wtorek, 3 marca 2015

obgadujemy matki

Jak nie ma o czym pisać to pewnym tematem są: koty, kwiatki, pogoda i matki. Inspiruję się tym blogiem 
Mamusie są różne i myślę sobie (na swoje usprawiedliwienie oczywiście) że kiedy wreszcie dotrze do nas, że matka jest zwykłym człowiekiem a nie Matką Boską, MakGajwerem (nie poprawiać), Bankomatem, Wikipedią, Perfekcyjną Panią Domu i Magdą Gessler w jednym, poczujemy się najpierw rozczarowane a potem będzie tylko lepiej.

Zaczynam od siebie  oto przykład szantażu emocjonalnego na dorosłych dzieciach.

Jak na przyjęciu będzie ten osobnik to ja nie idę! 
Nastąpiła cisza. Tu uwaga - może się zdarzyć, że usłyszycie wtedy - to nie idź!
Dla wzmocnienia efektu dodałam
I mi serce pęknie!



piątek, 27 lutego 2015

sposób na zmartwienie

Są różne sposoby na zmartwienia. Przypomniał mi się napis nad bufetem w klubo-kawiarni – Na tęsknotę i frasunek wypij kawę a nie trunek! Trochę na wyrost bo kawy w klubie nie było nigdy a trunki były tylko wtedy, gdy któryś chłopak ukradł z domu flaszkę.

 I teraz nie wiem, czy pisać o klubo-kawiarni czy o zmartwieniach bo ten przybytek na pewno nie kojarzy mi się z kłopotami tylko z młodością, zabawą i radością a kłopot miałam tylko raz jak dostałam od matki szmatą przez łeb bo miałam iść na nieszpory a grałam w klubie w karty i matka nie zrozumiała tłumaczenia, że karta dobrze szła a zegarek przeciwnie. Ale takie radykalne rozwiązanie sprawy było całkiem niezłe, szmatą przez łeb i koniec, już się potem do tego nie wracało.

Czasem trzeba podjąć życiowe decyzje i mam wrażenie, że im starsza jestem tym mi  trudniej. Pewnie to wynika z doświadczenia. Nie wiem, czy będzie lepiej czy gorzej, na pewno będzie inaczej. Nauczyłam się już dość dawno temu, że nie ma sensu zamartwiać się czymś, co za kilka dni nie będzie ważne. Ale sprawa, która nie daje mi spokoju, jest ważna.

Dobrze mi się myśli na spacerach ale jeszcze lepiej, gdy sprzątam. Może to jakiś symbol a może po prostu przedwiośnie, czas, gdy wszystko jest brudne, szare, ponure,  do tego siąpi deszcz i od paru dni nie widać odrobiny słońca.

Wypucowałam okna, zmieniłam pościel i ręczniki i zabrałam się za bebeszenie lodówki. Podobno tych nowych lodówek już się wcale nie rozmraża, nie znam się na tych nowoczesnych sprzętach bo moja chłodziarka ma 10 lat i spisuje się znakomicie, trzeba tylko od czasu do czasu odmrozić zamrażalnik i umyć ją. Nic szczególnego, to po prostu jeszcze jedna szafka na żywność.

Krzysiek, przyzwyczajony do robienia hurtowych zakupów przynosi do domu zapasy jak na wojnę. Panie Piotrze O, wiem wiem, powinnam się cieszyć. Cieszę się jak młody pies pchłami, oprócz kilogramów mięsa i sterty woreczków z warzywami znalazłam  w zamrażalniku zeszłoroczne truskawki, koperek i kawałki kociego mięsa, które naszykowałam przed wyjazdem do sanatorium. Nie z kota tylko dla kota,  u nas się dzieli porcje na kocie, jeżowe i ludzkie.

Kiedy już wszystko było umyte, wytarte i z powrotem poukładane, zrozumiałam, że zbyt trudne sprawy rozwiązują się same, trzeba tylko czasu a zamartwianie się nimi nic nie pomoże.  Przy okazji mam porządnie posprzątane.  



poniedziałek, 23 lutego 2015

jak się pozbyć kurzajek

Tytuł jest dla zmylenia. Nie róbcie tego co robiłam!

Zacznę od początku czyli od chodzenia w klapkach i sandałkach. Lubię, bardzo lubię mieć zadbane stopy i pilnuję, aby nie mieć odcisków, wykoślawionych palców i popękanych pięt. Obklejam pięty plastrami zanim mnie nowe buty obetrą i  zużywam więcej kremu do stóp niż do reszty ciała. Zimą dają paznokciom odpocząć i mam niepomalowane.  Latem częściej patrzę ludziom na nogi niż na twarze.

 Kiedy jesienią dostrzegłam na swej podeszwie brodawkę, zdziwiłam się. Bo skąd się wzięła tak nagle i jak mogłam przeoczyć, i przecież kosmetyczka robiąc mi pedikiur nic nie mówiła, to jak to tak? 
 Stwierdziłam, że ze zdrowiem moim i mojej rodziny wszystko w porządku skoro przejmuję się takim byle czym i oczywiście poszłam po radę do doktora Gugla.
Miałam do wyboru - obcinanie żyletką, wygryzanie zębami, polewanie żrącą substancją, smarowanie jaskółczym zielem, pocieranie o posadzkę w kościele w czasie podniesienia.  Mogłam też iść do dermatologa lub do apteki i kupić jakiś środek.
 Przypomniało mi się, jak szwagier wycinał sobie coś sam i potem o mało mu nie amputowali nogi i dlatego zatrzasnęłam laptop po godzinie czytania internetowych porad. Pomyślałam sobie, że poczekam na to jaskółcze ziele, choć ja w żadne zioła nie wierzę, rumianek mam w domu bo lubię zapach rumiankowej herbaty.

Ale diabeł mnie kusił i nie mogłam przestać myśleć o tym dziadostwie, zwłaszcza wieczorem przy smarowaniu stóp kremem. Pewnego razu nie wytrzymałam i postanowiłam zastosować jedną z miliona porad. Znalazłam w pudełku z przyborami do szycia metalowy drucik z haczykiem.  Nie wiem, skąd u mnie przybory do szycia i szydełko, ja szyć nie umiem i nie lubię, szydełkować jeszcze bardziej nie umiem, może to pozostałości po tym, gdy byłam Azjatką i miałam znakomity wzrok i zręczne palce.
Wzięłam to szydełko i porządnie je rozgrzałam nad palnikiem gazowej kuchenki. Mogłam iść do garażu po lutownicę ale zimno było a ja byłam po kąpieli. Rozpaliłam więc ten drut i wiadomo co. Rozszedł się po domu smród spalonej skóry. Nie, nic nie bolało bo te brodawki nie są unerwione. Ciach i gotowe.

Po tygodniu na podeszwie zrobiła mi się druga kurzajka, a ta niby wypalona wyglądała na dorodniejszą.  No, jaka wredna, jednak powinnam była iść po lutownicę.


I tak przeminęła zima a ja miałam inne sprawy na głowie i zapomniałam o brodawkach na stopie, aż wczoraj patrzę i oczom nie wierzę więc poszłam po lupę i patrzę – nie ma śladu po kurzajkach, same poznikały. W sumie dobrze, że nie poszłam po lutownicę.