czwartek, 3 września 2026

taki rozum jak matka

 

Za Magdą chodził taki chłopak z sąsiedniej wsi. Za nią chodził a z ojcem i jej bratem pił. Magda go nie chciała. Ojciec był o to zły i mówił – taki rozum jak matka. Nie znaczy to, że matka była głupia, nie. Matka dawno temu podzieliła dom na pół i ojca na swoją połowę nie wpuszczała.  Ojciec stale deklarował miłość po grób ale wcale nie był ani dobrym mężem, ani dobrym ojcem. 

O Magdzie mówił, jest darmozjadem i powinna wyjść za mąż za kogokolwiek kto ją zechce za żonę. 

Ten chłopak naprawdę był zakochany, chodził za nią ze dwa lata ale co z tego. Nie chciała go.  Mówiła mu o tym wiele razy ale on jej nie słuchał. Pytał dlaczego. Nawet płakał czasem. Ona nie chciała go upokorzyć ale też nie chciała dawać mu nadziei. On nie miał nic, mieszkał z matką, pił, nie wiadomo z czego żył. Czasem pracował a częściej nie.

Wreszcie przyniósł jej pierścionek. Drogi. Powiedziała mu, że nie chce pierścionka i nie chce go widzieć. Płakał i mówił to co zawsze – nie odejdę od ciebie, nie pokochasz innego, daj nam czas. 

Jak ty nie wyjdziesz z tego domu to ja wyjadę – powiedziała i trzasnęła drzwiami.

Nocowała u koleżanki. Wróciła rano do domu i na kuchennym blacie zobaczyła pierścionek. Drogi. Westchnęła, włożyła go do torebki i od razu pojechała do matki chłopaka, aby go zwrócić. Ja go nie chcę – powiedziała. Przywiozłam, bo może zgubić albo przepić, a to jest droga rzecz. A ja go nie chcę.

Magda wyjechała i dopiero wtedy poczuła się wolna. Po kilku latach wyszła za mąż za Wojtka. Jak się poznali? W pracy. Magda była bardzo zakochana, dla Wojtka mogła zrobić wszystko i robiła, o sobie nie pamiętając. Kiedy po latach pytam ją, czy jest szczęśliwa, odpowiada, że nie jest nieszczęśliwa. 

To tak samo jak jej pierwszy chłopak – ustatkował się i ożenił, i nie jest nieszczęśliwy.

sobota, 29 sierpnia 2026

no i co z tego

 


Najpiękniejsze róże są u kogoś. Można podziwiać, wąchać, można nawet kupić bukiet i trzymać w wazonie na komodzie tydzień albo dwa a potem bez żalu wyrzucić na kompost. Nie wiem już z jakiego powodu i nawet nie chcę wiedzieć co to się ze mną porobiło, bez rozumu zupełnie róże kocham i już. Miłości nie ma co tłumaczyć, kocha się za wszystko i za nic. Zauroczenie czy zakochanie może być chwilowe ale żeby tak na zawsze to musi być miłość najprawdziwsza. W całym domu powtarza się motyw tych kwiatków – zasłony, talerze, filiżanki – w róże ach w róże sukienki moje są, w róże ach w róże szlafrok mój jest jak w piosence. I nawet Matka Boska z Tuchowa, gdzie się urodziłam, trzyma ten kwiatek w dłoni.

Będzie długi tekst, można iść po kawę, herbatę albo coś.



Ogród nasz jest dość zapuszczony i bardziej przypomina siedlisko bez gospodarza niż podmiejską posesję, którą w zasadzie jest. Najstarszą różę sadziłam sama. Nie znałam się na kwiaciarstwie kompletnie tak samo jak mąż nie znał się na ogrodnictwie. Zresztą byliśmy bardzo, ale to bardzo biedni i w pierwszą zimę paliliśmy w piecu mokrym drewnem z sadu. W styczniu ścięliśmy we dwoje orzecha, potem gruszę rosnącą przy studni. Mój chłop miał szczęście, bo pracę piłą moje-twoje miałam opanowaną i siły też miałam dość.

Wiosną przed domem zakwitły bzy i narcyzy ale po drugiej stronie nie było żadnych kwiatów a mnie się marzył ganek obrośnięty różami. Kupiłam krzaczek, wykopałam dołek, posadziłam i  wbiłam obok niewielki kijek myśląc, że skoro pnąca to się będzie wspinać a potem oprze się o ścianę i da sobie radę.

Nie miałam pojęcia co to za odmiana, nie wiedziałam nic o pielęgnacji, po prostu kupiłam bo chciałam mieć pod oknem pnącą różę. Przeszła remont elewacji, wymianę dachu, osuszanie fundamentów, kopanie pod kanalizację, wyburzanie szopy a z lżejszych kataklizmów lądowanie kotów usiłujących dostać się do okna, dwa psy zakopujące pod nią nadwyżki żarcia, domek dla jeży, przekleństwa i groźby każdego, kto choć raz doznał poranienia jej kolcami. Grubsze i cieńsze, haczykowato zakończone kolce ranią boleśnie i dotkliwie, z trudem dają się odczepić z ubrania i ciała rozrywając je. Wbijają się nawet przez cienką podeszwę buta. Rany  krwawią i długo się goją.

