Na początku
była szkoła. Mój tata się w niej uczył ale krótko. Opowiadał trochę ale ja jego
opowieści nie słuchałam z uwagą, bardzo tego żałuję. Przeżył egzekucję
nauczycielki i o tym strachu opowiadał wiele razy, jak uciekał przerażony tak
bardzo, że pomylił ścieżki w lesie aż trudno mu było potem trafić do domu. Miał
osiem czy dziewięć lat. To była relacja świadka z tamtych czasów, mówił zawsze
to samo i nie ubarwiał zdarzenia, w swej historii był małym chłopcem, jego
nauczycielkę wyprowadzili z klasy i zastrzelili na schodach. Nie było
psychologów leczących traumy, nie było mamy i taty odbierających dziecko ze szkoły.
Był czarny las, przerażenie, tęsknota za ojcem wywiezionym na roboty, głód i
strach.
Po wojnie
nadal była tu szkoła. Niewiele wiem o tym czasie w tamtych stronach. Zaczynałam
naukę w podstawówce w 1970 roku w nowym budynku zbudowanym w innym miejscu a w
starej szkole powstała knajpa.
Pisałam o
niej tu na blogu, wystarczy wpisać w lupkę „knajpa”. Tamta moja opowieść jest
oczywiście ubarwiona choć wcale wesoło nie było.
Zadymiona mordownia
cuchnąca moczem, wypełniona bełkotem pijanych mężczyzn. Pod budynkiem godzinami
stały furmanki, gospodarze przepijali zarobek. Za knajpą pod jabłonią leżeli
nieprzytomni pijacy, ojcowie rodzin, którzy w niedzielę z całymi rodzinami
wędrowali do pobliskiego kościoła.
Ile tam było
płaczu, ile próśb żon i dzieci – tata, chodź do domu.
Taką knajpę,
taką wieś zostawiłam i tylko czasem, raz do roku, raz na dwa lata, raz na pięć
lat odwiedzałam.
Pytałam, widząc opuszczony budynek – co tu
będzie, kto to remontuje. Częściej o nic nie pytałam, bo moje odwiedziny były
za rzadkie, za krótkie, i nie po to by pytać o knajpę.
Aż pewnego
dnia musiałam tam wejść. W czarnej sukience prosto z cmentarza. Na parterze nie
było knajpy ale była sala, w której odbywały się przyjęcia wesołe i smutne. Były
tam też inne pomieszczenia potrzebne społeczności – gabinet lekarski, biuro
sołtysa i to, co mnie zachwyca – wspaniała biblioteka!
Tam to się
dopiero dzieje! Wystawy lokalnych twórców. Spotkania z ciekawymi ludźmi, kursy,
konkursy, szkolenia. Biblioteka już nie jest miejscem, gdzie pani siedzi i
wypożycza książki, o, nie. Tu się dzieje kultura, tu się przewijają mieszkańcy
od maluszka do staruszka i każdy coś dla siebie znajdzie. Podglądam i
podziwiam, i bardzo, ale to bardzo się cieszę z tej metamorfozy nie tylko
miejsca.

Bardzo mi się podoba nowe oblicze bibliotek. Chyba w 2002 roku zobaczyłam to w USA, zatkało mnie to wtedy.
OdpowiedzUsuńA z chórem śpiewałam w bibliotece w Corku, super doświadczenie!