Będzie bardzo osobiście. O uczuciach pisze się niełatwo. Jeśli ktoś jest wrażliwy to być może zapłacze. Łatwiej byłoby mi uogólnić temat i rozłożyć ciężar na czytelników pisząc w liczbie mnogiej, ale nigdy tego nie robię i tym razem też się nie pokuszę bo "nie jesteśmy robieni na taśmie". Cytuje samą siebie. Trudno mi się pisze bo leki, bo guz, bo zawieszam się i gapię na szerszenie tańczące na bzie, na sikorki zawzięcie wydziobujące słonecznik, na przepiękny rześki letni poranek.
Kiedy umarł tata, mama leżała w Krakowie na kardiologii przed poważnym zabiegiem i na mnie spadł ciężar przekazania tej wiadomości. Poprosiłam wtedy lekarkę, która była na dyżurze, aby otoczyła mamę szczególną opieką i tak się stało. Był ze mną dorosły siostrzeniec. Usiadłam koło mamy, otoczyłam ją ramionami i wyszeptałam do ucha - mamuś, muszę ci to powiedzieć, tata nie żyje.
Siostrzeniec, który bardzo babcię kocha, również przytulił się do nas i tak płakaliśmy chwilę obejmując się.
Funkcjonowałam normalnie wykonując swoje obowiązki. Pogrzeb był ładny, pełen modlitwy, bez histerycznych szlochów. Wydaje mi się, że tamten moment w szpitalu był dla mnie najważniejszy w żałobie. Teraz wiem, że nie przekazałam mamie wiadomości o śmierci męża tylko prośbę o pocieszenie w rozpaczy - tata nie żyje. Żałobę przeżyłam łagodnie, często zapominałam o stracie taty lub nagle się buntowałam - to kto mi nasuszy grzybów!
My się kochamy zimą i wiosną ja się nie rozstanę z ukochaną siostrą..
W podstawówce mieliśmy taki skecz oparty na tej piosence i potem już zawsze ją nuciłam.
Śmierć siostry była dla mnie strasznym ciosem. Wiadomość dostałam w pracy i rozpaczałam tak, że nie mogłam się długo opanować, aż przyszła kierowniczka i zapytała, czy chcę wolne na resztę dnia. Nie chciałam bo przecież moją pracę musiałyby wykonać koleżanki. Płakałam ścieląc łóżka, płakałam po pracy pod prysznicem, łzy lały mi się same po twarzy na przystanku i w autobusie.
Z żadną z sióstr nie dało się spokojnie rozmawiać bo każde zdanie przerywał płacz, wszystkie byłyśmy jednakowo zrozpaczone. We mnie był bunt, niedowierzenie, żal. Jak mogłam nie przewidzieć, jak mogłam się kłócić, czemu nie pojechałam, Asiuniu, miałyśmy przecież..
Wzięłam z pracy urlop na pogrzeb. Tłum w kościele, tłum na cmentarzu. Przy tym wszystkim dzień taki jak dziś, słoneczny i pogodny. Patrzyłam na łagodne wzgórza i nie pamiętam z tego pogrzebu prawie nic. Utkwiła mi w pamięci tylko jedna scena z kościoła - trzech mężczyzn w czarnych garniturach, ojciec i dwóch synów, stali wyprostowani w pobliżu trumny i płakali.
Nie mogłam się pozbierać bardzo długo. Byłam wyczerpana płaczem. Potrzebowałam słuchacza i opowiadałam o siostrze w domu i w pracy. W autobusie i na blogu. W rozmowach telefonicznych i w mailach. Płakałam chyba miesiąc codziennie. Potem mniej - gdy zobaczyłam zdjęcie, gdy ktoś wspomniał. Rok po pogrzebie pojechałam na cmentarz i wtedy się pożegnałam naprawdę. Uwierzyłam, pogodziłam się ze śmiercią, wypłakałam się. I wtedy dopiero Asia zaczęła mi się śnić. Zawsze uśmiechnięta, spokojna. Młoda, taka piękna i młoda jak wtedy, gdy z plecakiem i gitarą beztrosko pojechałyśmy we dwie na wakacje do cioci na Zachód.
Czasem proszę ją o pomoc.
Były jeszcze trzy pogrzeby w rodzinie w tym krótkim czasie.
Kiedy dowiedziałam się o swojej chorobie, łatwo nie było, ale trzymam się pierwszej myśli - ja im jeszcze nie umrę, muszą jeszcze odpocząć, za dużo tej żałoby.