wtorek, 17 stycznia 2017

dać żyć


  
 Kilkuletnie dziecko z mozołem usiłuje włożyć buty i zapiąć kurtkę. W przedpokoju pełnym wychodzących gości robi się zator. Ciotka łapie malucha, naciąga mu czapkę i zapina suwak. Dziecko tupie i protestuje. Matka bierze malucha na ręce i wynosi z mieszkania. Dziadek wreszcie się pozbierał, musiał usiąść, inaczej nie zawiąże sznurówek a potem z trudem wstał z krzesełka. Zniecierpliwiona ciotka podaje mu czapkę i laskę. 
W drodze ciotka cały czas komentuje - 
jak oni mogą tak wykorzystywać babcię, przecież ona ledwo chodzi, widzieliście, cały czas robiła coś w kuchni, taka staruszka, przecież ona ledwo utrzyma dzbanek z herbatą, już dawno powinna mieć opiekę i spokój. Dziadek też musi sobie sam radzić, chwalił się, że codziennie chodzi do sklepu, macie pojęcie, tam jest przecież kilometr w jedną stronę, ile on z tą laską idzie skoro musi przystawać co kilka kroków?  Jeszcze się kiedyś wywróci, połamie i będzie po dziadku - oburza się. Może powinnam tam częściej zaglądać, zrobić zakupy, posprzątać - zastanawia się. Ale przecież ma bliższą rodzinę, co ja się będę wtrącać. Ale ta bliższa rodzina to jakaś niewydolna, widzieliście jak ta młoda  Tomusia nie ubrała, samo się dziecko męczyło.  

Daj im żyć - mówi wujek i to stwierdzenie jest najcelniejsze. Dać żyć. Nie wyręczać. 

Tymczasem dziadek za nic w świecie nie zrezygnowałby z codziennego rytuału. To wyjście do sklepu - tak, to prawda, zajmuje mu aż dwie godziny. Ubiera się, sprawdza, czy ma pieniądze i klucze, idzie powoli przystając co kilkadziesiąt metrów aby odpocząć. W sklepie albo po drodze zawsze spotka kogoś znajomego. Kupuje niewiele bo od dawna wszystkie zakupy robi wnuczka. Wraca do domu i już jest południe, czas gotować. 
Babcia obiera z trudem warzywa, palce nie chcą słuchać. Czasem w ziemniakach zostają oczka a nawet zdarza się, że w garnku ląduje ziemniak obrany do połowy. Nie robi już domowego makaronu bo nie ma sił wałkować ciasta ale od czasu do czasu robi dla prawnuczka lane kluseczki. Maluch uczy się jeść, z trudem trafia łyżką do buzi, połowa zupy ląduje w śliniaku, na koniec w zniecierpliwieniu porzuca łyżkę i łapką wyjmuje z miseczki marchewkę. Gryzie zawzięcie kawałek mięsa. Tak samo jak dziadek nie lubi miksowanych posiłków. Trzymają sztamę. Jeden drugiego nie poprawia i nie pogania. 

Codzienne czynności - szykowanie posiłku, drobne sprzątanie, wyjście po zakupy, pielęgnacja domowych roślin - to są ważne elementy życia, to jest rodzaj rehabilitacji. Jeśli tego zabraknie, zabraknie celu. Można jeszcze przesuwać paciorki różańca i toczyć po stole piłeczkę. Czekać. Oglądać telewizję. Patrzeć przez okno. Wszystko inne zrobi opiekunka. 

Coś się kończy, coś zaczyna. Jeden się uczy, drugi ćwiczy by nie zapomnieć. Jedne i drugie palce są nieporadne i  nieposłuszne. Trzeba czasu. Prościej jest wyręczyć, szybciej ubrać, nakarmić, zrobić papkę, łatwiej wsadzić  na wózek niż spacerować. Łatwiej założyć pampersa niż wysadzać na toaletę. Tak się kurczy życie krok po kroku. Nie odbierajmy tej łyżki trzymanej samodzielnie, nie zamykajmy drzwi w imię oszczędności sił. Nawet jak się zmęczy to co z tego. Zawsze może się położyć, ale najtrudniej jest wstać bo przychodzi czas, że łóżko z przyjaznego miejsca stanie się więzieniem. 

jedno z najpiękniejszych rodzinnych zdjęć




piątek, 13 stycznia 2017

o wychowaniu i etyce zawodowej

Zamierzałam napisać tu (klik) komentarz ale wyszedł za długi, dlatego postanowiłam artykuł zalinkować i odnieść się do niego u siebie.

