środa, 12 sierpnia 2020

środa

Nie wiem o czym pisać. Pracuję, a wiecie, klimatyzacji nie ma, pot leje się ciurkiem. Mokre plecy, mokra twarz, ciągle się boję że nie pachnę zbyt pięknie a przecież nie jestem sama w pracy. Co jakiś czas odświeżamy się ale to niewiele daje.
Lubię moje koleżanki, nareszcie trafiłam na ekipę, że można się powygłupiać i nikogo to nie razi.
Mamy takiego gościa, który mieszka u nas bardzo często, zostaje na wiele dni i zawsze jest sam. Jest czarujący i przystojny. To jest taki typ, że każda kobieta czuje się w jego obecności wyjątkowa ale my już niestety wyznałyśmy się na tych sztuczkach i wspólnie ustaliłyśmy, że ten pan czaruje każdą!
Ale wiecie co, fajnie tak widzieć z rana faceta który uśmiecha się jakby miał przed sobą Salmę Hayek.
Inny facet mieszkał tydzień, zostawił po sobie straszny brud, aż powiedziałam, że niektórzy ludzie to nie powinni być wpuszczani nawet do chlewa. Na szafce nocnej położył cztery grosze po groszu. Cham po prostu. Ale cóż, taka praca.

Czarującego wieczoru, i nie gniewajcie się że nie pisałam tak długo ale potrzebowałam czasu żeby się pozbierać.

sobota, 8 sierpnia 2020

a jutro niedziela

Hania zobaczyła dziadka i mnie stojących wśród tłumu żałobników. Przyszła, podała mi rączkę i uśmiechając się ufnie oznajmiła - mam dla cioci białe piękne kwiatuszki, pożegnam się i powiem kocham cię ciociu. Tak oto ta mała dziewczynka przerwała moje zapadanie się w ciemność. Potem oczywiście nie zważając na powagę sytuacji powiedziała, że chce siku i dzięki temu wszyscy wokół zrozumieliśmy, że świat nie stanął w miejscu.

W drodze powrotnej między Piotrkowicami a Tarnowem Krzysiek spostrzegł na niebie halo. Na litość boską, nie patrz na niebo tylko na drogę bo nas pozabijasz! 
Halo, czyli tęczowy skrawek w niewielkiej odległości od słońca.
Aśka siedzi na chmurce i nas żegna - oznajmiłam. Aśka, jak już tam siedzisz to uważaj na nas, bo wiesz jaka droga do Krakowa - powiedziałam.
Halo towarzyszyło nam jeszcze przez kilkanaście minut a potem zniknęło.

Dziś byłam w pracy od rana. Upał niemiłosierny, w budynku nie ma klimatyzacji więc wysiłek szczególnie trudny.
- Aśka, jak tam siedzisz na chmurce, majtasz nogami i odpoczywasz to weź mi trochę pomóż, co tak będę sama te pokoje sprzątać - powiedziałam.
Po jakimś czasie przyszła pani recepcjonistka z informacją, że mam do sprzątania o jeden pokój mniej bo goście postanowili przedłużyć pobyt.

I tyle na dziś.
Dziś też Cię kocham :).


środa, 5 sierpnia 2020

Asia, moja siostrzyczka.

Moi Kochani, z całego serca dziękuję Wam za słowa wsparcia i za współczucie.
Miejcie do mnie cierpliwość. Ludzie myślą, że mam serce z kamienia bo nie płaczę a ja mam po prostu pregabalin. Nie płaczę ale czuję ogromną potrzebę wygadania się, a najlepszym sposobem będzie pisanie.
*
Ona już chodziła do szkoły a ja nie. Kiedy moje siostry wychodziły rankiem z domu, bardzo im zazdrościłam a popołudniami ciągle prosiłam, aby bawiły się ze mną w szkołę. Jasia, starsza ode mnie o cztery lata,  była "nauczycielką" a ja oczywiście uczennicą. Ta zabawa w szkołę trwała dwa lata i kiedy miałam sześć lat, umiałam nie tylko czytać ale również pisać.
Chciałam chodzić za Jasią wszędzie - do koleżanek - do Marysi, do Basi, do Grażyny. Czasem mnie zabierała a czasem nie i o to były kłótnie.
Była bardzo aktywną uczennicą - śpiewała w szkolnym chórze, brała udział w olimpiadach i konkursach. Byłam taka dumna kiedy na szkolnym apelu wraz z koleżankami przedstawiły układ z wstążkami - ubrane na czarno-biało tańczyły i śpiewały "Czarne wrony czarno kraczą".

Była bardzo szczupła, miała prawie białe warkoczyki i wielkie, niebieskie oczy. I czarne rzęsy. Z tymi rzęsami to miałyśmy uciechę dużo później bo żaden tusz nie chciał się na nich trzymać, nawet miałyśmy takie powiedzenie "jesteś rozmazana jak Jasia". Ale na razie była małą dziewczynką i uczyła się gry na akordeonie. Z trudem nosiła do szkoły ten wielki, ciężki instrument i wytrwale ćwiczyła.

