niedziela, 15 września 2019

wspomnienia z wakacji

Kliknij na zdjęcia by je powiększyć, i czytaj podpisy!

idę do wody!


życie jest piękne

jakieś cycki windują się na górę

przybliż się do wspólnego zdjęcia

następnym razem kupimy tacie bilet na tym 

baba z kucykiem?!

a kto robi zdjęcie?

oni mają lustra w suficie!

nie mów po francusku bo się z nas śmieją

ruina na tle ruin

zrywaj te migdały w domu tego nie ma 
zostaw ją w tej winnicy, będzie wreszcie szczęśliwa

nie musiałaś tak mieć wszystkiego pod kolor 
Wszystkie zdjęcia należą do Michela K. 

sobota, 14 września 2019

Spokój

Groźna Woźna zakładała na stoły ciężkie, nieporęczne krzesełka i uśmiechała się do swoich myśli. Niektóre nauczycielki to pójdą prosto do nieba. Bo czasem sprzątaczka wchodzi do klasy i mówi Jezus Maria   albo O Boże a to jest przecież modlitwa i prośba o pomoc.

Groźna Woźna emanuje spokojem jakby była w ciąży. Nie śmiejcie się. Czasem ciężarne kobiety otoczone są bańką z blasku i łagodności.  Groźna Woźna w ciąży oczywiście nie jest ale stała się niezwykle spokojna i najczęściej nic nie mówi tylko się uśmiecha. Albo mówi, że nic się nie stało nawet jeśli się stało.

Krzesełka stały do góry metalowymi nogami na stołach. Odkurzacz wył ze złości bo nie lubi wciągać połamanych klocków i kredek. Drzwi do klasy były otwarte i stanął w nich chłopiec może pięcioletni. Cicho!  - powiedział. Groźna Woźna zajęta odkurzaniem nie do końca zrozumiała o co chodzi więc kopiąc odkurzacz w wyłącznik zapytała - co skarbie, o co chodzi?
- Cicho masz być bo mój brat śpi! - powtórzył chłopiec.
Kobieta wyjrzała na korytarz i zobaczyła wózek z niemowlęciem pozostawiony przy dziewczęcej toalecie.
Sam zajmujesz się bratem?- spytała zdziwiona.
- Nie, moja mama poszła zrobić kupę - odparł mały.
 - A ty chodzisz do naszej szkoły?
- Nie, ale przychodzimy tu na plac zabaw.

Groźna Woźna w inny dzień pomyślałaby bardzo brzydko noszkurwaaletujestszkołaaniepublicznatoaleta
ale nie powiedziała nic tylko znów kopnęła odkurzacz, który zawył żałośnie. Wyj, nie zamierzam cię pocieszać - powiedziała do rury i wetknęła ją pod szafę, gdzie Bombelki wrzucają swoje niedojedzone jabłka, kanapki z nutellą i żetony z zabawkowego kasyna.

Skończyła, wyszła na korytarz. Przy drzwiach do toalety, tam, gdzie stał wózek,  walały się mokre chusteczki. Weszła do toalety. Młoda mama pewnie bardzo się śpieszyła bo nie zdążyła użyć spłuczki, porzuciła też koło muszli zużytą podpaskę.

Spokój. To nic. Taką masz pracę - powiedziała wyimaginowana mała, puchata kulka siedząca na ramieniu Groźnej Woźnej. Spokój.
Czas na psychiatrę - westchnęła Groźna Woźna.












środa, 11 września 2019

taki dzień

Nie śpię dobrze, bolą mnie ręce. Haha Klarka napisz coś nowego.
Wreszcie wstaję słysząc, że Krzysiek opróżnia zmywarkę. Kotek też słyszy, wstaje, przeciąga się i ostrożnie schodzi z łóżka. Stary już jest, ma swoje dolegliwości. Idziemy do kuchni. - Cześć kotku - mówi Krzysiek.  Do kota mówisz czy do mnie - pytam. Coś taka niemiła z rana? A nie wiem.

Zabieram kubek z kawą do pokoju i włączam laptop. U rybenki o tej porze jest już nowy post więc od "wymuszonego bloga" zaczynam przegląd, potem wiadomości, czasem odpisuję dość dużo a czasem wcale.

