poniedziałek, 28 lutego 2011

co mi utrudnia życie

Będzie o modzie i o higienie. Już się cieszę, bo moje młode czytelniczki złapią się za głowę kiedy napiszę, że doskonale pamiętam czasy, gdy nie goliło się nóg i pach. Uwielbiam te komentarze pełne zdziwienia i nie mogę się ich doczekać, dlatego cyklicznie zamierzam pisać o tym, jak to dawniej bywało, gdy Klarka siedziała na drzewie i się czochrała plecami o pień.
Oglądając uważnie polskie filmy można dostrzec pod pachami aktorek kępy włosów i zarośnięte łydki i nikogo to wówczas nie raziło.
Swoje doświadczenia z depilacją wspominam jak drogę przez mękę. Nogi pocięte żyletką tak, że z ran ciurkiem lała się krew. Wrastające włoski, brzydkie zmiany, przesuszona skóra z odpadającymi płatkami naskórka. Wosk oblepiający wszystko, czym go chciałam usunąć, po depilacji woskiem chodziłam tydzień w spodniach bo nie znałam żadnego sposobu na pozbycie się jego resztek, dodam, że włoski zostały rosnąć jakby nigdy nic a wosk był wszędzie, ja go nawet usiłowałam nożem oskrobać!
Potem była pianka. Nałożyłam obficie i rzeczywiście, włoski się rozpuściły a gdy umyłam nogi, okazało się, że pianka usunęła również moją piękną opaleniznę i moje nogi wyglądały , jakbym była w białych podkolanówkach. Potem kupiłam depilator. Jak to bolało, koszmar, nigdy więcej. Nie kupowanie, wyrywanie włosków za pomocą wirujących sprężynek.
Teraz się nie opalam więc traktuję się kremem do depilacji i jest dobrze, ale wcale mi się to nie podoba. Bo po co to potrzebne? Zaraz mi ktoś napisze, że dla higieny. To jak to się dzieje, że panowie nóg nie depilują i nikomu to nie przeszkadza? 

niedziela, 27 lutego 2011

obiad na stole!


Barszcz z uszkami a uszka z grzybami, kotlety takie jak  robi Ziutka (i zaraz się dowiemy czy rodzina czyta, jak czyta to napisze w komentarzu z czego te kotlety!) ziemniaki, surówka z kapusty pekińskiej, kompot z czarnych porzeczek (zostało w piwnicy jeszcze 5 słoików i koniec!) ciasto bananowe. Sprzątnąć kota! Nakryć stół!

sobota, 26 lutego 2011

skandal!

Z dedykacją dla vbenity;)
Na zaprzyjaźnionym blogu "rozpasani w żartach" zamieścili dowcip, który postanowiłam wykorzystać. Dowcip wygląda mniej więcej tak, że należy do kogoś napisać sms "co powiesz na gorący seks dziś wieczorem" a zaraz potem napisać drugi: "ups, to było nie do Ciebie".
Wysłałam pierwszy i zanim zdążyłam napisać drugi, otrzymałam odpowiedź:
"Wybacz, może innym razem, dziś boli mnie głowa".
Chodzimy po tych samych blogach, innego wytłumaczenia nie ma!
Dopisane w samo południe:
Pamiętajcie, kiedy odmawiacie seksu, gdzieś na świecie płacze panda!
Dopisane po południu:
chyba nie umiem opowiadać dowcipów

piątek, 25 lutego 2011

SKS

Zmarzłam dziś strasznie, do teraz mnie telepie bo było minus dziesięć. Minus dziesięć było dla wszystkich, to niech mi kto powie, czy młodym ludziom jest cieplej czy jak? Bo stałam na przystanku i mnie telepało (miałam na sobie z metrową stretę odzieży, jak się rozbieram to się uskłada taki stosik) a koło mnie stała dziewczyna w króciutkiej kurtce, szortach dżinsowych włożonych na cienkie rajstopy i w kozaczkach. Bez czapki i bez rękawiczek. Zazdrościłam jak nie wiem co! Wcale nie wyglądała na zmarzniętą. Bus się spóźnił 15 minut, ja tańczyłam sambę, krakowiaka, krzesałam hołubce i tak mi było zimno, a dziewczę stało wdzięcznie oparte o ścianę i rozmawiało przez telefon, trzymając go gołą ręką. Obok niej kilku chłopców, jeden z nich jadł czekoladę i popijał wodą mineralną z półlitrowej butelki. Ubrani w zwyczajne dżinsy, kurtki, sportowe buty, nic szczególnego, żadnych futer, kufajek, ani specjalnej odzieży dla polarników. Jak ja im zazdroszczę! Im naprawdę nie było zimno! SKS, niestety, SKS.

