czwartek, 31 lipca 2014

z powodu upału uderzyło mi do łba

Szybko napiszę bo burza idzie a ja się najbardziej boję dwóch rzeczy - burzy i lekarzy. U lekarza byłam, czyli jakby nie patrzeć to mi się kumulacja trafia.
U całkowicie nieznanego lekarza, to jest dopiero zgroza nad zgrozami. Nie tylko dla pacjenta. Bo bardzo współczuję wszystkim lekarzom i pielęgniarkom, które dziś musiały pracować. Nie było człowieka niespoconego i niezipiącego jak pies po spacerze z Krzyśkiem. Zaduch, trzydzieści stopni w cieniu, wilgotne powietrze, odzież przylepiała się do ciała.
Poszłam bo byłam umówiona. Bo mi tu na blogu już parę razy sugerowaliście, że powinnam. Dobra, do brzegu. Już moja kolej, włażę.

Ojapierdolę! Czemu, pytam się, czemu w czasach mojej świetności i młodości nie było takich przystojniaków w gabinetach, noo?!  Jak miałam trzydzieści to trafiałam na same stare baby, które się zresztą brzydziły dotykać pacjenta i diagnozowały na podstawie wywiadu.

Proszę bardzo, ile pani ma lat i takie tam.

 Gdybym musiała się rozbierać to przysięgam, że powiedziałabym "bardzo przepraszam, to pomyłka" i w tył na lewo do drzwi biegiem marsz.
 Na szczęście to było tylko usg tarczycy, więc nie trzeba było. Ale za mną czekały w kolejce dwie dziewczyny i kiedy zapytały, czy trzeba się rozbierać, bez mrugnięcia okiem, śmiertelnie poważnie, poprawiając bluzkę przy staniku szepnęłam - tak, i stanik się zdejmuje!

Niedoczynność mam.

poniedziałek, 28 lipca 2014

kocham stare piosenki


Nie przerażajcie się ponurością piosenki. Musiałam ją wkleić bo bez niej nie będzie można zrozumieć, o czym piszę. (Jeszcze bardziej).
Żeby nie było-  pytałam się, kogo trzeba, czy mogę o tym napisać i mam pozwolenie, ha!

Ale to będzie ostatnia wakacyjna opowieść rodzinna, bo się mi w końcu dostanie.
Dobra, do brzegu.

Były wakacje i nasza siostra, mieszkająca na stancji, przyjechała do domu na dłużej niż kilka dni. Zakochał się w niej na zabój chłopak, którego ona nie chciała. Nie bo nie. Ale on był wytrwały i łaził za nią, włóczył za sobą gitarę i ciągle grał ten kawałek właśnie. Nasz ojciec słyszał to raz czy drugi ale nie lubił takich piosenek, bo tata to tylko "słodkie fijołki" albo "wiśniowy sad". I zapowiedział, żeby tego wycia w domu ani koło domu nie było.
 Pewnego wieczoru ten chłopak stał w drzwiach  znów z tą gitarą i zaczął wyć "czemu ty dręczysz mnie".. gdy tata cały w nerwach wszedł na ganek a chłopak dokończył "córko murarza" bo tata był budowlańcem.
Najgorsze było później ale nie ma co tak pisać, zresztą mała byłam to nie pamiętam, czy gitara poleciała do paryi, czy ten piosenkarz  poleciał  do paryi za gitarą, no, nie pamiętam i już.
Ale to nie koniec.
  Chłopak niezrażony klęską przytargał następnego wieczoru akordeon, a to był ulubiony instrument taty. I zagrał pod gankiem "Czemu ty dręczysz mnie..".


niedziela, 27 lipca 2014

ostatnie wesele w motelu "Krak"

Ich miłość była niezwykle burzliwa i namiętna. On, młody chłopak, mieszkający całe życie na Azorach był całkiem inny niż ona – dziewczyna ze Ścinawy. Igor – pewny siebie, zadziorny, czasem bezczelny, arogancki, bezustannie poszukujący wrażeń i Ela – słodka, uśmiechnięta, śliczna,  dziewczyna, mieszkająca od zaledwie paru lat na Widoku.
Jego matka była Elą zachwycona. Dbaj, pilnuj się, żeby cię nie rzuciła, jeszcze nigdy nie miałeś takiej porządnej dziewczyny. Prawda. Żadnej z dziewczyn, które miał do tej pory, nie mógłby przyprowadzić na rodzinne przyjęcie, z żadną nie był dłużej niż dwa tygodnie. Porzucał je bez żalu, nie pamiętając nawet ich imion ani twarzy. Były do siebie niepokojąco podobne.