No i co z tego. Każdego lata południowa ściana domu pokrywa się wspaniałymi różowymi bukietami a słodki, intensywny zapach czuć w całym domu. Ścięte kwiaty stoją w wazonie nawet dwa tygodnie, są niezwykle trwałe. Kiedy robię z niej bukiet, staram się obcinać kolce ale i tak wiem, że osoba zmieniająca w wazonie wodę pokłuje się. 



 Dwa lata temu posadziliśmy koło śmietnika taki niepozorny krzaczek, rozrosła się na kilka metrów w szerz i w górę. Kolców ma o wiele mniej. Taka łagodniejsza jest. Mniej intensywnie pachnie a kwiaty można zrywać gołymi rękami. Wszyscy ją podziwiają bo obsypana zmieniającymi  się kwiatami jest zachwycająca - najpierw jest różowa, zmienia się a na koniec rozkwita na żółto. 

Gdyby ktoś zapytał, czy na swojej posesji sadzić róże, to odpowiedziałabym, że nie. Bo to jak z dziećmi. No i co z tego. 

niedziela, 23 sierpnia 2026

po przerwie

 

Będzie o tym, jak uczniowie nosili do szkoły noże a nauczyciele spacerując po korytarzach spokojnie palili papierosy oraz o tym, jak koleżanka wybiła kijem okno w gabinecie dyrektora szkoły.

Najpierw jednak zasmucę wszystkich, którzy cieszyli się z mojego milczenia w tym miejscu i mieli nadzieję, że tak już będzie na zawsze. Mam propozycję nie do odrzucenia – wykupcie cały nakład mojej książki i spalcie.  Gówno mnie obchodzi że się boicie i wstydzicie co wyjdzie na jaw.

To tyle, mam się całkiem dobrze, głowa jak zawsze, gópigus jak zawsze, cierpliwość tracę, kilogramy tracę. 

 Jeśli ktoś ma miejsce w rodzince duolingo to jestem chętna, odkupię.

No dobra, zaczynamy.

Koło szkoły w mojej ukochanej Jodłówce były dwa boiska. Jedno między szkołą a kiblami, taka łąka bardziej,  a drugie wyłożone betonowymi płytkami, położone tuż pod oknem dyrektora szkoły. Na tym boisku grywaliśmy w palanta. To taka gra – trzeba uderzyć kijem w piłeczkę, odrzucić kij i biec co sił w nogach na wyznaczone miejsca i nie dać się zbić przechwyconą przez przeciwnika piłeczką. No i moja koleżanka, dziewczynka ambitna i do tego mocna w rękach od roboty w polu, jak przygrzmociła w piłeczkę to ta poleciała aż pod kible, dziewczyna pieprzła za siebie kij i sprint! A kij poleciał prosto w dyrektorskie okno.

No i co, no i nic, mamy przynajmniej o czym opowiadać na stare lata. Dyrektora pamiętam jako niezwykle miłego i łagodnego człowieka. Gorzej niektóre nauczycielki – czasem się darły na pół szkoły i waliły dziennikiem w biurko ale przeważnie spacerowały po dwie paląc papierosy i popijając herbatkę ze szklaneczki. Też nie miały łatwo, musiały ogarniać po kilka przedmiotów np. fizyk miał matematykę i wf a pani od rosyjskiego miała muzykę i chór.

Z nożami było tak.  Drużyna harcerska była w szkole bardzo silna. W dni zbiórek pół szkoły paradowało w mundurkach z przyczepionymi do paska finkami. Nauczyciel opiekujący się harcerzami nie był głupi i wiedział, że część dzieci pochodzi z biednych rodzin i na mundurek kupiony w składnicy harcerskiej często ich nie stać, dlatego oznajmił, że jeśli ktoś nie ma mundurka to może przychodzić na galowo. Moja siostra strój harcerski miała a do tego bardzo o niego dbała, prasowała, starannie przyszywała sprawności, chusta jak nowa itd. Ale ona zarobiła sobie na ten mundurek zbierając truskawki, a ja byłam jeszcze za mała na pracę u gospodarza. Miałam więc białą bluzkę i granatową spódniczkę, ale przepasywałam się harcerskim paskiem z finką i pod kołnierzykiem bluzki wiązałam chustę.

Aż moja siostra skończyła podstawówkę i ja odziedziczyłam upragniony mundurek. I tu zaczyna się moja porażka. Bo ja się wstydziłam wśród rówieśników, że wszystko mam po siostrach. Wszystko oprócz niebieskich oczu i blond włosów oraz talentu muzycznego.

Przerabiałam więc te rzeczy jak umiałam. Na bluzce wyszywałam kwiatki, obrębiałam koronką spódniczkę, ucinałam spodnie. Pamiętacie że ja nie umiem szyć? Z sandałów robiłam klapki. I ten mundurek też przerobiłam. Był na mnie za duży więc obcięłam długość i rękawy i tak poszłam na zbiórkę a wtedy usłyszałam, że ten strój jest nieregulaminowy i nie mogę go nosić. Płakałam z tydzień albo dwa a do tego matka się na mnie wydarła, że zepsułam mundurek i ona mi na pewno nowego nie kupi.