czwartek, 24 lutego 2011

w kolejce

 Kiedy jeden je, ten drugi grzecznie czeka.  Nie mają odzielnych misek  bo dwie miseczki to kłótnia i przepychanie, bo przecież w tej drugiej może być coś lepszego!
Domowa Kurka na swoim blogu (folderfoto) martwi się, że jej kot ma brudną sierść i się zaniedbał. Zobaczcie moje koty - ten większy brudny, zapuszczony, bo się włóczy i całe noce spędza pod balkonem u czekoladowej kotki sąsiada. Miaukotek czyściutki, puchaty, niezbyt głodny, bo cały czas w domu. Ech, miłość...

środa, 23 lutego 2011

rodzinna rozrywka

Jeśli ktoś pracuje do osiemnastej  lub dłużej i ma wolną wyłącznie niedzielę, to tylko w niedzielę może zrobić poważniejsze zakupy. My właśnie tak mamy i czasem w niedzielę o ósmej rano można mnie spotkać w makro albo o jedenastej w jakimś centrum handlowym. Ostatnio kupowałam w niedzielę pralkę, w najbliższym czasie muszę kupić kuchenkę bo się stara rozsypała.
W dużej galerii albo w centrum handlowym widać całe rodziny, ale te powierzchnie są zazwyczaj wysokie, mają przejścia szerokie i to o czym chcę napisać nie rzuca się w oczy. A napisać chcę o małych dzieciach na zakupach. Małych, to znaczy niemowlaczkach w torbach (w życiu bym tak nie nosiła dziecka, wjedzie kto wózkiem w tę torbę to masakra) nieco starszych w wózkach i kilkulatkach.
Ikea – chyba każdy był i wie, o co chodzi. Niskie, klaustrofobiczne pomieszczenia z wytyczonymi wąskimi korytarzykami, towar stłoczony na niewielkich powierzchniach wyeksponowany w specyficzny sposób. Od razu mówię – nic nie mam do sieci, przeciwnie – kupiłam tam łóżko i jestem z niego bardzo zadowolona, gdy potrzebuję jakieś funkcjonalny sprzęt, stojak czy pudełko to wiem, że tam znajdę.
Już nigdy nie pójdę tam w niedzielne popołudnie, nigdy!
Niemowlęta czerwone od płaczu, zasmarkane i spocone, na które nikt nie zwraca uwagi. Matki, ciotki i koleżanki w towarzystwie mężów i konkubentów przekrzykują się, kłócą, bawią, całkowicie ignorując domagające się czegoś dzieci. Spotkałam się z tym pierwszy raz – przy stercie listewek nie wiadomo do czego potrzebnych matka wrzeszczała ze złością na chłopaka – zajmij się nim chociaż raz! A chłopak wziął tego niemowlaka tak, jakby rzeczywiście miał go pierwszy raz na rękach.
Kilkulatki śmiertelnie znudzone, wrzeszczące, tupiące nogami, bezustannie pytające – kiedy stąd pójdziemy? I znów to samo – całkowita ignorancja, niecierpliwe „uspokój się” wśród tysięcy przedmiotów, po które się nie przyszło. Bo w tym sklepie nie da się iść prosto do towaru, który się chce kupić tylko są ścieżki, przejście nimi trwa nawet kilka godzin. Mnie się udaje w 20 minut bo mam klapki na oczach i jak jadę np. po stolik, to najpierw go wyszukuję w Internecie a potem idę prosto do działu, zamawiam, magazyn, kasa i parking. Ale to dziwactwo, nikt normalny tak nie robi.
Zaczęłam usprawiedliwieniem, że w innym terminie nie ma czasu na zakupy, zostaje tylko niedziela. Chciałabym również usprawiedliwić młode mamy, które tam spotkałam. Jednak dla mnie ważniejsze jest dobro dziecka, ja bym nie brała kilkumiesięcznego maleństwa ani do Ikei, ani do galerii, ani do sklepu z tanią odzieżą. To nie są dobre miejsca dla niemowląt. Nie musi się robić zakupów całą rodziną, wiem to na pewno.