Pracowała w polu. Umiała kosić zboże, umiała doić krowę, nosić wodę na nosidłach i ciąć drewno ręczną piłą. Rozpalić pod blachą i ugotować pierogi. To wszystko robiła dziewczynka z podstawówki.

Uczyła się bardzo dobrze, miała same piątki i bez trudu dostała się do Studium Wychowania Przedszkolnego w Tarnowie. To była bardzo prestiżowa, sześcioletnia szkoła.

Ale daleko a dojazd kiepski. Nie wiem kto to wymyślił, jak teraz o tym pomyślę to mi się serce kroi. Jasia zamieszkała u ludzi, którzy w zamian za pokój oczekiwali, że będzie odprowadzać ich dziecko do przedszkola a po szkole będzie pomagać pani domu. Boże, czternastoletnie dziecko, które samo miało ogromnie dużo nauki.

Kolejnych czterech lat prawie nie pamiętam. Wiem na pewno, że to mieszkanie za pomoc w domu nie trwało długo. Potem aż do ukończenia szkoły mieszkała z przyjaciółkami na stancji.

Przed maturą Jasia była Niną - szczupłą, piękną dziewczyną, koło której kręciło się wielu wielbicieli. Oprócz gry na akordeonie umiała już wtedy grać na pianinie i na gitarze. Jeździła na obozy, na praktyki i zawsze przywoziła stamtąd nowe piosenki. Siedziałyśmy pod domem, Nina grała na gitarze a my śpiewałyśmy do później nocy.

Nie miała łatwo w szkole. Stypendium nie wystarczało na nic, w domu była bieda i w kraju była bieda. Mieszkanki stancji gotowały gar zupy i ja się tą zupą też częstowałam kiedy już jeździłam do swojej szkoły.
Pewnego dnia wpadłam pod autobus. Byłam wtedy w drugiej klasie. Jakoś tak nieszczęśliwie się zdarzyło - tłum chcących wsiąść do ostatniego autobusu popchnął mnie no i stało się - moja noga trafiła pod koło. Ja trafiłam do karetki. Potem noga w gips. Koło północy ktoś (co za czasy, przecież byłam nieletnia) zapytał, czy mam kogoś w mieście. Powiedziałam że mam i tym sposobem karetka zawiozła mnie najpierw na stancję do siostry. Kierowca karetki tłumaczył, że musi być ktoś z rodziny do opieki żeby mnie odtransportować.
Był luty. W Jodłówce na ścieżce śnieg i lód. Od drogi do domu jest kilometr pod górę. Trochę mnie niósł kierowca na plecach ale było ciemno i się wywrócił.  Potem usiłowała mnie nieść siostra i oczywiście również się wywróciła, rozcinając na lodzie dłoń.
Wreszcie jakoś dotarliśmy do domu.  Moja siostra wróciła z kierowcą karetki na sor bo potrzebowała opatrunku. Często to zdarzenie wspominałyśmy bo miała bliznę na dłoni i na kolanie a ja nie miałam śladu po tym wypadku, noga się zrosła.

Za to w wakacje się odkułyśmy bo ja dostałam podwójne odszkodowanie i przehulałyśmy je jeżdżąc z gitarą po Polsce.

A potem Nina skończyła szkołę i została nauczycielką, panią Asią. Mieszkała wraz z koleżanką w wynajętym pokoju na wsi. Tam poznała swojego męża.
Wtedy nasze drogi się rozeszły. Ja pracowałam w Krynicy, Asia wyszła za mąż. Nie miałyśmy telefonów, pisywałyśmy do siebie listy.
A potem ja wyszłam za mąż. Miałyśmy małe dzieci, mieszkałyśmy w okropnych warunkach a i tak jedna drugą odwiedzała. Jakie to były dobre spotkania. Kładłyśmy dzieci spać i gadałyśmy aż do świtu.
Asia była nauczycielką, kochała swoją pracę, cały czas się dokształcała. Ciągle coś tym dzieciakom ze szkoły malowała, wycinała, lepiła. Czasem mówiłam z politowaniem - ze swoimi się nie bawisz tylko z cudzymi! Ale to nie była prawda. Asia kochała swoje dzieci i zawsze była po ich stronie.
Żyli niezwykle skromnie. Najmłodszego syna woziła do przedszkola w koszyku na rowerze - zima -lato.
Nie wiadomo kiedy dzieci urosły. Co to był za gorący czas, te matury, te miłości, wreszcie te wesela!