Szyć nie umiem do dziś i nie zamierzam tego zmieniać  ale czasem kusi mnie, żeby coś przerobić a potem ta rzecz nadaje się wyłącznie do wyrzucenia. I to tyle. 

Jak zawsze nieustannie pozdrawiam ukochanych czytelników i życzę uśmiechniętego, czarującego czasu.  

sobota, 1 sierpnia 2026

o gołym facecie i starej zrzędzie

 Gorąc niemożliwy ale pod czereśnią miły chłodek. Bujam się na huśtawce, słucham książki, popijam kompot z wiśni. Cieszę się nową sukienką. Nową nienową, na vinted kupiłam z adnotacją "nowa bez metki", jest dokładnie taka jak chciałam - len, wstawki z boku i dwie kieszenie z przodu. Zawsze na lato kupuję czerwone sukienki ale ta jest niebieska, no trudno. Kwitną floksy i tytonie, ogród pachnie jak sierpień, no do czego mam porównać, słodko, gorąco, spokojnie, lato, lato już nie szaleje. 

Filip Kosior czyta, ja słucham jednym uchem a że mam kiepskie słuchawki to otoczenie też słyszę. Jak coś zaczęło warczeć! Acha. Kosiarka sąsiada. No trudno, trzeba się schować do domu. 

Idę, patrzę, a ten chłop goły. To znaczy nie całkiem goły za tą kosiarką bo mu dzwonek dynda w majtkach ale ludzie kochani tego się nie da odzobaczyć. To było bardzo niesympatyczne widowisko, bardzo. Panowie, na litość boską, można włożyć szorty a nie latać tak w slipkach. 

No co ty Klarka chłopa gołego nie widziałaś?


wtorek, 28 lipca 2026

To może o pogodzie.

Deszczu w tym roku jest pod dostatkiem. Zbiorniki pełne deszczówki. Wszystko w ogrodzie bujne, zielone, o tej porze roku bywało spalone słońcem a teraz żyje, kwitnie, ugina się od kwiatów i owoców. Tylko tych wstrętnych ślimaków zatrzęsienie.  

Jemy borówki. Pies przegonił dość skutecznie kosy i borówek mamy dużo, choć przyznam, że mogłoby być ich więcej. Chodzę codziennie w borówkowy kąt i zjadam je prosto z krzaka. Pyszne. Akurat zaczęły dojrzewać jak skończyła się świdośliwa. Nawet trochę na zakładkę. Co to się porobiło. Jabłka, gruszki,  czereśnie i winogrono mi szkodzą a jagodowe mogę jeść. Dobre i to. 

Może ja jakoś bardziej marznę a może wieczory i poranki już chłodniejsze. Dziś rozmawialiśmy o Bożym Narodzeniu, trzeba wejść na strych teraz latem i sprawdzić, czy tam na pewno nie ma naszych choinkowych ozdób. Jak nie ma to zaginęły bezpowrotnie. 

Czemu  lato tak szybki mija a zima się wlecze jak pociąg z Lubaszowej do Grybowa. Ech. 


niedziela, 26 lipca 2026

pokolenie zerwanych więzi

 

Dzieci dorosły późno. Zabrały ze sobą bagaż z modnymi słowami – toksyczny rodzic, trauma, odcinanie się. Dopakowali plecak zazdrością o rodzeństwo, żalem i złością o własne błędy i porażki. Każde niepowodzenie, każde nieprzyjemne zdarzenie nazwali traumą, weszli gładko w rolę ofiary i uznali, że rodzice mają być bezbłędni i idealni, niezależnie od wszystkiego. Mają być podnóżkiem, mają się starać, przepraszać, cieszyć z drobnych okruchów zainteresowania. Mają być pomocni na żądanie ale nie wolno im mieć własnego zdania.

Dzieci nie wiedzą, że idea pozbycia się rodziców jest całkowicie nierealna, nie wiem jak bardzo by się odcinali to i tak rodzice nadal będą obecni w ich życiu. Nie wiedzą, że nie można iść do najbliższego punktu wymiany i wybrać sobie lepszych.

Jeśli skarżycie się, że rodzice wiecznie narzekają, to zastanówcie się nad tym. A może mają rację. Może nie mają powodu do radości, może mieli trudne dzieciństwo, ciężkie życie, zdrowie zniszczone ciężką pracą. Może dali wam wszystko co mogli ale teraz we wspomnieniach widzicie wyłącznie to co było złe więc z czego mają się cieszyć. Jedźcie w świat na wakacje, odwiedzajcie góry, morza, latajcie wysoko i daleko, matki i ojca nie musicie odwiedzać, dokładnie tak jak powiedział wam psycholog.  

Jestem bardzo szczęśliwą mamą i teściową, powyższe pełne goryczy  słowa nie dotyczą moich dzieci.

czwartek, 9 lipca 2026

potyczki rodzinne



Mam taki kawałek ogrodu, gdzie nie plewimy a kosi się dwa albo trzy razy w roku. Ile tam roślin, ile pszczół, i tych wielkich pasiastych owadów które wyglądają jakby miały futerko, jakże one się nazywają. 