poniedziałek, 21 lutego 2011

na drugiej półce wyłącznie białe bluzki

Łapię się na tym, że mi się nie chce sprzątać jak dawniej. Wszystko miałam poukładane równiuteńko, nie zasnęłam wiedząc, że w zlewie stoi nieumyta szklanka albo ze stołu zwisa odrobnę krzywo obrus. 
Składałam dziecku skarpetki w kłębuszki do szuflady, koszule równo na wieszakach a pod nimi swetry i koszulki w kosteczkę.  
 Chyba byłam głupia albo nie miałam co robić!
Pewnie chciałam wychowywać przykładem albo mi zostało to z domu, bo mama widząc bałagan w szafie na półce potrafiła zawartość półki wyrzucić na podłogę ze słowami – za pięć minut ma być poukładane do linijki! No i było.
Zajeżdżając  do syna widzę mieszkanie wypucowane na błysk, pełne roślin, a ostatnio mi pokazał szafę (pożyczałam czerwoną koszulę) w której wszystko było ułożone "do linijki". Asia, dziewczyna syna, ma poczucie humoru więc śmiało mogłam zapytać, czy stosuje wobec niego środki przymusu, bicie albo coś;). Bo mnie zszokował, tak porządnie poukładane w szafie nie miał nigdy!
PS. Jak mnie tu długo nie będzie to znaczy, że Ukasz się wkurzył o te plotki;).

sobota, 19 lutego 2011

czerwone korale

Krysia z Ryśkiem zostali zaproszeni na wesele córki kuzynki już dwa miesiące temu ale dopiero w tym tygodniu zaczęli się szykować, to znaczy Krysia zaczęła, bo Rysiek to zawsze gotowy, ogoli się, wyczyści porządnie buty, założy najpiękniejszą (według Kryśki) koszulę, dyżurny garnitur i gotowe. A jeszcze mu urody dodają te wybielone ostatnio zęby, z Rysia przystojniak się zrobił jak nie wiem co. Sąsiadka mówi, że wygląda jak Tony Soprano, to chyba dobrze? Może jej chodziło o te koszulki polo bo chyba nie o to, że łysieje?!
A Krysia nie miała co na siebie włożyć i się martwiła cały czas. W lecie to dużo lepiej coś wybrać, a w zimie na wesele iść nie wiadomo w czym. Chodziła po sklepach,  mierzyła różne kreacje i była coraz bardziej zła na siebie. Wszystkie sukienki w rozmiarze 42 wydawały jej się brzydkie, czuła się w nich jak stara baba a w mniejsze się nie zmieściła! Wreszcie kupiła komplet – grafitową elegancką sukienkę z  marynarką. Pozostało jej tylko dobrać dodatki i tu zaszalała – kupiła czerwone korale i buty też w kolorze czerwień najczerwieńsza. 
Jak to zobaczyła mamusia to się tylko skrzywiła, bo w jej mniemaniu w czerwonych butach na takich wysokich obcasach chodzą wyłącznie prostytutki i to młode, ale to tak na marginesie.
W sobotni ranek Krysia pobiegła do fryzjera. Wróciła z wyrafinowanym kokiem, część włosów skręconych w zalotne loki opadało jej na kark i po bokach twarzy. Kiedy robiła makijaż, Rysiek mocował się z krawatem. 
Podglądał ją, gdy się ubierała, zawsze to robił i dziś też się śmiał stojąc w drzwiach sypialni i naśladując mamusię „nie idź przypadkiem w pończochach bo cię podwieje”. Krysia tylko parsknęła śmiechem podciągając pończochę wyżej. Założyła te czerwone buty i stanęła przed mężem w samej bieliźnie pytając – o co chodzi z tymi czerwonymi szpilkami? 
Pokazał jej o co chodzi i się trochę spóźnili na  ślub. I choć po tym pokazywaniu Krysia nie miała ani koka, ani loków tylko proste, gładkie włosy to  z tym blaskiem w oczach i wiele mówiącym  uśmiechem wyglądała prawie tak pięknie, jak panna młoda.

piątek, 18 lutego 2011

To lubię!


