piątek, 22 maja 2026

lataj dziecko wysoko!

 Orły latają wysoko, barany chodzą stadami. 

Moja wnuczka mieszka w innej niż ja miejscowości ale rano przyjeżdża do nas bo woli babcię niż świetlicę. Koło jedenastej  Hania jedzie do szkoły autobusem. Już kilka razy prosiła mnie, żeby jej nie odprowadzać na przystanek ale ja się nie zgodziłam. Ulica jest ruchliwa a trzeba przejść przez nią dwa razy, do przystanku jest zaledwie sto metrów i widać go z okna, ale co z tego. Bałam się. 

Druga klasa, dziecko małe, plecak wielki, droga ruchliwa, auto za autem auto za autem. Tak się nakręcałam zamiast realnie ocenić sytuację. Dziecko rozsądne, zdrowe, sprawne i wysportowane, rodzice nigdy nie wykazywali się nadopiekuńczością, przeciwnie - zachęcali od początku do samodzielności. 

Chcesz iść, idź. Oczywiście, dasz radę, bardzo się cieszę że jesteś samodzielna. Tak powiedziałam a w sercu wiecie, niepokój. Ale z drugiej strony naprawdę tak pomyślałam - trzeba jej pozwalać na coraz więcej, co z tego, że kocham babciować. Hania sprząta za sobą, dba o swoje rzeczy i pilnuje swoich spraw bo tak jest wychowana, nie mogę tego psuć. 

Śmiało możecie pisać, jak wyglądały Wasze wędrówki do szkoły. Moja opisana tu na blogu i w książce. 


17 komentarzy:

  1. No ja chyba się trochę skompromituję. Do szkoły miałam bardzo blisko, po drodze była malutka uliczka. A ja długo marzyłam o tym, żeby mnie mama odprowadzała! Co abstrahując od innych spraw byli mało możliwe, bo mama pracowała na zmiany i najczęściej to jest w domu po prostu nie było

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a z jakiego powodu chciałaś być odprowadzana? Nie czułaś się bezpiecznie?

      Usuń
    2. Chyba byłam rozpieszczona albo brakowało mi uwagi mamy. Obstawiam mieszankę, dość wybuchową

      Usuń
  2. Kiedy mieszkałam u Dziadków na wsi, szkołę miałam bardzo blisko. Szczególnie, kiedy zamiast iść ulicą, szłam przez gruzy.
    Kiedy zamieszkałam w mieście, dygałam 2,5 km. Zwykle szliśmy całą gromada, ale zimą fajnie nie było, bo naszej ulicy nikt nie odśnieżał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zimą na naszej ulicy były wyślizgane przez dzieciaki rynsztoki, zimą droga do szkoły zajmowała 10 minut :) latem pół godziny.

      Usuń
  3. Do pierwszej i drugiej klasy chodziłem do szkoły odległej o 50 metrów przez dziurę w siatce. Szkołę widać przez okno - żadnych ulic czy innych zagrożeń. Od klasy trzeciej zmieniłem szkołę bo w poprzedniej(tej za siatką) było także liceum a że były to czasy wyżu demograficznego więc się dzieciaki nie mieściły. Nie było skrzyżowania ze światłami ale były pasy(wypadki i tak się zdarzały - śmiertelne też). Teraz ulica ma po trzy pasy w każdą stronę a od dwóch lat dodali nam tramwaj. Nie próbuję nawet obliczać ile razy wzrósł ruch. O własne wnuczki też się boimy choć idą do szkoły niewielkimi uliczkami małego miasta. Takie to już chyba babciowo-dziadkowe troski...

    OdpowiedzUsuń
  4. Klasy I-II - przez pole, które należało do dziadka, szkoła tysiąclatka na końcu tego pola, plac był kiedyś polem dziadka. Klasa III - ok. 3 km, droga znośna, chyba, że zasypało. Klasy IV-VIII - 3 km, trochę nas podwożono zakładowym Żukiem, więcej pieszo. Po drodze czytałam leząc poboczem, ruch samochodowy był nienachalny. Gdzieś w okolicach VII klasy zaczął kursować miejski autobus - tzw. czerwony, ale wolałam pieniądze na bilet wydać na słowo drukowane. Maria

    OdpowiedzUsuń
  5. W młodszych klasach miałam niedaleko, tak ok 400-500 m. Mama lub Babcia prawie całą drogę widziały z okien domu. Potrafiłam wracać nawet 2 godziny 😁. Potem było nieco dalej, ale wciąż w tej samej ml iejsciwości.. gdy skończyłam ok 10 lat sama jeździłam pociągiem do pobliskiego miaste.(Mama opwiadała, że przeżywała katusze, ale uczyła nas samodzielności od małego). Ania z Włodawy

    OdpowiedzUsuń
  6. Prozaicznie, do podstawówki i liceum miałam blisko i bezpiecznie.
    Podziwiałam ucznia mojego męża: 3 km rowerem na PKS, autobus, z dworca PKS do szkoły, po południu z powrotem, a jeszcze w domu ojcu przy krowach pomagał.