Krzysiek przynosi z lokalnego sklepiku bułki i wychodzi do pracy a ja zabieram się za sprzątanie mamrocząc pod nosem - w robocie to samo i w domu to samo.
Trzeba coś ugotować, resztki z weekendu już pozjadane. szybko i dużo - czyli kroję pierś z kurczaka, marynuję chwilę w przyprawach i ziołach, rzucam na patelnię, dodaję rozgnieciony czosnek, lecę do ogródka po cukinię i pietruszkę, wracam, kroję warzywa i dorzucam do tego co na patelni. Chwila i gotowe.

Kot mokry od rosy pałęta mi się pod stopami.

Powiesić pranie. Ha, najpierw zebrać poprzednie. ktoś dzwoni, ktoś pisze. Odebrać, odpisać.

Jak to jedenasta?! Miałam dzwonić do przychodni zapisać się do lekarki, nie zdążę, zrobię to jutro albo kiedyś.
Prysznic. Muszę koniecznie obciąć o połowę długości włosy, zajmują mi zbyt dużo czasu. Balsam na skórę. Wróć się do łazienki i ogól nogi. Nie, pojadę w spodniach. I będziesz w spodniach cały dzień? 

Wracam. Jeszcze muszę wyprasować koszulkę do pracy. Coś zjeść. Zrobić kanapkę na popołudnie.
Po dwunastej. Na przystanek przychodzę zawsze za wcześnie o kilka minut. To jest chwila na integrację z lokalną społecznością.
Nie za zimno dziś tak z gołymi nogami? - pyta starsza pani.
- Mnie zawsze gorąco - odpowiadam zgodnie z prawdą.

Wysiadam na dużym rondzie, widzę, ze ucieknie mi przesiadkowy autobus. To nic, nie zamierzam biec, tu i tak jest śmiertelnie niebezpiecznie.

W orce łapie mnie jedna z nauczycielek  i dyskretnie pyta - słyszałam że pani odchodzi, znalazła pani inną pracę? - Tak - odpowiadam. To gratuluję - klepie mnie w ramię i uśmiecha się.
Jeszcze zostaję do końca miesiąca.

Sprzątam salę gimnastyczną. Powinni zabronić wnoszenia na salę napojów - myślę, myjąc kawał parkietu z rozdeptaną zaschniętą plamą po jakimś płynie. Ale co mnie to obchodzi - dodaję w myślach. Jest ciepło i duszno. Marzy mi się wakacyjna kąpiel w basenie, wspominam ten czas i uśmiecham się do siebie.

Rodzice przychodzą po dzieci. Mamy z wózkami wjeżdżają do holu, maluchy biegają krzycząc, starsze dzieci wpadają do toalety nabrać wody do bidonu, zamieszanie straszne aż do siedemnastej.

Myję tymczasem podłogę w jadalni. Wszystko się klei. Słucham eski i zawzięcie macham mopem.

W jednej z klas rozlane farby, w innej ścinki, w łazienkach wstęgi papieru wetknięte do pisuarów. Nic szczególnego. Taką masz pracę, rób i nie myśl.

Czas na moją przerwę. Robię sobie kawę i niosę na jadalnię. O kurcze, nie zamknęłam drzwi na klucz i wykorzystał to jeden z rodziców przyprowadzających dzieci na zajęcia dodatkowe.
Rozłożył się z laptopem na stole, ściągnął buty, postawił obok jakiś napój.
Nic nie mów. Tym, którzy siedzą w korytarzu też nic nie mów. Raczej powiedz pani ze stołówki żeby wstawiła automat do kawy bo kawiarnia już jest.

Nic nie mówię. Stawiam swoją kawę na stoliku, wyciągam bułkę, jem i czytam. Pan wstaje, zbiera swoje rzeczy i wychodzi.

Szatnia, długie korytarze, hol, worki ze śmieciami. Bolą mnie nogi. Irytuję się widząc dorosłych korzystających z dziecinnych toalet. Spokój. co cię to obchodzi, taka praca -upominam się i nucę razem z radiem.




Po ósmej. Jeszcze szatnie i okna. O wpół do dziewiątej kończą się zajęcia dodatkowe. Idę do guzdrzących się dzieci i wołam - misie, zbierać się, zamykamy szkołę. Rodzice patrzą na zegarek - oj, to już tak późno!

Gdzie tam do końca dnia - myślę.

