czwartek, 4 czerwca 2020

znów o tej pracy

Nie mamy zbyt wielu gości (zapraszamy, zapraszamy!) dlatego robimy inne rzeczy, pisałam tu już, że doczyszczamy studenckie pokoje kiedy lokator się wyprowadza. Robota jak robota, nie żalę się bo nadal nie stałam się sprzątaczką tylko mam taką pracę. Co innego gdybym miała taki stan umysłu.
 
Często rozmawiamy  z koleżankami o tych pokojach   i zgodnie twierdzimy - jak można mieszkać w  brudzie. Niektóre pokoje są w miarę czyste ale zdarzają się niestety takie, gdzie nie podpisujemy karty odbioru, ponieważ pomieszczenia a zwłaszcza łazienka są zarośnięte brudem. Tacy lokatorzy potrafią powiedzieć - a co pani będzie robić? Bardzo zainteresowani i troskliwi aby nam nie zabrakło pracy.
Nie daje mi to spokoju bo naprawdę nie pojmuję - jak można żyć w brudzie.

środa, 3 czerwca 2020

o podwózce do orki

Okazało się jakiś czas temu, że tą samą trasą do tej samej firmy jeździ jeden z panów portierów. I pan ów zaproponował mi podwózkę w te dni gdy będziemy mieć zgodność w grafiku.
Ale ja nigdy nie pamiętam o tym. Zawsze szykując się rano do autobusu zostawiam sobie pięć minut wolnego czasu gdyby trzeba było jeszcze iść do łazienki albo czegoś poszukać albo zepsuł się suwak albo kot chciałby wejść albo wyjść albo coś.
 Kiedy byłam młoda to czasem zrywałam się z łóżka dwadzieścia minut po budziku, wrzucałam na siebie pierwsze szmaty z półki jakie były, torba w rękę i biegiem na przystanek, czasem dopiero w autobusie zawiązywałam buty. Ale to było dawno gdy mogłam spać jak nieboszczyk.  Teraz śpię jak niemowlę czyli ciągle się budzę aż w końcu wstaję bo ile można leżeć, mam czas na prysznic, fejsa, kawę, makijaż i robienie kanapek. I te pięć minut mi zostaje.
Wczoraj siedzę gotowa do drogi i coś mnie tknęło aby spojrzeć w okno. A tam czeka samochód pana Mariana. Zaklęłam brzydko, porwałam torbę i pobiegłam do bramy.
A po południu Krzysiek zapytał - coś ty tak rano klęła brzydko? - A bo Mariana zobaczyłam.

wtorek, 2 czerwca 2020

dzwoni lekarz do baby

Będzie dużo chyba że znów mnie ktoś oderwie od pisania i porzucę, ale to nic nie szkodzi bo wszystkie moje niedokończone wpisy są w archiwum i któregoś dnia wydobędzie je ktoś, a wtedy będzie zabawa. Albo nie.

Zaczynamy. Jeszcze tylko uciszę psa zza muru bo jazgocze od godziny, Już i tak sąsiedzi straszą mną dzieci to się nie ma co czaić. Ogłaszam - stałam się wiedźmą! Jutro mamy myć okna w akademiku, do tej pory robili to alpiniści ale odkąd latamy na miotłach to damy radę i z tym. 

Chcę napisać, na pamiątkę oczywiście, jak wygląda aktualnie sprawa leczenia. Czyli baba już do lekarza przyjść nie może, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział.

Od chyba trzech lat spławiają mnie ortopedzi uznając, że zmyślam (tak sobie to tłumaczę, bo jednak badania robiłam i wyszło, że nie zmyślam). Od ortopedy do neurologa, badania, do ortopedy, badania, do ortopedy itd. Aż tu w zeszłym tygodniu zadzwonił mój telefon, pan się przedstawił mówiąc że jest ortopedą i gdybym tak przyniosła mu prześwietlenie dłoni i zaświadczenie od lekarza rodzinnego że może mnie operować to mi zrobi ten zabieg w czwartek. W czwartek o piętnastej pięćdziesiąt. Był poniedziałek to czasu aż zanadto, dlatego ustaliliśmy szczegóły - skierowanie będzie w recepcji, zdjęcia robią od razu, nie odbiera się tylko trafiają do pana doktora. Ok.

Do brzegu daleko, wybaczcie.
Rano zrobiłam te zdjęcia, zapisałam się do lekarki rodzinnej  i resztę dnia spędziłam na rozważaniu - powiedzieć w firmie czy nie bo to jednak parę dni zwolnienia będzie więc trzeba takie rzeczy mówić, ale z drugiej strony jeśli znów coś nie wypali to będzie jeszcze większe zamieszanie.
Lekarka rodzinna najpierw przeprowadza wywiad przez telefon (wróć, najpierw wywiad przeprowadza pani pielęgniarka) a dopiero potem lekarz. Zostałam zaproszona do ośrodka na konkretną godzinę. A tam wiadomo, pomiar temperatury i te wszystkie procedury jak wszędzie. Kto nie wie jak to się odbywa to mu dopiszę. I ja myślałam, że to będzie szybko a tu się okazało, że nie. Bo trzeba zrobić to badanie co zakładają na człowieka takie kable a drukarka drukuje zygzaki.

Zyg zyg zyg i pani pielęgniarka poszła do pani doktor bo się okazało, że coś nie wyszło. Z tego powodu dostałam pilne skierowanie do kardiologa choć ja myślałam, że powinni raczej wezwać informatyka do tej drukarki która źle drukuje. Ale kazały mi poleżeć i za drugim razem zygzaki wyszły spokojniejsze.