A zaraz za tą łąką malinowy busz, ja się tam nie zapuszczam, tak samo jak w porzeczki. W tym roku agrest się ugotował na słońcu i czarne porzeczki też, wszystko spadło z krzaków, ale reszta ma się dobrze. Chłop robi dżemy, nie do wiary, co to się porobiło. Ja się zawzięłam i powiedziałam, że ja dżemu nie jem, soku nie piję i nie będę się tym zajmować bo nie mam sił! No i nic nie rzekł tylko wziął stołeczek i poszedł zrywać owoce. Ale wcześniej powiedział, że nie będzie obcinał róż i jak chcę to sobie mogę sama ciąć. I obcięłam. Wyglądam jakbym walczyła z dzikim kotem. 

Przesyłam pozdrowienia! 








sobota, 4 lipca 2026

a jak tam było naprawdę..

 


Monika czekała na Piotrka w hotelowym pokoju. Lubiła te spotkania. Miejsce było trochę oddalone od centrum miasta, parking zawsze dostępny i bezpłatny, pokoje czyste a recepcja całodobowa. I dyskretna. To było dość ważne, bo Piotrek nie miał jeszcze rozwodu. Nie naciskała ale jednak byli ze sobą już dwa lata i status tej drugiej trochę jej doskwierał.

Był środek tygodnia, rozpoczęła się doba hotelowa i słychać było z korytarza turkot walizek. Kwaterowała się jakaś większa grupa gości. Potem wszystko ucichło. Piotrek przysłał wiadomość – jestem na parkingu – i po chwili już pukał do drzwi.

Przyniósł szampana i truskawki. Włożył butelkę do lodówki i rozglądał się po pokoju zastanawiając się jak umyć owoce. Monika wzięła od niego foliową torebkę i poszła do łazienki. Położyła torebkę w umywalce, odkręciła zimną wodę kierując strumień na owoce. Przegarnęła je ręką i nagle dostrzegła błyszczący przedmiot.

Piotrek! Cóż ty wymyśliłeś – zawołała, trzymając w palcach złoty pierścionek. O co ci chodzi? – zapytał, a w jego głosie słychać było zdziwienie. Nie wiem, nie pytaj, nie przyznaję się – stwierdził.

Ona oczywiście mu nie uwierzyła. Rozumiała, że na zaręczynowy jest za wcześnie ale to mogła być obietnica, bo jednak pierścionek jest symbolem, to nie łańcuszek, nie bransoletka.

Rozstali się jak zawsze koło jedenastej, gdy hotel zasypiał. Wyszli razem, na parkingu przytulił ją ostatni raz, ona wymownie spojrzała na swoją dłoń z nową ozdobą i uśmiechając się powiedziała – jest śliczny.

Piotrek nie powiedział nic.

Upłynęły dwa tygodnie i Monika zdążyła pokazać drobiazg na palcu wielu osobom. Koleżankom w pracy, siostrze, kuzynce. To jednak coś z tego związku będzie – mówiły.  Aż któregoś dnia przeglądała lokalne wiadomości gdy nagle zatrzymała się przed ogłoszeniem. Dziewczyna sprzedająca przed marketem truskawki zgubiła pierścionek, prawdopodobnie wpadł do torebki gdy ważyła owoce. Bardzo prosi znalazcę o zwrot, to ważna pamiątka. Spojrzała na rękę, na zdjęcie z ogłoszenia. Taki sam.

Co zrobić, co zrobić.

poniedziałek, 29 czerwca 2026

wakacje

 Hania naznosiła na trawnik pod czereśnią stertę  poduszek, kołder i kocyków i zrobiła legowisko, na którym można leżeć i czytać książki albo grać w planszówki albo bawić się z psem albo robić fikołki i gwiazdę albo leżeć i się nudzić.

Wakacje. Jaki to dobry czas. Dziecko ma prawo do nudy, wcale nie trzeba dziecku organizować zajęć, niech się kokosi, wymyśla zajęcia albo niech nie robi nic.

Wakacje. Dla mnie, gdy byłam dzieckiem, były to szczególne miesiące. Niekoniecznie dobre. Niekończąca się paląco pilna robota w polu. Plewienie ziemniaków, przewracanie i grabienie siana, zbieranie borówek, żniwa i młocka. Miałam wybór – mogłam iść w pole albo bawić młodsze rodzeństwo. Nigdy nie wpadłam na to, by się zbuntować i powiedzieć, że to nie są moje dzieci. Może się bałam a może miałam wpojone poczucie obowiązku. 

W te dnie długie i jasne był też czas na czytanie książek, na chlapanie się w strumyku, wspinanie się na owocowe drzewa w poszukiwaniu pierwszych jabłek i śliwek. Było kokoszenie się na kocyku, opowiadanie niesamowitych historii, straszenie się i popisywanie gimnastyką - która zrobi gwiazdę a która mostek ze stania.  Czas pierogów z borówkami, młodych ziemniaków z kwaśnym mlekiem, chleba ze śmietaną.

Na wrzesień czekałam z niecierpliwością, wrzesień to była szkoła, słowo lepsze niż wakacje.