Znów jedenasta rano. Miałam napisać więcej ale muszę - powiesić pranie, iść pod prysznic, uprasować koszulkę.
Dziś też Cię kocham.

poniedziałek, 9 września 2019

poniedziałek

Podjęłam bardzo trudną decyzję. Nikt z bliskich nie odważył się powiedzieć co mam robić więc tym bardziej było mi trudno, ale jednocześnie rozumiem tę ostrożność.
Bo to jest tak - choćby człowiek miał w sobie bezmiar empatii to i tak nie poczuje, jak to jest naprawdę, póki nie zobaczy i nie dotknie.

Kiedyś bliska znajoma skarżyła mi się na swojego sąsiada, który kazał jej wyciąć drzewo, ponieważ igły spadały na dach jego garażu. Bardzo jej współczułam ponieważ była tym bardzo poruszona ale dopiero teraz wiem, jakie to miało znaczenie.
Drzewo rosło w gorącym klimacie na kamienistej glebie w niewielkim ogrodzie. Dawało zbawczy cień trawnikowi i osłaniało od palącego słońca część domu. Kto ma w ogrodzie drzewo, pod którym można wypoczywać, to zrozumie jakie to ważne. Kto mieszka w klimacie, gdzie prawie nigdy nie pada deszcz ten będzie wiedział, jak cenne jest drzewo w ogrodzie.

Zrozumiałam to dopiero siedząc w jego cieniu i widząc, że nic, absolutnie nic nie szkodzi dachówkom sąsiada.

Podjęłam bardzo ważną decyzję i napisałam o tym do najbliższych, do których mam zaufanie i wiem, że są po mojej stronie. I kupiłam buty. Jakie to symboliczne - buty na nową drogę.


Jeśli będą gadać, to niech gadają. Nikt za mnie życia nie przeżyje, nikt.

sobota, 7 września 2019

Pociec

Celowo używam nazw zapamiętanych z dzieciństwa. 

Grzyby jedliśmy cały rok. Zimą suszone i marynowane, wiosną, latem i jesienią pieczone, smażone i gotowane.
Pierwsze były podsadówki - białe gąski rosnące w sadzie, pewnie stąd nazwa. Nadawały się na zupę i na sos. Ostatnie to łopinki (opieńki), jeśli nie było mrozów to można je było zbierać jeszcze w listopadzie.

Latem i wczesną jesienią wystarczyło uważnie patrzeć pod nogi - koło ścieżki wiodącej ze szkoły do domu koło brzozy można było zebrać rodzinkę zdrowych kozaków z czerwonymi kapeluszami, z grubym, czarno-białym trzonem. Obok, pod bukiem, w trawie, rosły jarzębule - zielono-białe gołąbki. Wystarczyło przypiec na blasze, posypać solą i po chwili można je było jeść.
Niektóre grzyby jedliśmy na surowo - na przykład krówki - czerwone gołąbki z wyciekającym, biały sokiem.

Grzyby suszyliśmy na kolokach - niewielkich, kolczastych  gałązkach uciętych z pewnego gatunku śliwy. Koloki stały za piecem i na chłopku (górna część pieca kuchennego). Wszechobecny zapach suszących się grzybów długo dominował w całym domu.

Dziadek Fabian był człowiekiem niezwykle odpornym. Nie wiem skąd w nim była ta odporność ale słynął z tego, że nie imały się go żadne pasożyty, sypał do zupy pieprz prosto z torebki aż na talerzu robiło się czarno no i jadł grzyby. Na przykład biele - nazbierał czapkę bieli, poukładał na blasze, przypiekł i zjadał odrzucając korzenie. Były to zupełnie białe grzyby o ostrym, piekącym smaku. My ich nie jedliśmy.
Jedliśmy za to mnóstwo gąsek i gołąbek, różowych, zielonych i fioletowych bo  w jodłowskich  lasach rosło ich najwięcej.

Nigdy nikt nie chorował po grzybach. Nie zbieraliśmy pociecy.

Pociece, czyli borowiki ceglastopore, stały się teraz modne i jadalne a mnie się robi słabo wiedząc, że moje dzieci zbierają je  i jedzą.
Regionalna nazwa grzyba pochodzi stąd, że po jego zjedzeniu może występować nagle pocenie się i zwolnienie tętna.
Pocieców nie jadł nawet dziadek Fabian.