Patrzę przez okno na ogród - szary, brzydki, ponury. Musiałam poszukać tego zdjęcia bo od  brzydoty przedwiośnia można złapać doła. Na razie są tylko gołe gałęzie, ale za to już niedługo:))))

czwartek, 17 lutego 2011

nie wije się gniazda w gnieździe

Zawsze myślałam, że młodym ludziom zależy na samodzielności a kiedy uda im się wyprowadzić z domu rodzinnego i samodzielnie funkcjonować, świadczy to o ich dojrzałości społecznej. Tymczasem spotkałam się z tak odmiennym zdaniem, że muszę o tym napisać bo już sama nie wiem, czy coś się zmieniło czy ja jestem z innego świata?
Nie biorę pod uwagę marginalnych przypadków ani patologii, tylko przeciętną zwyczajną rodzinę, gdzie rodzice są koło pięćdziesiątki a dzieci w wieku 20 -25 lat. Jeśli młody człowiek skończył edukację i pracuje zawodowo, to czemu siedzi rodzicom na karku? Żaden z moich rozmówców nie powiedział, że z braku pieniędzy, nie. Jeden ze zdumieniem wyjaśnił mi, że przecież się nie żeni i dopiero jak będzie zakładał rodzinę to się wyprowadzi od mamy. Kolejny napadł wprost na mnie bo czuje się za mamę odpowiedzialny i się nią opiekuje, nie może więc się wyprowadzać bo by sobie nie dała rady. Jednak kiedy zapytałam, czy mama jest niedołężna, odparł, że nic podobnego, pracuje zawodowo i prowadzi dom. To na czym polega ta opieka? Tego już mi nie potrafił wyjaśnić.
Następny chłopak zastrzelił mnie stwierdzeniem, że jedno dziecko musi zostać z rodzicami z powodu mieszkania, żeby nie przepadło. Jednak jestem z innego świata bo byłam pewna, że domy i mieszkania się kupuje lub wynajmuje a właściciel może z nim zrobić co chce. Czyli mój rozmówca chce mieszkać z rodzicami i czekać na ich śmierć prawie całe dorosłe życie z powodu służbowego mieszkania?!
Sprawa mieszkania przewijała się cały czas i wreszcie chciałam uświadomić moim rozmówcom, że ich rodzice mają swoje życie zawodowe i osobiste a to, czego się dorobili, jest ich majątkiem a nie majątkiem dorosłych dzieci i korzystanie z niego jest kwestią dobrej woli. Bo może rodzice by woleli odpocząć, mieć więcej swobody, nie obsługiwać swojego dorosłego potomstwa?
Chłopak 25 letni nie wie, że płaci się rachunki za gaz, za prąd, za czynsz, on sobie płaci tylko za Internet, to jest jego wkład w  domowy budżet i się chwali, że się dokłada do rachunków. Nie wie też, ile kosztuje chleb i że ten chleb trzeba codziennie kupić i przynieść, bo jak tego nie zrobi to nie będzie co jeść. Herbatę się bierze z puszki na okapie, wodę mineralną ze zgrzewki z przedpokoju, czystą odzież z szafy. Jak się ożeni to się usamodzielni (jego zdanie).
To ja Wam napiszę: kochane dziewczyny – będziecie za takiego chłopaka wszystko robić w domu, nawet jeśli będzie chciał cokolwiek zrobić to nie będzie tego umiał, po tygodniu braknie mu pieniędzy które były przeznaczone na cały miesiąc,  minie co najmniej 5 lat zanim się nauczy samodzielnie funkcjonować, ale w tym czasie uzna swoją żonę za jędzę, która go bezustannie strofuje i poucza. Niech więc lepiej mieszka z mamą i czeka 30 lat na to mieszkanie, które ma mu przypaść w przydziale.