 



czwartek, 25 czerwca 2026

piękna Jodłówka Tuchowska

 







Pokolorowane zdjęcia sprzed sześćdziesięciu lat. Na tym pierwszym fotografującemu udało się uchwycić krajobraz ówczesnej Jodłówki. Wzgórza, poletka wydarte z lasu, podzielone na niewielkie zagony. Dla mieszkańców lato było czasem wytężonej pracy, dla przyjezdnych wypoczynkiem. Bardziej pamiętam wieś z tych zdjęć niż współczesną ale zapewniam, jest tam przepięknie. Niebo niesamowicie wygwieżdżone, noce pełne odgłosów leśnych zwierząt, dzień pachnący poziomkami, storczyki na polanach, umykające spod nóg jaszczurki. 

I łyżka dziegciu w tej beczce miodu - tubylcy zaśmiecający jeden z najpiękniejszych zakątków, walająca się koło ścieżki w lesie sterta puszek, butelek, niedopałków. Nie wstydzą się, siedzą tam, piją, zostawiając za sobą śmietnik. Nie ma na nich sposobu. 


piątek, 19 czerwca 2026

Czar Rabki i inne zdarzenia (zderzenia)

 

Jestem cierpliwa. Wytrzymuję i nic nie mówię w sytuacjach, gdzie warto by było kimś potrząsnąć. Albo kopnąć w dupę. Tak, zdanie wcześniej chwalisz się cierpliwością.

Dziś był dzień gorący i duszny, poszłam na spacer po śniadaniu ale o jedenastej poczułam, że muszę odpocząć i napić się wody bo zemdleję. Przypomniałam sobie, że niedaleko jest duży sklep, tam powinna być klimatyzacja i tam najszybciej się ochłodzę. Duży nieduży, klimatyzacja jest, przejścia między stoiskami całkiem przyzwoite. Spaceruję. Wybieram wodę i jogurt na kolację. I nagle na stoisku z owocami widzę dwie czy trzy kuracjuszki. Kuracjuszki od Rabczanek odróżniam bez pudła. Te pierwsze ubierają się w za małe bluzeczki i spodnie 3/4, mają przeważnie zrobione paznokcie i ufarbowane włosy, noszą sportowe buty i spacerują po dwie albo po trzy. Do mniej więcej jedenastej rano żadnej kuracjuszki nie uświadczysz na mieście bo mają zabiegi.  Wiek 70+.

A te stały, a raczej schylały się nad czymś. Zaciekawiona podeszłam. Nosz kurwamać co za wstrętne babsztyle! Grzebały pazurami w koszykach z truskawkami i wybierały co ładniejsze. Wokół poniewierały się owoce, koszyki były postawione byle jak na pomidorach, na cebuli, gdzie popadnie.

Miałam huknąć ale nie huknęłam bo od tego jest obsługa. Niech france grzebią jak mogą. Jak by nie mogły to by nie grzebały.

Wieczorem poszłam posłuchać koncertu. Przez gópiguza siedzę na zewnątrz, gdzie nie ma nagłośnienia, bardziej zależało mi na obejrzeniu kostiumów uczestników, to był koncert piosenek Fogga. Siadałam więc koło fontanny i robiłam zdjęcia, ale wkrótce zrobiło się tłoczno i obok mnie usiadły kuracjuszki. Mówiły sobie wzajemnie komplementy – jak ładnie wyglądają, i zgadywały, z którego są rocznika, i takie były dla siebie miłe. A ja słuchałam jednym uchem bo drugie mam zniszczone, ale panie siedziały po mojej prawej zdrowej stronie, nie krępowały się zupełnie i gadały jakby mnie nie było.

Alejką szły panie w sukniach z epoki, w perłach, w bucikach zapinanych na ozdobne sprzączki. Szły pod rękę z panami we frakach, w cylindrach. Przekapitalny pomysł z tym projektem, brawo Rabka.

Szedł też zwyczajnie ubrany pan, w szortach i w sportowych butach. Prowadził za rękę kobietę w średnim wieku, pani miała trochę porażoną buzię i kolebała się podobnie jak ja. Musiała mieć jakieś poważne neurologiczne problemy, to było od razu widać.

Kiedy przeszli, kuracjuszki z ławki skomentowały – to od nas, widuję ich na stołówce. Zobacz, on jeszcze całkiem facet, tyle że ma brzuch,  a ona taka do niczego. Nie taka stara bo widziałam pesel, jeszcze nie emerytka. I dalej popłynęły z ocenianiem wyglądu tej pani.

Uwierzcie, ścisnęło mnie w gardle i łzy mi same popłynęły.

Mnie pewnie też tak ludzie oceniają.

Ale zaraz mi przeszło, wstałam i poszłam, ale myślałam o tym całą drogę. Myślałam – czemu nie złapałam jednej i drugiej za paskudne łby i nie trzasnęłam nimi o siebie.

środa, 17 czerwca 2026

pod jaśminami

 

Przy fontannie ze słoniami należy iść prosto w górę, uliczka prowadzi do parku choć w zasadzie tu już jest park. To jest pierwsza knajpka po lewej stronie. Nie pamiętam jak się nazywa. Obok niej stoją dwie ławki prawie całkiem zarośnięte jaśminem, który właśnie kwitnie. Knajpka mogłaby się nazywać Jaśminowa, ale tylko dla szczególnych osób. Na zewnątrz wystawiona jest tablica z zabawnym napisem – kawa 5 zł. Jeszcze jest coś napisane o ciastkach ale unikam wzrokiem takich informacji. Porzuciłam słodycze kilka tygodni temu. Łatwo nie było ale ja już tyle przyjemnych rzeczy w życiu musiałam porzucić. Nie wszystkie były legalne, to jasne. Niebo nad Rabką było w tym dniu niezrównoważone emocjonalnie. Raz jaśniało błękitem a za chwilę zaciągało się czarnymi jak mój charakter chmurami.

