Przy
fontannie ze słoniami należy iść prosto w górę, uliczka prowadzi do parku choć
w zasadzie tu już jest park. To jest pierwsza knajpka po lewej stronie. Nie
pamiętam jak się nazywa. Obok niej stoją dwie ławki prawie całkiem zarośnięte
jaśminem, który właśnie kwitnie. Knajpka mogłaby się nazywać Jaśminowa, ale
tylko dla szczególnych osób. Na zewnątrz wystawiona jest tablica z zabawnym
napisem – kawa 5 zł. Jeszcze jest coś napisane o ciastkach ale unikam wzrokiem
takich informacji. Porzuciłam słodycze kilka tygodni temu. Łatwo nie było ale
ja już tyle przyjemnych rzeczy w życiu musiałam porzucić. Nie wszystkie były
legalne, to jasne. Niebo nad Rabką było w tym dniu niezrównoważone
emocjonalnie. Raz jaśniało błękitem a za chwilę zaciągało się czarnymi jak mój
charakter chmurami.
Właśnie lunęło i dlatego weszłam do tej knajpki.
Południe. Dziady kalwaryjskie jeszcze na zabiegach albo drzemią czekając na obiad. Nie wiem czy muszę pisać dlaczego tak brzydko nazywam niektórych mężczyzn. Zagadką dla mnie jest styl życia i bycia emerytów w sanatorium. Jedni pozbawieni matkowania żony snują się zapominając o myciu i zmianie bielizny, inni mając za dużo czasu a żonę daleko wyobrażają sobie, że są królami życia i podrywają kelnerki, rehabilitantki i co ładniejsze pokojowe. Jest jeszcze jedna kategoria – przyjeżdżają się rehabilitować, zawzięcie ćwiczą i w pokoju przebywają jak najmniej.
O
paniach pisałam już nieraz, i to surowo, a odkąd zgrubłam i zbrzydłam to się
zaliczam do niewidzialnej kategorii. Ale hola hola, ja nie jestem teraz w
sanatorium, ja jestem w hotelu! Nikt mnie na zabiegi nie pogania, nikt mi zupy
w wazie pod nos nie podstawia. Robię co mi się żywnie podoba, czyli przeważnie
nic. Od trzech dni nikt nie sprzątał mojego pokoju to może się za sprzątanie
wezmę.
Knajpka
przytulna. Wchodzisz a tam fotele, bar, a za barem śliczna dziewczyna, za nią
półki pełne płynów czyniących świat łagodniejszym.
Ach,
przypomniała mi się pewna randka w piwnicy. Nie żebym zapraszała kogoś do
noszenia węgla albo sprzątania półek na przetwory, nie o to chodzi. W
krakowskich kamienicach kryją się w podziemiach kawiarnie, puby, knajpy,
lokale, mordownie i kawiarenki, na na na kawiarenki..
Uspokój
się Klarka. A właśnie że nie, to nie ja, to gópigus.
To
było dość dawno i nie wiem zupełnie skąd te skojarzenia. Pewnie nastrojowe
światło, pewnie tak. Wchodzisz w samo południe do pomieszczenia a tam półmrok,
plumkanie muzyki, inny świat. Ale wtedy było inaczej! Wtedy byłam umówiona z
człowiekiem którego nigdy w życiu nie widziałam na oczy. Dlaczego w piwnicy?
Nie byłam wtedy taka stara i gruba jak Barbakan ale od tego człowieka byłam
znacznie starsza. Napisał mi, że ma 25 lat. A w piwnicy wiadomo, półmrok,
świece, wiecie jak świece dodają łagodności rysom.
Schody
prowadziły w dół, robiło się coraz chłodniej. Miałam na sobie cienki sweterek.
Od tamtej pory zawsze pilnowałam, aby pod taki typ ubrania wkładać kryjący
biustonosz. Ale przecież był półmrok. Usiadłam przy stoliku i patrzyłam na
surowe mury pomieszczenia, drewniane stemple i bar. Nie czekałam długo. Przyszedł.
Niósł jedną różę. Miał długie, ciemne, kręcone włosy, ciemną cerę i olśniewający
uśmiech. Ubrany był w ramoneskę i
dżinsy.
Na
pewno nie miał 25 lat. Mój syn miał 25 lat więc wiedziałam jak wyglądają faceci
w tym wieku. To nie był facet, raczej chłopiec.
Zamówił
piwo, więc nie był nieletni.
Siedzieliśmy
w tej piwnicy ze dwie godziny rozmawiając o wszystkim i należało podjąć decyzję
– wychodzimy stąd i żegnamy się czy zmieniamy miejscówkę. Wyszliśmy na zalaną słońcem ulicę i poszliśmy
w kierunku Plant. Pięćdziesiąt metrów albo mniej, tam jest przystanek, z
którego odjeżdżał mój tramwaj. Ósemka nadjechała prawie natychmiast,
powiedzieliśmy sobie do zobaczenia, do następnego razu, miło cię było poznać,
jesteś autentyczna, nie ściemniasz. To się rzadko zdarza. Tak, wiem.
Ta
znajomość przetrwała do dziś. Poznałam też jego chłopaka, jest tak samo
sympatyczny i zabawny.
Ale miało być o knajpce pod jaśminami. To jutro albo kiedyś.