wtorek, 15 lutego 2011

osobiście i refleksyjnie

Uważny czytelnik z pewnością wie, że poprzedni post to była suma moich obaw związanych z niepewnością, często pokrywam ją żartem bo wolę się śmiać  z samej siebie niż robić wokół siebie zamieszanie i zawracać ludziom głowę błahymi problemami.
Nie myślcie sobie, że jestem taka zahukana,  nigdzie nie bywam i się nie potrafię zachować, zachowanie się to  pewne cechy i myślę, że gdziekolwiek bym była to sobie dam radę, ta wczorajsza impreza po prostu była inna niż wszystkie, dlatego się tak nakręciłam. 
Bo co innego iść na kolację tak zwyczajnie bo wiadomo, czego oczekiwać. Nie wiedziałam jak się ubrać, serio, i postanowiłam sobie coś nowego kupić bo i tak trzeba było jechać po urodzinowy prezent.
Jak wspomniałam w którymś z butików, że potrzebuję czegoś na elegancką kolację to babeczka mi zniosła do przymierzalni stertę sukienek i garsonek a wszystkie w panterkę, czyli taki wzór w cętki. Ja tego strasznie nie lubię i nigdy niczego takiego  nie miałam, a właścicielka butiku odparła, że jak nie kupię sobie odpowiedniej kreacji, to będę się źle czuć. Nie kupiłam.
W kolejnym butiku pani dała mi do mierzenia suknię z gołymi plecami choć ja chciałam jedwabną popielatą tunikę. Potem już nie mówiłam, że chcę coś na specjalną okazję i dzięki temu mogłam mierzyć to, co chciałam.
Na szczęście miałam na tyle rozumu w głowie, by się nie dać namówić na te wszystkie kreacje, w których wyglądam jak kopa siana w remizie bo dopiero wówczas bym się czuła fatalnie, choć już się nauczyłam nie przejmować wyglądem i się śmiać nawet, gdy raz fryzjer mi zrobił na łbie weselną konstrukcję z lakieru pt „gniazdo jastrzębia”.
Po tym wczorajszym dniu wiem na pewno – jeśli się trafia w życiu okazja, to trzeba ją wykorzystać, nie marnować szansy i nie odkładać na kiedy indziej. W radio było troje  zwycięzców a tylko ja się odważyłam na wystąpienie na żywo, i już wiem jak to jest, a gdybym nie poszła to bym nie wiedziała. Do Sheratonu mogłabym iść bez okazji ale z pewnością na specjalną walentynkową kolację byśmy nie poszli, a tak to byliśmy i wiemy już, że warto było.
Jeśli ktoś z czytelników pomyśli, że to przecież nic takiego, to proszę o zrozumienie, ja mam za sobą kawał życia w trudnych czasach, gdzie w każdym miejscu spotkać się można było z arogancją, z demonstracją władzy, nawet ekspedientka czy szatniarz uważali się za nie wiadomo jak ważną osobistość, o załatwieniu czegokolwiek w urzędzie, szpitalu czy szkole nawet mi się nie chce pisać, takie to było poniżające. Wyśmiewanie i zwracanie uwagi o wszystko podniesionym głosem to była norma, to się nie działo wyłącznie na komediach Barei tylko naprawdę tak było. Dlatego wiele razy wolałam nie mieć, zrezygnować, nie prosić, nie wymagać.
Jakie to szczęście, że się czasy zmieniły.