Asia zaczęła podróżować. Nie dla rozrywki. Usiłowała łatać domowy budżet pracując za granicą.   Urodziła się pierwsza wnuczka. Wy wiecie jak my kochamy swoje wnuczęta.  Asia potrafiła opowiadać godzinami o Olusi. Potem oczywiście o każdym wnuczęciu ale z tą Olusią to były cztery światy bo Aśka tak za nią tęskniła, że latała do Norwegii tam i z powrotem.

Emerytura. Jak to możliwe. A no możliwe. Tak wyszło, Asi etat był potrzebny dla kogoś młodszego. Rozpaczała bo kochała pracę z dziećmi.
Pewnego dnia, a byłam już wtedy popularną prawie wszystko mogącą   blogerką zabrałam swój laptop, pojechałam do siostry i zarządziłam - założę ci bloga i masz pisać!
I tak powstał "Jeden uśmiech jedna łza". Najpierw ostrożnie, potem coraz śmielej - Aśka zaczęła pisać wiersze. Tak się obie z tego zaśmiewałyśmy przez kilka lat aż wreszcie zobaczyłam, że Janina bardzo się rozwija, cały czas bierze udział w warsztatach, utrzymuje wiele kontaktów, publikuje, i to wszystko daje jej radość.

Pisałam tu o jej chorobie. Pisałam, jak jeździłam do krakowskiego szpitala, jak się martwiłam, jak się cieszyłam bo wszystko dobrze się skończyło.
Asia wróciła do domu, chodziła z psem na długie spacery, jeździła na rowerze,spotykała się rodziną i ze znajomymi. Cały czas w ruchu, cały czas pogodna, życzliwa, spokojna. Pisała i nie nazywała tego pracą. Wydawała tomiki wierszy, publikowała w antologiach. Na spotkaniach z czytelnikami zawsze starannie przygotowana.
 Elegancka, często z rozmazanym tuszem. Bo umiała śmiać się do łez i płakać ze wzruszenia.

Wiedziała, że umiera. Tak bardzo ukochała naszą Jodłówkę, że prosiła, aby tam ją pochować. Żeby siostry miały blisko ją odwiedzać. I tak się stanie.
Kochani, jeszcze raz dziękuję za ciepłe słowa w ten trudny czas.







wtorek, 4 sierpnia 2020

bez pożegnania


Dziś rano dostałam wiadomość. Ciociu, mama nie żyje. 

A jeszcze wczoraj mówiłam do mojej siostrzenicy spokojnym głosem – kochanie, nie płacz, ludzie tak szybko nie umierają. Bo nie chciałam uwierzyć w nagłą śmiertelną chorobę.

I umarła. To jest takie dotkliwie bolesne i  niesprawiedliwe.  Nie mogłyśmy się pożegnać, nie mogłam zrobić nic, tylko czekać i prosić w myślach – żyj, błagam, żyj. Jeszcze w zeszłym tygodniu mówiłam – Asiu, damy radę, będę u Ciebie codziennie jeśli Cię tylko przewiozą do Krakowa. A Ona powiedziała spokojnym głosem – teraz nie ma odwiedzin, nie zobaczymy się.
My jesteśmy bardzo mocno związane i dla mnie to straszny cios. Dla mnie i dla całej rodziny. Taka piękna, mądra i dobra. Radosna. Tak nas wszystkie umiała ogarnąć. Taka dzielna. Taka odważna. Zdolna. Umiała grać na kilku instrumentach, pięknie śpiewała, pisała wiersze. Była tu na tym blogu nieraz, komentowała. Prowadziła blog "Jeden uśmiech jedna łza". Czytała swoje wiersze dzieciom w bibliotekach. 

A teraz umarła. Ja nie wiem jak sobie z tym dam radę. 

sobota, 1 sierpnia 2020

pozdrowienia z Krakowa

Pozdrowienia z Krakowa

Zarobiona jestem. Wstaję o piątej, wracam do domu o szesnastej, często później.  Nie mam sił gotować ani jeść, kto pracuje fizycznie w tym upale to zrozumie dlaczego się żalę. 

Malin szkoda więc wczoraj robiłam dżemy, dziś trzeba było jechać po  podstawowe zakupy, sprzątnąć dom, zrobić porządniejszy obiad i już trzecia. Może jutro odpocznę a może nie. Nie ja jedna tak mam. Mnie przynajmniej dzieci nie płaczą:). 

Nie chcę Was oszukiwać ani martwić, wiem, że wiele osób zagląda tu codziennie w nadziei, że coś nowego napiszę. A co ja mam pisać jak u nas zmartwienie jedno za drugim a do tego prośby i groźby - nie pisz o rodzinie, nie pisz o pracy, nie pisz o znajomych, nie pisz o sobie. No to mogę pisać o pogodzie i o kwiatkach. 

Staram się być rozważna. Staram się myśleć racjonalnie. Trzymać się, pocieszać innych i studzić emocje. W naszej rodzinie trudny czas, trzeba być dobrej myśli a to niełatwe. Nie czas na blogi. 

Dziś też Cię kocham.