada 2014

jedzenie w sanatorium


Nie wszyscy widzą to, co wklejam na fp więc napiszę tutaj o sanatoryjnym jedzeniu. Na talerzach widać dzisiejsze  kolejne posiłki - śniadanie, obiad i kolację. Na śniadanie była jeszcze zupa mleczna,   parówki, pieczywo i marmolada do oporu. Na obiad było to co na talerzu,  zupa z łazankami i jabłko. Na kolację to co na talerzu czyli bułeczka z mięsem, ser żółty, masło, szklanka barszczu i chleb z marmoladą do oporu. Jedzenie jest dość smaczne, ja nie zjadam wszystkiego, zupę jem bardzo rzadko i tylko kilka łyżek, ziemniaków nie jem nigdy bo nie lubię. Obiad to filet z kurczaka duszony z jarzynami, zjadłam ze smakiem.
Do picia mamy na śniadanie czarną herbatę a w niedzielę kakao, na obiad wodę z cytryną a do kolacji znów herbata.
W święta dostajemy ciastko - kawałek szarlotki albo rogalik z marmoladą.
Wielu kuracjuszy nie najada się bo te porcje są dość skromne, chodzą do karczmy dożywiać się między posiłkami. Mnie to spokojnie wystarcza.

wtorek, 4 listopada 2014

dalej o tej Biawenie

Odpowiadam na pytanie, czy jestem na jakimś obozie przetrwania. Prawie. Ale ponieważ pobyt zbliża się ku końcowi, nie przejmuję się tym wcale.
Dziś był dzień hartowania. Przed siódmą pojechaliśmy busikiem na dół na kąpiele mineralne, po powrocie śniadanko - kasza z mlekiem, twarożek, wędlinka, pomidor, sałata. Im bliżej końca tym jedzenie lepsze.
Potem  mierzenie ciśnienia i ważenie. Prawie wszyscy wychodzą od pielęgniarki uradowani a ja z płaczem bo miałam tu schudnąć 20 kg a schudłam 2. Ciśnienie mam w normie odkąd zablokowałam w telefonie  jednego wielbiciela - prześladowcę ale to nie ma związku z sanatorium.
Rano okazało się, że moje ukochane łóżko do masażu wodnego jest zepsute i już nie będzie czynne do końca pobytu, dlatego mamy chodzić na ten masaż do szpitala urologicznego. Mnie wyznaczono na 11;45. O 11;00 miałam hydromasaż w basenie, musiałam więc się naprawdę mocno sprężać, aby zdążyć się wysuszyć jako tako i pobiec na dół do tego drugiego budynku. Dziś woda miała 31,0 stopni, ratownik był przystojny jak ratownik. Wymasowałam się i poleciałam na dół do tego szpitala.
Zdążyłam, wysuszył mnie po drodze halny bo wieje jak diabli.
Wieczorem ma być dancing rozpoznawczy bo przyjechał nowy turnus.
Odłazi mi lakier  paznokci - znak, że czas wracać.

poniedziałek, 3 listopada 2014

po hydromasażu

Odszczekuję, woda w basenie była dziś ciepła, 30,6 :))))

kochany pamiętniku

Śniło mi się, że dokwaterowano do naszego pokoju jeszcze jedną kuracjuszkę i miała spać ze mną. Obudziłam się z twarzą na kaloryferze na samym brzegu łóżka, leżałam na boku, słuchawka wbijała mi się w ucho. Sprawdziłam ręką za sobą i o mało nie rozpłakałam się ze szczęścia - nikogo tam nie było. Spojrzałam na  zegarek, dochodziła szósta. Wstałam, poszłam do łazienki. Spokojnie i bez pośpiechu umyłam się, wysuszyłam włosy. W tym czasie wstała koleżanka i zrobiła kawę. Potem pojechałyśmy na kąpiel mineralną na dół do wsi. 
Na śniadanie była zupa mleczna, żółty ser, wędlina i pół pomidora. Jedzenie jest smaczne, poprawiło się już w pierwszym tygodniu, gdy znana blogerka wstawiła na fejs zdjęcie miski z marmoladą. 
Potem miałam mój ulubiony masaż na łóżku wodnym, szkoda, że tak krótko, to najlepszy zabieg jaki mi się trafił. 
O dziesiątej ubrałam na siebie  pół szafy bo na polu gwizdało i było przeraźliwie zimno i poszłam do apteki, aby odkupić antybiotyk. Z tym antybiotykiem to był cyrk, bo zachorowałam w piątek wieczorem i pielęgniarka rozłożyła bezradnie ręce, każąc mi jechać po leki do apteki do Gorlic, a to jest godzina jazdy autobusem. Ja tego miasta nawet nie znam a poza tym byłam przecież chora. Tu niedaleko jest szpital urologiczny i drugi psychiatryczny a dla normalnych ludzi nie ma leków w dyżurce to trochę dziwne. Po kolacji poszłam jeszcze raz i była lekarka, która dała mi pięć tabletek i receptę, dlatego dziś byłam na dole, odkupiłam i oddałam. 
Przy okazji kupiłam mleko i owoce. Na dole nie było zimno, spacer był bardzo przyjemy. 
Teraz wróciłam, moje współlokatorki śpią przy włączonym radiu, dodatkowo jedna chrapie, to mi bardzo przeszkadza, dlatego znów mam w uszach słuchawki.  Myślę, że niedługo trafię do jednego z tych dwóch szpitali które są na dole. 
Teraz muszę się przebrać i iść na gimnastykę w basenie więc trochę ochłonę.  Nie wiedzieć czemu w pierwszy dzień pobytu woda była ciepła a teraz jest coraz zimniejsza. Może zapominają dolać ciepłej, nie wiem. To do następnego razu. 