niedziela, 13 lutego 2011

parę słów do mikrofonu

Obierając w piątek ziemniaki na obiad usłyszałam w Radio (i tak nie zareklamuję w jakim) że kończy się za pół godziny konkurs na najpiękniejszą walentynkę. Co prawda moja mama ma na imię Walentyna, ma 70 lat i jest najpiękniejsza, ale po dłuższym zastanowieniu nie wysłałam jej zdjęcia tylko napisałam coś o miłości i takie tam, no bo jak się obiera ziemniaki dla faceta a samej się ich nie je to jest miłość, to jasne! Ale nie napisałam tego o ziemniakach tylko co innego, taki tekst chwytający za gardło, jak pisałam to normalnie ze dwa razy płakałam. Bo się śpieszyłam z tym obiadem, i biegałam od cebuli do kompa i od kompa do cebuli.. 
No i ta pani z tego radia do mnie napisała maila że  wygrałam kolację w hotelu Sheraton dla dwóch osób. Jak to powiedziałam Lubemu to się od wczoraj  uczymy jeść widelcem kiełbasę i pić ze szkła a nie z gwinta. Dobrze idzie. Trochę się martwimy w co się ubrać bo ja mam tylko dres a Luby to w czym stoi na placu, a to jest kolacja dla zakochanych a nie dla bezdomnych meneli, ale nie możemy przecież kupować odzieży na takie okazje bo co niby się kupuje na walentynki, no? Bokserki w serduszka i czerwony stanik z futerkiem, no bez jaj, tak by nas jeszcze bardziej nie wpuścili do tego hotelu. Najbardziej to się boimy gaf, bo tam podobno stoi człowiek do zadań specjalnych i jak ktoś nie umie trzymać noża albo łyżki to dostaje przez łeb kociubą (nie wiem czy to prawda), a jak kobieta położy torebkę tam gdzie nie trzeba to po torebce, wyrzucą do zsypu! No to ja sobie wezmę plecak i nie będę ściągać, to dobre rozwiązanie. Całą sobotę wyrywałam sobie brwi bo mam takie krzaczaste jak Luby. Teraz po wyrwaniu wiadomo kto jest kto, ja teraz na razie mam cieńsze. Z innych zabiegów upiększających zamierzam wyczyścić gumofilce żeby nie poznali że my ze wsi. Nie no, nikt się nie wstydzi wsi ale teraz wszędzie błoto takie, w czym innym nie przejdziesz.
To na razie tyle z gorących wieści, relacja będzie we wtorek! A zapomniałam, te życzenia co napisałam to będę czytać w tym Radiu (i tak nie zareklamuję jakim) na żywo w poniedziałek rano, to dopiero będą jaja bo ja się jąkam jak się denerwuję a tego jest parę linijek, zejdzie do hejnału jak nic! 
PS. właśnie testuję makijaż, najbardziej mi się podoba "panda na ciężkim kacu". 

piątek, 11 lutego 2011

czego nie lubicie u facetów?

Mam takiego ulubionego czytelnika, który w komentarzach zadaje mi pytanie: „a będzie dalsza część”?. Kiedyś obiecałam napisać o mężczyznach, a raczej o tym, czego u niech nie lubimy. Ja się na mężczyznach nie znam, tych co znam  to prawie wszystkich lubię a od patologii trzymam się z daleka, więc zadałam moim znajomym pytanie – czego nie lubimy u mężczyzn, i oto czego się dowiedziałam:
- Nie lubimy jak na pierwszej randce chłopak się pyta o rozmiar cycków.
- Jak się mu powie „nic mi nie kupuj na walentynki” a on naprawdę nic nie kupi. (Przewrotne, nie? Ale tak właśnie jest)
- Jak jest niezgrabny, na przykład wyłazi z łóżka to nastąpi kobiecie na nogę albo rękę albo nawet na brzuch! A włosy przygniecie zawsze!
- Nie myje się dokładnie.
- Nie umie jeść sztućcami. Jak je rękami ale potrafi jeść sztućcami to jest całkiem co innego, ale jak nie umie trzymać noża i widelca to jest wkurzające.
- Gryzie w uszy i myśli, że to jest seksi! Nie jest! Tak samo jak usiłuje przenieść sceny z filmów porno do realnego świata.
- Nie umie tańczyć i się nie chce nauczyć.
I teraz zostawiam resztę w rękach ukochanych czytelniczek, mając nadzieję, że dopiszecie dalszą część;).

czwartek, 10 lutego 2011

wtorek, 8 lutego 2011

gdzie na Wielkanoc?

Szukam jakiegoś fajnego miejsca na letni wyjazd i wreszcie doszłam do wniosku, że nigdzie nie pojedziemy tylko będziemy remontować kuchnię! Teraz napiszę jak stara zrzęda – opalać mi się nie wolno, po górach i lasach mi się chodzić nie chce bo po przejściu 10 km wszystko mnie boli a zresztą nigdy nie rozumiałam tych ludzi, którzy wyjeżdżają w sobotę rano, jadą 2 godziny samochodem po to, żeby po oblodzonym ośnieżonym szlaku przejść 20 km, wsiąść w auto i z powrotem jechać 2 godziny do domu. Ukasz tak robi!
Tak więc w tym roku zamierzam psuć kuchnię, ale za to może sobie gdzieś pojedziemy na Wielkanoc, żeby nie męczyć się tydzień z garami, porządkami, tylko parę rzeczy do walizki i raniutko w sobotę w drogę. Tak ze 100 km od Krakowa, nie dalej. Może macie w swojej okolicy jakieś fajne gościnne miejsce na wielkanocny wypad?
Na trawie wcale nie jest tak sielankowo - tam było pełno kleszczy, padalców i innych żmij, do ludzi daleko a ja znow na kolanach, i wcale nie przeżywałam objawienia jak by kto myślał tylko byłam śmiertelnie zmęczona bo wyczołgałam się na górę sama, nie autem ani nie wyciągiem tylko w klapkach! 