Właśnie lunęło i dlatego weszłam do tej knajpki.

Południe. Dziady kalwaryjskie jeszcze na zabiegach albo drzemią czekając na obiad. Nie wiem czy muszę pisać dlaczego tak brzydko nazywam niektórych mężczyzn. Zagadką dla mnie jest styl życia i bycia emerytów w sanatorium. Jedni pozbawieni matkowania żony snują się zapominając o myciu i zmianie bielizny, inni mając za dużo czasu a żonę daleko wyobrażają sobie, że są królami życia i podrywają kelnerki, rehabilitantki i co ładniejsze pokojowe. Jest jeszcze jedna kategoria – przyjeżdżają się rehabilitować, zawzięcie ćwiczą i w pokoju przebywają jak najmniej.

O paniach pisałam już nieraz, i to surowo, a odkąd zgrubłam i zbrzydłam to się zaliczam do niewidzialnej kategorii. Ale hola hola, ja nie jestem teraz w sanatorium, ja jestem w hotelu! Nikt mnie na zabiegi nie pogania, nikt mi zupy w wazie pod nos nie podstawia. Robię co mi się żywnie podoba, czyli przeważnie nic. Od trzech dni nikt nie sprzątał mojego pokoju to może się za sprzątanie wezmę.

Knajpka przytulna. Wchodzisz a tam fotele, bar, a za barem śliczna dziewczyna, za nią półki pełne płynów czyniących świat łagodniejszym.

Ach, przypomniała mi się pewna randka w piwnicy. Nie żebym zapraszała kogoś do noszenia węgla albo sprzątania półek na przetwory, nie o to chodzi. W krakowskich kamienicach kryją się w podziemiach kawiarnie, puby, knajpy, lokale, mordownie i kawiarenki, na na na kawiarenki..

Uspokój się Klarka. A właśnie że nie, to nie ja, to gópigus.

To było dość dawno i nie wiem zupełnie skąd te skojarzenia. Pewnie nastrojowe światło, pewnie tak. Wchodzisz w samo południe do pomieszczenia a tam półmrok, plumkanie muzyki, inny świat. Ale wtedy było inaczej! Wtedy byłam umówiona z człowiekiem którego nigdy w życiu nie widziałam na oczy. Dlaczego w piwnicy? Nie byłam wtedy taka stara i gruba jak Barbakan ale od tego człowieka byłam znacznie starsza. Napisał mi, że ma 25 lat. A w piwnicy wiadomo, półmrok, świece, wiecie jak świece dodają łagodności rysom.

Schody prowadziły w dół, robiło się coraz chłodniej. Miałam na sobie cienki sweterek. Od tamtej pory zawsze pilnowałam, aby pod taki typ ubrania wkładać kryjący biustonosz. Ale przecież był półmrok. Usiadłam przy stoliku i patrzyłam na surowe mury pomieszczenia, drewniane stemple i bar. Nie czekałam długo. Przyszedł. Niósł jedną różę. Miał długie, ciemne, kręcone włosy, ciemną cerę i olśniewający uśmiech.  Ubrany był w ramoneskę i dżinsy.

Na pewno nie miał 25 lat. Mój syn miał 25 lat więc wiedziałam jak wyglądają faceci w tym wieku. To nie był facet, raczej chłopiec.

Zamówił piwo, więc nie był nieletni.

Siedzieliśmy w tej piwnicy ze dwie godziny rozmawiając o wszystkim i należało podjąć decyzję – wychodzimy stąd i żegnamy się czy zmieniamy miejscówkę.  Wyszliśmy na zalaną słońcem ulicę i poszliśmy w kierunku Plant. Pięćdziesiąt metrów albo mniej, tam jest przystanek, z którego odjeżdżał mój tramwaj. Ósemka nadjechała prawie natychmiast, powiedzieliśmy sobie do zobaczenia, do następnego razu, miło cię było poznać, jesteś autentyczna, nie ściemniasz. To się rzadko zdarza. Tak, wiem.

Ta znajomość przetrwała do dziś. Poznałam też jego chłopaka, jest tak samo sympatyczny i zabawny.  

Ale miało być o knajpce pod jaśminami. To jutro albo kiedyś. 

wtorek, 16 czerwca 2026

długi dzień a sił mało

 


Nie wiem jeszcze czy polecać ten hotel czy przeciwnie, na razie porównuję. Dotychczas jeździłam do sanatorium ale zasady panujące w hotelach z grubsza znam. Tu jest trzy gwiazdki. Ja czwarta.  W sanatorium zawsze było dużo personelu, wszystkiego pilnowali, głównie żeby nie ruszać i nie zepsuć. Na posiłki należało przychodzić na konkretną godzinę bo pięć po już nie było co do gęby włożyć stołówka pracowała na zmiany.