Ela była z innego świata. Musiała wracać do domu najpóźniej o dwudziestej trzeciej. Nie pozwalała się całować w tramwaju ani w kinie. Nie przeklinała, nie paliła.
Chodził z Elżbietą rok zdumiony, że mógł się zakochać tak bardzo, że nie brakowało mu tych łatwych dziewczyn, całonocnych imprez i weekendowego pijaństwa.  Po roku zdarzyło mu się wrócić do starych nawyków i o mało co nie stracił dziewczyny. Niby nic takiego, byli umówieni na dwudziestą a on spotkał kolegę, jedno piwo, drugie, jedna knajpa, druga i zrobiła się północ. Grubo po północy zataczali się pod blokiem na Widoku rycząc na cztery głosy „Agnieszka już dawno tutaj nie mieszka” aż ktoś wezwał policję.

Najpierw myślałam, że ci uciekł autobus. Potem, że może wypadło ci coś pilnego. Przed  dziesiątą zadzwoniłam do twojej mamy a ona powiedziała, że wyszedłeś o siódmej. Martwiłam się. bałam się, że coś ci się stało. Że potrącił cię samochód,  że jesteś gdzieś nieprzytomny w szpitalu – tłumaczyła mu kilka dni potem, płacząc.

Wybaczyła mu, obiecywał, że już nigdy nie pozwoli, aby się przez niego martwiła.

Niedługo potem byli razem na jakiejś imprezie. Pił i podrywał chudą, czarnowłosą dziewczynę. Ela wyszła i wróciła do domu, on został. Bawił się znakomicie a rano obudził się w jakimś studenckim mieszkaniu w łóżku nieznajomej. Wyszedł, nie zamykając za sobą drzwi.

Prosił, przepraszał, błagał. Tłumaczył, że nie jest gotowy na dom, na dzieci, na chodzenie w klapkach. Znów mu się udało, ale za trzecim razem nie pomogły już żadne tłumaczenia.  Matka była na niego wściekła.

Upłynęło pół roku. Pewnej soboty matka Igora rzuciła – dziś jest ślub Eli a wesele w Kraku. Szybko się pocieszyła – burknął. A na co miała czekać? W ciąży jest. Wysoko.

Igor zerwał się, narzucił na siebie bluzę i wybiegł z domu. Autobus nie nadjeżdżał, do Kraka było kilka przystanków, zaczął biec. Po chwili zorientował się, że nie włożył butów, ma na nogach domowe pantofle, lekko nadprute na palcach. Zrzucił je i biegł dalej boso.

Przyjęcie weselne odbywało się na piętrze motelu „Krak”. Szatniarz widząc bosego chłopaka  natychmiast wyrzucił go za drzwi.  Igor wycofał się, obszedł budynek, stanął pod tarasem i zaczął krzyczeć – Ela, Ela,  wyjdź do mnie na chwilę, ten ostatni raz! Mignęła biała suknia. Po chwili do Igora podszedł elegancki, wysoki mężczyzna.

Dostałem od pana młodego w zęby, należało mi się. Jaki ja byłem głupi. Straciłem kobietę życia, rozumiesz? Straciłem. Do dziś marzę o domu, o porządnej, kochającej  dziewczynie, o wyprasowanej koszuli, o córce z warkoczami. 
Wiesz, ona nosi długie, niemodne warkocze.

  

piątek, 25 lipca 2014

radość w rodzinie

Piszę Wam tu o bardzo osobistych sprawach, czyta ten blog wielu znajomych i prawie cała rodzina, więc uważam, że warto się dzielić takimi wiadomościami jak dziś, poza tym mam tak, że kiedy jestem szczęśliwa, kiedy dowiaduję się o radosnej nowinie, chcę o tym natychmiast wszystkim powiedzieć. 