sobota, 1 listopada 2014

straciłam poczucie bezpieczeństwa





Staram się przebywać w budynku jak najmniej, wychodzę na spacery, snuję się po okolicy, siedzę na parkowych ławkach. Przeważnie w pojedynkę, aby odreagować stres związany z „komuną”. Proszę mi wierzyć, pokój zamieszkany przez cztery przypadkowo dobrane kobiety nie jest moim wymarzonym miejscem.

Wczoraj po kolacji poszłyśmy z koleżanką na długi spacer. Było dość ciepło, uzdrowisko wyglądało jak wymarłe. Idąc na dół nie spotkałyśmy ani jednego człowieka. Budynek, w którym mieszkamy, położony jest najwyżej, około stu metrów dalej jest kolejne sanatorium, jeszcze dalej następne, potem malutki kościółek, parking, mini basen i park zdrojowy. Po drugiej stronie parku są zabudowania i główna droga. Wysowa to maleńka wieś, jest dwa sklepy spożywcze, cerkiew, kościółek, kilka karczm i pensjonatów, wszystko to rozrzucone na wzgórzach wśród lasu.

Wieczór był przyjemny, szłyśmy przez park do góry, za nami słychać było pijacki śpiew. Po chwili dogonił nas mężczyzna.  Dogonił to nie jest dobre słowo, szłyśmy dość wolno. Zatrzymał nas pytając o dyskotekę w naszym sanatorium. Odpowiedziałyśmy zgodnie z prawdą, że jest. Bo jest codziennie. Stałyśmy chcąc aby nas wyprzedził ale on również się zatrzymał. Dalej coś mówił o tej dyskotece.
Proszę iść, proszę nas nie zaczepiać – powiedziałam. Wkurzył się. Stanął naprzeciwko mnie i zaczął wrzeszczeć, że nikt mu nie będzie mówić, co ma robić. Koleżanka milczała, on był coraz bardziej natarczywy.
Proszę nas nie zaczepiać bo wezwę policję – powiedziałam dobitnie i głośno.   On zaczął wrzeszczeć jeszcze bardziej ale ruszył przed siebie. Ciągle krzyczał. Dzwoń, dzwoń, zobaczymy, czy przyjadą, możesz sobie dzwonić. Zniknął za zakrętem i po chwili zobaczyłyśmy, że stoi schowany za przystankiem. Kiedy skręciłyśmy na nieoświetloną, zarośniętą ścieżkę prowadzącą do naszego sanatorium, ruszył przodem. Postanowiłyśmy pójść do najbliższego budynku, to było raptem 50 metrów. Zobaczył, że skręcamy i również skręcił, idąc wzdłuż ściany budynku.

Idziemy do swojego sanatorium, jeśli nas zacznie gonić to będziemy wrzeszczeć ile sił w płucach – postanowiłyśmy. Pobiegłyśmy pod górę i zdyszane wpadłyśmy do budynku.

Żadna z nas nie miała przy sobie telefonu, uczucie zagrożenia pojawiło się nagle i było całkowicie realne, pijak był agresywny, atakował słownie wyłącznie mnie mówiąc, że „do tej drugiej nic nie ma”. Przez chwilę czułam się winna bo sprowokowałam go strasząc policją, ale zupełnie nie wiem, co miałabym robić? Nawiązywać rozmowę, żartować? Milczeć? Chciałam tylko, by dał nam spokój, stałyśmy czekając, aż sobie pójdzie ale ile można stać, skoro on nie odchodził.
Zostaję tu jeszcze tydzień ale najchętniej wróciłabym do domu już dziś.