No i co. Ja jestem trochę wycofana z powodu gópiguza a trochę zacofana z powodu nieśmiałości i wychowania „nie rusz bo zepsujesz”. W sanatorium były rehabilitantki, włączały urządzenia, pilnowały, sprawdzały, czasem poganiały i pokazywały, kto rządzi.  A tu traktuje się ludzi jak dorosłych, czyli – tam są ręczniki, tu jest sauna, tam jakuzzi, tu przyrządy do ćwiczeń itd. I na tym koniec. Właściwie do końca daleko.

Poszłam ja wczoraj do tej piwnicy do jakuzzi. Długo rozważałam, czy iść w szlafroku czy tam się przebierać. Poszłam w szlafroku. Pora obiadowa, musiałam przeparadować koło restauracji, super. Ręcznik wzięłam, prysznic wzięłam, tzn nie że urwałam i wzięłam, umyłam się.  Wlazłam do wody. I teraz tak – jak się to włącza? Ponaciskałam wszystko co się dało oprócz podświetlania, tyle się domyślałam. Wybór był prosty – naciskać albo wyłazić z wody i iść do recepcji spytać jak to działa. Pora obiadowa, przypominam. Wszystko ruszyło super. Mój ukochany relaks. Potem jeszcze tylko wrócić w tym szlafroku i klapkach na drugie piętro. W biały dzień, pora obiadowa, restauracja ogólnodostępna. Żebym to jeszcze była zgrabna i powabna albo coś. No trudno. Mówiłam że raz się żyje a potem się straszy. Myliłam się, można straszyć za życia.

 Przed wieczorkiem pomyślałam sobie, że pójdę na masujący fotel. Stoi przy wejściu do SPA, nic tylko siadać i korzystać. To siadłam. Nie miałam okularów więc nie widziałam ustawień na pilocie. No ale każdy pilot ma taki sam start to nie ma się co stresować. Cyk. Zobaczyłam też strzałki i pomyślałam, że tymi strzałkami reguluje się intensywność masażu. Myliłam się. To było ustawienie fotela. Wywaliłam się jak długa i leżałam taka nieporajdana aż wróciłam tymi strzałkami do pozycji siedzącej a potem to już było normalnie. Jakby mnie kto kijem tłukł po plecach.

O innych przyjemnościach napiszę wkrótce.

sobota, 13 czerwca 2026

znów o tej Mikulinie

 Dowcip stary, ale mnie zawsze śmieszy. 



Mój chłop ma za nic napominania i kiedy tylko wychodzi poza teren wsi, radośnie puszcza Mikulinę na łąki a ta hasa hyc hyc jak kangur. Zanim podniesiecie alarm, że ucieknie, zagryzie zające, ptaki i co mniejsze dziki   to proszę, darujcie sobie, mojemu chłopu i tak nie da się nic powiedzieć bo on jest z Podlasia. Więc wszystko wie najlepiej. 

A teraz Mikulina zachowuje się jak wartownik a ja się czuję jak więzień. Z kotami było inaczej - kot na widok walizki kładł się do walizki i to był znak, że rozumie, mogę sobie jechać gdzie chcę a on będzie czekać. Skoro go nie chcę zabrać mimo że się spakował. Wpakował? Sama nie wiem jak to nazwać. 

 Mikulina dotychczas nigdy nie doświadczyła rozstania ze mną, dwa lata nie ruszałam się z domu, tyle co na parę godzin i z powrotem.  Teraz zamierzam wyjechać na parę dni ale pytanie - skąd ona wie o moim wyjeździe? Słyszy i rozumie? Zamieszania nie ma bo i wyjazd niedaleki. Ale Mikusia nie odstępuje mnie na krok, aż stało się to męczące bo trzeci dzień bezustannie potykam się o psa. Mam taki fotel przy biurku i ona wbija się między fotel i szafkę i siedzi przy mnie cały czas a kiedy wstaję, idzie za mną tam dokąd i ja idę. 

Ciekawa jestem co to będzie za powitanie. 



czwartek, 11 czerwca 2026

przemoknięte serca

 


Czuję się trochę opuszczona ale to pewnie z powodu pogrzebu, kiedy kolejny raz uświadomiłam sobie, jaki to dotkliwy ból, gdy ktoś odchodzi na zawsze. Ksiądz mówił, że najważniejsza jest miłość, i życzył wszystkim, aby tej miłości nikomu nie brakło. Deszcz jak w oklepanym motywie powieści mieszał się ze łzami. Jeśli w zimny dzień w środku tygodnia przychodzi pożegnać kogoś tłum ludzi nie zważając na lejącą się z nieba wodę to jest to ważne.  Dość to przewrotne, ale na tej uroczystości doświadczyłam czegoś niezwykłego, poczułam się spokojniejsza. Warto oczywiście żyć, ale jeśli przyjdzie mój czas, to nic wielkiego się nie stanie.  Życie się kończy, a miłość zostaje. 