    OdpowiedzUsuń
  7. Mialam 1,5 km, zwykle na nogach i z gorki (gory wielkiej), starczalo 15-20 minut i zawsze byla ta droga troche krotka. Zwykle chodzilysmy we dwojke z rowiesniczka, czasem cala grupa i wtedy bylo najfajniej. Powroty byly cala przygoda. Czasem trwaly dlugo, bardziej niz dlugo wg babc, cioc i mam; po fosach na wiosne, uwalnialismy strumyczki cieknace droga w dol wiosna i jesienia, zima brnelismy w zaspach po pas lub po pompon w czapce - bylismy polarnikami, zdobywalismy biegun. Najlepsza byla jesien i zbieranie kasztanow, zoledzi, lisci, orzechow, dojrzalych jablek i gruszek... w domu byly reprymendy, ze znow dziury w rajstopach, mokre buty, zimne rece, podrapane policzka. Ech! Dobrze, ze nie bylo nigdy takiej samej wedrowki do i ze szkoly. To 1,5 km to bylo nasze zycie towarzyskie, porownania, powtorki z lekcji, wymiana roznosciami, opowiadanie tego co sie czytalo, slyszalo, widzialo. Lekcje mijaly szybko, poranne przygotowania byly szybki i sprawne bo kolezanka juz czeka...

    OdpowiedzUsuń
  8. Do szkoły miałam mniej niż 1km, a przejście przez ulicę było bardzo niebezpieczne, bo prawie przed samym ostrym zakrętem. Moja mama odprowadzała mnie codziennie przez jakiś czas, w drugiej klasie podstawówki dogadałyśmy się, że już dam radę sama. Odprowadzał mnie za to.. piesek sąsiadów :) Cudowna psinka. Szła ze mną aż do tego felernego przejścia dla pieszych, spoglądała i czekała aż przejdę. Potem wracała sobie do domu. Niesamowite.

    OdpowiedzUsuń
  9. Też śledzę rozwój samodzielności u mojej 4,5 letniej wnuczki. Zauważam, że wnuczka jest taka sama jak jej ojciec. Żeby to ująć w ładne ramy, jest nad wyraz samodzielna i bardzo szybka. Kiedyś powiedziałem Synowi, że wnuki odpłacają swoim rodzicom tym samym co dziadkowie zaznali od swoich dzieci. Teraz już nie narzeka.

    OdpowiedzUsuń
  10. Przez caly okres nauki mialam "pod gorke".Do szkoly podstawowej bylo okolo 3 km.Do LO jezdzilam taka ciuchcia waskotorowa okolo 7km,z dojsciem do stacji okolo 1km.Na poczatku studiow mieszkalam na stancji w W-wie, ale niedlugo.Potem juz dojezdzalam: ta sama ciuchcia lub autobus do dworca, godzina w pociagu i znowu autobus do uczelni.I tak przez 5 lat.
    A moje dzieci albo byly zawozone autem pod szkole ,albo mialy ja bardzo blisko lub blisko do autobusu . Coz, czas plynie i ludziom coraz latwiej.Urszula

    OdpowiedzUsuń
  11. Od I do III klasy chodziłam "na drugą zmianę", do szkoły miałam półtora kilometra w tym przejście obok ruin, w których zawsze urzędowali pijacy(rzecz się działa w powojennej Warszawie)i było jedno przejście przez b. ruchliwą jezdnię, bez świateł, bo wtedy jeszcze nigdzie ich nie było, nawet w śródmieściu miasta, więc byłam zawsze eskortowana przez babcię. Ale 2 ostatnie klasy podstawówki to miałam już w nowej szkole, która była.... po drugiej stronie ulicy, przy której mieszkałam. I to było straszne- babcia cały czas stała w oknie i mnie obserwowała.

    OdpowiedzUsuń
  12. Mialam bliziutko do podstawowki - widać ją bylo z okna, jakieś 100m, do liceum tez moglam spacerkiem, za to dziecku zafundowalam dojazdy autobusem o 7 rano! Bo to na wsi 😥Za to wnuczki mają znów bliziutko do bardzo fajnej szkoly! 5 minut ( to ja idę), one jakies 3 !

    OdpowiedzUsuń
  13. co to znaczy 'sprząta za sobą'?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. odnosi naczynia do kuchni, odkłada na miejsce gry, zabawki, wiesza na wieszak odzież, wkłada swoje rzeczy do szuflady, wyrzuca do kosza opakowania itd

      Usuń

Twój komentarz