niedziela, 6 lutego 2011

jak Rysiu leczył zęby

Rysiu się boi dentysty jak diabeł święconej wody bo ma po mamie słabe zęby i od dziecka miał z nimi same kłopoty. Za komuny nikt się zębami nie przejmował i widok młodego człowieka bez jedynek nie był niczym szczególnym, chłopak bez zębów mógł powiedzieć, że dostał strzała na zabawie a dziewczyna no cóż, dziewczyna miała szerszą szparę po prostu. Przynajmniej nie było problemów z koślawymi zgryzem, bo jak co drugi wybity czy wyrwany to pozostałe miały miejsca a miejsca.
Rysiek doświadczył traumy w wojsku bo  dentysta wojskowy znieczulenia nie używał a leczył Rysiowi kanałowo trzy zęby. Dwa z nich jednak mu pod koniec służby wyrwał, też bez znieczulenia.
Tym razem Rysia rozbolała trójka. Jak się idzie do dentysty raz na trzy lata albo rzadziej to zęby bolą! Syczał jak się napił czegoś zimnego i starał się gryźć drugą stroną, ale i tak  czuł ból cały czas. Wódka pomagała na chwilę, tabletki pomagały na chwilę, nacieranie żelem dla ząbkujących niemowląt pomagało na chwilę i tak się Rysiu męczył dwa tygodnie aż wreszcie Krysia zarządziła – albo idziesz do dentysty albo Ci sama wybiję tego zęba młotkiem do kotletów! Po czym pokazała mu karteczkę, na której zapisana była data i godzina, czyli.. dziś za czterdzieści minut w tym nowym gabinecie dwie kamienice dalej. Młotka do kotletów mu nie pokazała.
Obraził się na nią, bo kto to widział tak podstępnie decydować, sam by się zapisał, a teraz cóż, nie ma wyjścia, no i jeszcze ten młotek do mięsa, co za baba niedobra! Ogolił się szybko, wziął prysznic, założył świeżą koszulę i poszedł.
Otworzyła mu jakaś licealistka, szczuplutka blondynka w okularach a Rysiu zaczął kręcić, że  sumie to może by przyszedł innym razem bo prawie przestało go boleć tylko go żona wygoniła, dobra z niej kobieta tylko za dużo się wszystkim przejmuje.
Nie wiadomo kiedy przestał mówić, i już siedział a właściwie leżał,  gębę miał rozwartą a śliczna licealistka, która jednak licealistką nie była siedziała za jego głową i delikatnie dotykała jego zębów. Od czasu do czasu coś do niego mówiła, ale on i tak nic nie słyszał bo tak się bał, że mu się robiło gorąco. Wreszcie skończyła. Musiał przyznać, że nic nie bolało, choć jego koszula była całkiem mokra od potu. A bolało dopiero, gdy płacił rachunek!    