Na razie skierowanie schowałam do teczki z podpisem "skierowania do wszystkich specjalistów na świecie" bo przecież już wkrótce miałam iść z tą bolącą ręką do ortopedy.
Tam w szpitalu też są procedury takie jak wszędzie, jak ktoś chce to mu napiszę ale chyba wszyscy wiedzą. Termometry są bezdotykowe, nie dajcie się nastraszyć że się je wtyka w różne miejsca.

Siedziałam w poczekalni godzinę i żarłam się z innymi pacjentami, którzy nie mogli uwierzyć, że mam na piętnastą pięćdziesiąt bo nie ma takiej godziny. Pani pielęgniarka przyszła z informacją, że pan doktor się spóźni, no trudno. Trudno to jest nam bo skoro jestem umówiona na konkretną godzinę i drą się na mnie inni pacjenci a ponoć mam mieć robiony zabieg którego nie robi się w 10 minut to nie mogę się ruszyć spod tych drzwi.  W końcu byłam tak skołowana że obawiałam się, że pomyliłam termin.
W końcu pan doktor przyszedł spóźniony półtorej godziny. Stwierdził, że jednak tego nie będzie robił bo potrzebuje jeszcze dodatkowych badań i konsultacji u neurochirurga, a w sumie te badania są stare i da mi skierowania na nowe. Na to badanie z zygzakiem nie spojrzał bo przecież nie miał zamiaru robić zabiegu. I do widzenia. Może za dwa lata się spotkamy a może nie. 

Wówczas przypomniałam sobie o moim sercu. Na drugi dzień dzwoniłam i dzwoniłam ale się nie dodzwoniłam więc po pracy poszłam do takiej przychodni gdzie przyjmują na fundusz mając nadzieję, że mi wyznaczą termin na przyszły rok. Bo gdzie indziej są terminy dłuższe.
Ale na skierowaniu było napisane to co wyszło w tym badaniu zepsutej maszyny robiącej zygzaki. Dlatego już dziś dzwoniła do mnie pani kardiolog i robiła ze mną wywiad akurat w czasie gdy doczyszczałam studencki pokój.
Nie gniewajcie się ale muszę to napisać bo sobie zapomnę, to jest całkowicie nie na temat. Kiedy doczyszczam studenckie pokoje to mówię sobie, że to jest kara za grzechy  młodości kiedy bezlitośnie uwodziłam i porzucałam bladych i nieśmiałych młodzieńców. To mi pozwala nie kląć zbyt głośno.
No i dalej o tym leczeniu na telefon. Dyszałam do telefonu jak zboczeniec ze złości oczywiście i ze zmęczenia trochę też, kto widział pokój studencki przed wakacjami to mnie zrozumie. Pani doktor wypytywała mi się przez telefon o bardzo osobiste rzeczy. Na przykład od kiedy boli mnie serce. No odkąd nie mam pieniędzy, co to za pytanie.

Ale że ja się mam leczyć na serce z powodu ręki?







sobota, 30 maja 2020

o drobnych przyjemnościach

Wiosną kupuję jednoroczne kwiaty. I za każdym razem powtarzam, że w tym roku nie będzie ich dużo bo kto by to latał z konewką? Ale zawsze tak jest, że najpierw jedziemy na giełdę i tam kupujemy mniej więcej to, co planuję posadzić. Na pewno komarzycę, na pewno pelargonie, lobelie, begonie. Oprócz tego coś mnie zauroczy, ktoś mnie namówi. Na to białe, na to żółte, na to z drobnymi kwiatkami, na to co tak pachnie.

Potem zgarniamy przecenione "biedy" z marketów. I na początku czerwca mówię - dość, bo kto będzie latał z konewką!
Nie wszystkie rosną zdrowo, niektóre smakują ślimakom, innym nie odpowiada stanowisko. Inne chcą nas zadusić. Mam przykład z roślinnością pod schodami - co to ma być? Które wyciąć? Wszystkie rośliny w tym miejscu rosną jak głupie, wszystkim przycinanie służy a do domu już niedługo nie da się wejść.

Za to w domu od paru lat nie mam żadnej rośliny. Można zajrzeć w archiwum, ile tego było w każdym pomieszczeniu. Było ale się skończyło bo czułam się jak w oranżerii, wszędzie pełno doniczek, ściany obwieszone zielenią. Pewnej wiosny powynosiłam wszystkie pod wiatę, niektóre od razu spaliło słońce, inne przetrwały do zimy ale do domu już nie wróciły. Zostały po nich tylko duże donice. Jak się ma ogród to wystarczy spojrzeć przez okno.

Lubię. Przyznaję się - lubię patrzeć, jak z małej rośliny wyrasta dorodny krzak. Lubię. Mówię nieraz - na to trzeba uważać, tego nie rozsadzać bo to jeszcze dzieciak, na to poczekać rok czy dwa i dopiero pokaże się w całej okazałości. 

*
Z najświeższych odkryć - sportowe buty. Kto by to pomyślał, ja taka pindzia byłam dawniej, spódniczka ołówkowa, szpilki, tusz na rzęsach. A teraz odkryłam Conversy! Czemu mi nikt wcześniej  o nich nie powiedział. Pasują do wszystkiego. Tak sobie mówię bo kto mi zabroni zakładać trampek do spódniczki.  Generalnie chodzi o to, że jak się w czymś dobrze czuję to nie muszę naśladować innych. 

Krówki - dostałam w prezencie. Zawsze uważałam krówki za takie nic - bo co może być dobrego zrobionego z mleka i cukru. I nawet wyśmiewałam się, że krówkami to można sprawdzać szczelność plomb.  Dziś dopiero spróbowałam. Z wierzchu krucha, w środku miękka. Ach, jakie to pyszne, trzymajcie mnie żebym nie zjadła wszystkich jedna po drugiej. 

Ludzie, jak macie jakieś fajne wypróbowane rzeczy to piszcie mi tu:))).