Ania, nasza kochana kuzynka, po trudnych miesiącach spędzonych w szpitalu urodziła zdrowego, dużego chłopczyka.
Aniu, wszyscy jesteśmy szczęśliwi i bardzo, bardzo się cieszymy!

z cyklu - zrzęda się wymądrza

Kiciul śpi jak zabity na bielutkiej pościeli a Megi zwiedza dom. Co za kot, żeby nie słyszeć obcego tupania! Ale nie ma się co dziwić, pół nocy wisiał na siatce i wrzeszczał, żeby go wpuścić  bo chce sprawdzić czy żyjemy to teraz odsypia.

Jedni zakładają siatki, aby kot nie wypadł z balkonu a my założyliśmy ją, aby się wyspać, ponieważ koty tłukły się do okien jak opętane i biegały tam i z powrotem, z pola i na pole, czasem nawet kilkanaście razy w ciągu nocy. Teraz jest siatka i wygląda to tak – kot wczepiony pazurami w siatkę drze się w niebogłosy, ja nie słyszę bo śpię z drugiej strony domu, Krzysiek nie słyszy bo jego nic nie obudzi i tylko psy sąsiada jazgoczą, nie wiedząc, co się dzieje.

Ale nie o tym chciałam pisać, miało być o przedszkolakach. Lubię, fajne są. Takie kilkuletnie mądrale, jeszcze przeważnie nie zepsute, szczere i bezpośrednie. Ostatnio taki jeden pytał mnie, czy mam wnuki a kiedy powiedziałam zgodnie z prawdą, że nie mam, odparł, że to szkoda, bo niektóre dzieci nie mają babci a przecież babcie są potrzebne do kupowania prezentów.
Celowo napisałam o psuciu dzieci. Czasem mam ochotę wstrząsnąć jedną czy drugą mamą i zawołać – kobieto, co ty robisz! Co ty robisz z tego człowieka, który ci ufa, dla którego jesteś całym światem. Zrobiłaś sobie z dziecka zabawkę, manipulujesz nim, tłamsisz je na każdym kroku.
Nie odzywam się, nie moja sprawa.
Kilkuletni chłopiec, któremu podporządkowana jest cała rodzina. Nie je tego, co wszyscy, odwrotnie – wszyscy mają lubić to, co on. Ale on nic nie lubi. Depcze po stopach, przeciskając się między stołem, zrzuca jedzenie na podłogę. Nie umie samodzielnie jeść. Nie umie nawet gryźć jedzenia. Mówi bardzo niewyraźnie, krzycząc. Matka tłumaczy. Mały rzuca się na podłogę i wyje. Matka stoi koło niego i jęczy – wstań, nie rób tak. Usprawiedliwia się – bo on nie ma tu swojego osiołka. Sama jesteś osiołek – myślę. Wystarcza godzina, by czuć narastającą irytację.
Nic się nie odzywam, nie moja sprawa.

Ale z całego serca dziękuję pewnej mamie, że mogłam poznać jej kilkuletnią córeczkę, która jest rezolutną dziewczynką,  lubi podróżować, potrafi jeść przy stole, rozmawiać i bawić się,  nie usiłuje bezustannie zwracać na siebie uwagi. To mi pozwala wierzyć, że tych niezepsutych dzieci jest więcej.
Nic się dziecku nie stanie, jeśli pójdzie później spać, jeśli spędzimy weekend zwiedzając Polskę, zanocujemy w nie swoim łóżku. Zasady są w tygodniu, w wolnym czasie pozwalamy sobie na luz.
Też tak myślę.

Zaczęłam o tych kotach. Być może miłośnicy kotów będą oburzeni, bo skoro podjęłam się opieki to powinnam im zapewnić odpowiednie warunki. Tak właśnie jest - kot w dzień śpi a człowiek pracuje. Dlatego człowiek musi się wyspać w nocy, a kot niech sobie nocą biega po ogrodzie z innymi kotami, a jeśli się zmęczy bieganiem, ma do dyspozycji wiele bezpiecznych, ciepłych i suchych miejsc, nie ma potrzeby nas budzić.