środa, 10 czerwca 2026

dzień za dniem

 



Wkurzam się. I nie tylko na siebie. Kupiłam płytki na podłogę do kuchni a na drugi dzień dostałam maila, że płytek nie ma a pieniądze mi odeślą. Tylko nie napisali kiedy. Remont startuje za trzy dni. Róże na uspokojenie nerwów. 


piątek, 5 czerwca 2026

wiem, że jesteś tam

 

Tego numeru nie miałam w książce. Wyświetliła mi się wiadomość z niewiarygodną, tragiczną treścią i  pomyślałam, że ktoś się pomylił ale trzeba to  sprawdzić. W ten sposób o kilka minut odsunął się ten moment, gdy na gardle zaciska się obręcz i nie można złapać oddechu, wraca dopiero wraz z niepohamowanym płaczem.

Najpierw miałyśmy dla siebie dużo czasu. Dom przy domu, ten sam autobus, ta sama droga do pracy. Radosna, uczynna, pracowita dziewczyna lubiła spędzać czas w moim domu a ja szybko przykleiłam się do jej rodziny. Nikogo tu nie znałam i nie było mi lekko. Poznawałam tutejszą społeczność prze jej pryzmat. Zmiana pracy dotknęła nas obie, ale co z tego, nie my jedne. Stałyśmy potem ramię w ramię na Kleparzu – wypisz-wymaluj – przekupki. Więcej gadania jak handlu.

Miałyśmy tyle tajemnic. Tyle wieczorów pełnych śmiechu, tyle zmartwień i pocieszeń. Nawet ciuchy sobie pożyczałyśmy. Tańczyłam na jej weselu do rana, do białego rana, a rano wracałam do domu niosąc w rękach szpilki i śpiewając na cały głos „Przeżyj to sam”.

A potem poszłyśmy obydwie do szkoły aż na trzy lata. Lata radości, śmiechu, powrotu młodości. Miałyśmy najlepsze oceny, a jakże! Cudowny czas. Byłyśmy nierozłączne jak dziewczynki z podstawówki, ludzie mylili nasze imiona. Jadąc na obronę dyplomu przeżyłyśmy czołowe zderzenie, obsypane szkłem martwiłyśmy się nie o życie i zdrowie tylko o ten nieszczęsny egzamin.

Zawsze była po mojej stronie. Wiecie jakie to jest cudowne mieć kogoś takiego? Zawsze wiedziałam, że gdy będę w potrzebie, mogę prosić o wsparcie, zawsze. To nie miało znaczenia, że nasze drogi w końcu się rozeszły bo świat się o nas upominał. Wiedziałam, że jest i nic się między nami nie zmieniło.

Pewnego razu doznałyśmy krzywdy od jednej wiedźmy.  Dlaczego ktoś krzywdzi  dobrą, pracowitą, uczciwą dziewczynę? Bo może. Bo jest dobra, pracowita i uczciwa.

Upłynęły kolejne lata i nawet odważyłam się myśleć, że może znów obydwie będziemy mieć czas na plotki, śmiechy, radości i smutki.

A teraz umarła. Nie miałam w życiu wielu przyjaciółek. Nie miałam w życiu wielu osób, które zawsze były po mojej stronie.  Tak się czuję jakby mi znów siostra umarła. Siostro moja, Asiu kochana tam w niebie zaopiekuj się  Agatką.

Wiem, że jesteś tam, i wiem, że już nie mogę do Ciebie zadzwonić. A kiedy mogłam, to nie dzwoniłam.

 

sobota, 30 maja 2026

zagadka dziurawej sukienki

 Ta wiosna wcale nie jest za ciepła ale ja jestem wielką miłośniczką sukienek i kiedy tylko się da, noszę je na każdą okazję. Ale w tym roku coś się z nimi dzieje. Co prasuję to po prawej stronie na wysokości biodra dziura. A ja szyć nie umiem, nie lubię i nie chcę, więc rzecz do wyrzucenia. Moje sukienki są z bawełny albo z wiskozy, niektóre lniane, takie codzienne i proste. Zawsze mam ukochaną czerwoną, to mój letni ulubiony kolor. Miałam taką jedną lnianą w pracy, nosiłam do zdarcia, była od prania cienka jak papierek.  Ale skąd teraz  dziury?! 

Czy już nie wiem co robię i szarpię w tym miejscu, czy o coś zahaczam? Tak się zastanawiam któryś dzień aż nagle zrozumiałam. Mikulina staje na dwóch łapach i opiera się przednimi dokładnie w tym miejscu. 

środa, 27 maja 2026

jeśli chcesz mieć kwiaty to idź z sekatorem do ogrodu

 

Aleś wymyśliła, kolejna mądrość gópiguza. 

Śmieję się, że mam cięte kwiaty przez cały sezon bo sobie sama ścinam w ogrodzie co chcę. Przyznaję - teraz zapach jest wspaniały bo kwitną i kaliny, i ostatni bez, i co ja tu będę pisać - wszystko kwitnie. Pomysł obsadzenia śmietnika różami uważam za absolutnie doskonały. Zresztą róże można sadzić wszędzie, tylko nie wszędzie urosną. 

Usiłuję się odchudzać ale idzie mi strasznie opornie. Gópigus, tarczyca, sterydy, antydepresanty, zmiana trybu życia! I tak uważam, że jestem dzielna. Ubywa mi pół kg na tydzień. Mam motywację, chcę, aby Hania miała babcię tak długo jak się da. No i żal mi porzucać blog i fp ;)))). 

Podobno  szczupli i sprawni żyją dłużej. A jak tam jest naprawdę to nie wiadomo.