Parę lat temu mój pierwszy blog był bardzo popularny i mailowały do mnie różne osoby licząc na opisanie ich sprawy. Bywało różnie, nie mając żadnego dziennikarskiego doświadczenia kierowałam się intuicją i przeważnie czułam, kiedy ktoś usiłuje wyjąć z ognia kasztany moim rękami.
Pewnego dnia dostałam maila od kobiety opisującej krzywdę, jaka spotyka ją w schronisku. Krzywda ta polegała na tym, że tam były wyznaczone dyżury dotyczące czynności gospodarczych, trzeba było sprzątać i gotować. Nie można było również za pieniądze z kieszonkowego kupować papierosów. Należało też szukać pracy.

Nie wiem jak jest teraz ale wówczas ten list mną wstrząsnął bo pojęłam przepaść, jaka mnie dzieli od tej kobiety.

Od najmniejszego dziecka wiedziałam, że każdy bez wyjątku ma obowiązki wobec siebie ale również musi wykonywać  różne prace na rzecz rodziny na miarę swych możliwości.
Pochodzę z rodziny wielodzietnej i nieraz między nami dochodziło do kłótni, nieraz też usiłowałyśmy wynegocjować u mamy zmianę lub zwolnienie z zadania.

Nie będę dziś zmywać naczyń bo zmywałam wczoraj! Nie zamierzam myć podłogi skoro one chodzą po niej w brudnych butach!  Nie pójdę drugi raz do sklepu, niech idzie ktoś inny! 
Mama nie zawsze miała cierpliwość a jej metody wychowawcze były w naszych oczach niesprawiedliwe, okrutne i oczywiście czułyśmy się skrzywdzone. Musiałyśmy opiekować się młodszym rodzeństwem,  pracować w polu a także  dbać o swoje rzeczy. Nikt nam nie czyścił butów ani nie prasował mundurków chyba że na wymianę – na przykład za zrobienie na geometrię modelu graniastosłupa obierałam za siostrę ziemniaki. Za graniastosłup dostałam minus trzy.

Pewnego dnia jedna z nas miała zmyć naczynia po śniadaniu, druga przynieść wody a trzecia drewna. Zaczęłyśmy się kłócić i w sumie żadna niczego nie zrobiła, pod blachą wygasło a na nalepie stały brudne talerze i kubki. Koło pierwszej zaczęłyśmy się kręcić po kuchni i któraś zapytała – mamo a kiedy będzie obiad? Na co mama spokojnie odparła – a z czego będziecie jeść, z tych brudnych naczyń? Nie ma sensu gotować bo przecież nie będziemy jedli prosto z gara jak świnie z koryta!
Ta konsekwencja musiała naszą mamę sporo kosztować bo ja będąc matką nieraz ustępowałam choć i moje dziecko zawsze miało obowiązki. Do tej pory kiedy syn przyjeżdża do nas to rozgląda się co trzeba zrobić albo pyta co jest do zrobienia.

Moja siostra ma czworo dzieci, całe życie obydwoje z mężem pracowali zawodowo  i żadne z nich nie korzystało z pomocy choć uwierzcie mi, nie było im lekko. Czasem szła na zakupy z postanowieniem, że kupi sobie wreszcie coś porządnego i luksusowego, na przykład krem firmy Soraya. Tak, to był dla niej luksus na który przez wiele lat sobie nie pozwalała. Zawsze będąc już w sklepie kupowała coś, co było bardziej potrzebne – coś dla dzieci lub coś do domu. Takich kobiet jest tysiące! Nie ma w tym minimalizowaniu własnych potrzeb nic szczególnego.

Tak samo z wolnym czasem – która z Was, żyjących w zwyczajnych domach,  pracując i mając małe dzieci i dom na głowie oglądała  w telewizji seriale, grała w gry komputerowe i spała ile chciała?
Tak po prostu się nie da bo nie mamy służących.  Nie mam nic do ludzi, którzy wiodą luksusowe życie, sama bym chciała mieć dużo pieniędzy, dwa domy i służbę, ale nie mam, trudno.
Dlatego to wszystko, o czym piszę teraz Wam, napisałam do tamtej osoby chcąc jej jakoś uświadomić, że w normalnym domu też ma się masę obowiązków a  mało czasu dla siebie,   radość czerpie się z codzienności  – gdy dzieciak się wygłupia, gdy zakwitnie kwiatek na parapecie i gdy uda się ciasto.
Czasem o tym myślę – może tam się coś działo a ja nie zareagowałam, ale rozum mówi mi, że od tego są zawodowe instytucje a blogerki są od pisania pamiętnika, choć często na blogach jest więcej etyki niż na profesjonalnych portalach.