piątek, 4 lutego 2011

znów o tych kotach

Kiciulom odwaliło! Kiedyś wspominałam, ze przyłaziło tu takie miauleństwo dość dzikie, dalej przyłazi, już jest taki jak pół dorosłego kota, sprytny, bystry, śmiga po posesji jak jaka wiewióra. Te koty wioskowe to chyba robią sobie jakieś miejsca spotkań u mnie i u sąsiadki na dole. Sąsiadka mieszka tu niedawno, z rok albo coś koło tego, i przywiozła z sobą takiego wielkiego wypasionego kocura. Z początku ten kocur się bał wsi bo to panisko z miasta, siedział na tarasie i jak się coś w trawie ruszało to uciekał do mieszkania. Nasze kociska szybko wywęszyły, że tam żarcie na misce jest na okrągło, wersal po prostu, i się zaczęły gościć. Potem się okazało, ze to żarcie miał jakieś dietetyczne bo był spasiony i miał mieć dietę, naszym kotom to smakowało i mu systematycznie wyżerały. Wreszcie  Czarny się odważył i ich śladem zaczął przychodzić do nas, a u nas nie ma żadnej diety odchudzającej, ani dla ludzi, ani dla zwierząt, czym chata bogata tym koty okoliczne.. no dobra, nie skończę. Czarny żarł jak każde stworzenie na głodzie, czyli wymiatał  wszystko, ale zaczęły się wzajemnie wizyty, zabawy, gonitwy, i tłuścioch  przez lato schudł. Jesienią przybrał na wadze jak my wszyscy, przyjaźń międzykocia została i lubię patrzeć, jak się gonią po ogrodzie i chowają pod choinkami. U sąsiadki latem oczywiście, jak wszystko pootwierane, gonią się również po schodach wewnętrznych, wywalając wszystko po drodze, wbiegają do domu, lecą schodami na górę, wpadają do pokoju, z pokoju na taras i znów do ogrodu, i tak w kółko. Macie pojęcie? Trzy koty! I do tego taki rudy mały pies za nimi. Ta sąsiadka ma większą cierpliwość do nich jak ja, ja obcym nie pozwalam grasować w domu. 
No i ten mały kotek jak zobaczył, że ja go chyba nie przygarnę, to poszedł do niej. Tam żarcie stoi tak jak u nas – trochę w domu a trochę na polu, bo jakby który kotek zgłodniał a dom był zamknięty? No, zdechnie z głodu biedny! Nie przychodzi jednak do domu tylko śpi w stodole u trzeciego sąsiada, ale przychodzi się bawić do Miaukotka. Jest sprytny jak małpka, wskakuje na czereśnię ( wyglądają na tym drzewie jak dwie sroki) Miaukotek za nim, choć mój kot się wyraźnie boi. Tamten zawsze wyżej, pies pod drzewem szczeka na nie, wreszcie ten malutki głową na dół jak wiewiórka sprytnie myk z drzewa i śmiga przez ogród, pies dla formalności pomerda ogonem i nawet nie biegnie za nim tylko patrzy, co to będzie, bo na drzewie siedzi ofiara losu i mryyyyyyy. Udaję, że mnie to nie obchodzi. Siedzi, siedzi, wreszcie kombinuje, tyłem, przodem, bokiem, ostrożnie złazi.
A dziś jest ciepło, słońce świeci i w koty coś wstąpiło, bo Biały waruje pod balkonem czekoladowej,  te dwie sroki gonią na spółkę tego czarnego na dole a trójkolorowa przytargała mysz (skąd ona upolowała mysz o tej porze?) i czeka pod garażem na Lubego z tym prezentem, pewnie już na walentynki!
Dziś mi kolega przypomniał, że klika cierpliwie w reklamy więc melduję – odkąd mam ten blog zarobiliście dla moich kotów 70 euro.     

środa, 2 lutego 2011

przepowiednia

Ludzie wierzą w przepowiednie i we wróżby. Miałam w życiu taki czas, na szczęście mi przeszło, że mnie też to fascynowało. Czytałam książki związane z czarami, z magią, z okultyzmem, uczyłam się tarota, wróżenia z dłoni i znaczenia różnych symboli używanych do przewidywania przyszłości. Moja babcia wróżyła z kart i jak byłam dzieckiem to chowałam się i podsłuchiwałam, aż mnie na tym przyłapała i wyjaśniła, że karty tylko pomagają w rozmowie a człowiek i tak sam podejmuje decyzję, bez kart powiedziałaby to samo, tylko trochę innymi słowami. A potem skrupulatnie sprawdzała, czy nie chowam się w zakamarkach jej izby kiedy przychodziły kobiety „na karty”. Nie wiem jak takie doświadczenie ma wpływ na dziecko, ale  jakie to było dla mnie wówczas fascynujące!
Chyba już żadna z tych kobiet nie żyje ale i tak nie opiszę tych historii bo były podsłuchane i pisanie o nich mi się wydaje nie w porządku.
Wracając do przepowiedni – żyjąc tu i teraz często „gdybamy”. Co by było, gdyby zmieniła się nasza sytuacja ekonomiczna, rodzinna, polityczna. Nie ma w tym nic nienormalnego, ale czy ktoś to zapisuje? Ja zapisałam raz, zobaczcie tutaj. Proszę koniecznie zwrócić uwagę na datę. Czysty przypadek, ale w kwietniu zeszłego roku było mi co najmniej dziwnie. Trzeba uważać, co się pisze.