środa, 1 maja 2024

święto pracy

 Pierwsze maje kojarzą mi się z sadzeniem ziemniaków. Było to zajęcie męczące i brudzące. Nie lubiłam pracy w polu, bardzo mnie męczyła. 

W górach prawie wszystko robiło się ręcznie. Pole poorane rzędami z góry na dół, w rzędach rozłożony obornik. Bezpośrednio na nim układało się sadzeniaki. Potem trzeba to było przykopać motyką. Wielką i ciężką. Dzieci pracowały narzędziami dla dorosłych. Przy sadzeniu dźwigaliśmy kosze i wiadra pełne ziemniaków a motyka była wielka i ciężka. 

Paliło wiosenne słońce do czerwoności skóry. Piekły ramiona i plecy. Gdzieś w mieście robotnicy karnie szli w pochodach, my po pracy biegłyśmy pod Brzankę do kapliczki do Klimka, tam pod dziką czereśnią stały drewniane ławeczki i stamtąd rozlegał się niczym w majowej pieśni po górach i lasach śpiew. 

Pokazywałyśmy sobie z koleżankami odciski na dłoniach i spieczone ramiona. 

Każda uczestniczyła w pracach w domu i w polu, nawet te dzieci, które już chodziły do średniej szkoły i mieszkały na stancji lub w internacie starały się pomagać w najpilniejszej robocie. 

Nie lubiłam pracy w polu i dalej nie lubię. Tak samo jak wszelkiej pracy fizycznej. I całe życie w orce! 


24 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja się tylko otarłam o pracę na wsi. Latem u babci. Bywało naprawdę ciężko.
    Dzieci nie powinny tak ciężko pracować.

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałam to szczęście, że nie urodziłam się na wsi tylko w stolicy. Pamiętam tylko, że byłam raz na koloniach letnich na podwarszawskiej wsi - to było po I klasie, a ja poszłam do szkoły mając 6 lat. Dla mnie to był szok - nie dość, że warunki sanitarne oscylowały w okolicy zera, jedzenie było dla nas niemal niejadalne, mycie w korytach na podwórzu w lodowatej wodzie, to nas zagnano wpierw do zbierania w kartoflisku wyimaginowanej stonki, czyli znajdowaniu papierowych stonek przyklejonych do spodu liści a potem do chodzenia po polu i zbieraniu niedokładnie zebranego skoszonego zboża, ewentualnie ułamanych łodyg z kłosami.To był rok 1949. I ten pobyt skutecznie obrzydził mi kolonie oraz pobyt na wsi. Po stokroć wolałam potem tkwić całe wakacje w mieście niż wyjazd na jakiekolwiek kolonie, lub nie daj Boże na wieś. A ponad siły nikt nie powinien pracować- ani dzieci ani dorośli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dla sześcioletniego dziecka to musiało być bardzo trudne

      Usuń
  4. Moze i ciezko bylo ale z czasem staje sie sentymentem. Ja lubilam akurat sadzenie ziemniakow a jeszcze bardziej wykopki. Moglam lubic, bo rodzice mieli 1 hektar pola :))) - ogrodu czy ogrodka. Pracy wiec malo. Najbardziej lubilam podlewac marchewki, koperek, salate... i kwiatki, szczegolnie jak ojciec przyniosl dlugi waz i pompe do studni. Latem podlewanie na styku dnia i nocy: zapachy, koncert "cykad" swierszczykowych, zapach pachnacej lipy snie do dzisiaj...
    Ty to umiesz poruszyc w czlowieku wspomnienia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kiedy dzwoni do mnie siostra z pytaniem "co tak długo nie piszesz" odpowiadam "nie mam o czym" i wtedy zaczynamy wspominać te dziecięce lata, i masz rację, nie jest to narzekanie bo przecież gdybyśmy pamiętały wszystko co sprawiało przykrość to raczej unikałybyśmy tych "szufladek" które nam się otwierają w tych rozmowach

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  5. Praca na wsi nigdy się nie kończy. Świnia czy krowa nie ma pojęcia, że jest niedziela i gospodarz chciałby odpocząć. Kartofle muszą być posadzone, zboże zebrane na czas. Pamiętam nogi podrapane na ściernisku, kiedy zbierałam kłosy, pamiętam wyprawy na pole, żeby podbierać ziemniaki spod krzaków, bo stare już się skończyły. Do dziś ciemne chmury na czerwcowym niebie powodują szybsze bicie serca, bo kiedyś oznaczały strach, że nieskopione siano zmoknie i trzeba było rzucać wszystko i lecieć z grabiami na łąkę, żeby zdążyć przed deszczem.
    Macie rację. Dzieci nie powinny pracować. Warto też o tym pamiętać, kiedy marzy nam się wełniany dywan z Indii...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "nieskopione siano" ale mi przypomniałaś :) przewracanie, grabienie, kopienie!

      Usuń
    2. Nie tylko dywan z Indii. A sieciówki to gdzie szyją? Tu potrzebna jest rewolucja, i to taka "raz a dobrze".

      Usuń
  6. Jestem miejska, ale mamy rodzinę na wsi. Jeździliśmy pomagać w polu a w zamian dostawaliśmy różne dobroci. Zbierania ziemniaków nienawidziłam organicznie, pielenie było znośne, ale żniwa to był mój żywioł. Nic to, że podrapana, spocona i urobiona po pachy. Spanie w stodole i wiśniowa zupa z ziemniakami z koperkiem, chłodne mleko ze studni i wtedy jeszcze uśmiech Babci w nagrodę:)
    Mój Raj to pole ze zbożem na pniu, słońce w zenicie i trele skowronka.
    Wzruszyłam się, dziękuję Klarko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. kiedyś poproszę Was do pisania komentarzy na temat "mój raj", podoba mi się to co napisałaś

      Usuń
  7. Na nizinach praca nie była aż tak trudna, ale też pamiętam sadzenie ziemniaków, trzeba się było uwijać, żeby zdąźyć podadzić swój odcinek, zanim Tata objechał pole traktorem. I pielenie buraków cukrowych, plecy były spalone na czerwono- bordowo ja tak się opalam od zawsze. Lipiec z kolei to była raca w sądzie, porzeczki i wiśnie trzeba było zebrać, gdy zamknęłam oczy widziałam pod powiekami te wiśnie... Nie zastanawiałam się czy to za ciężko, takie były obowiązki i czasy. Potem jesienne wykopki, najgorzej było zbierać buraki cukrowe, często pogoda była pod psem, zimno, ręce grabiały, czasem nawet padał śnieg z deszczem, ale termin dostawy wymuszał ptacę w każdych warunkach. Praca na wsi była wymagająca i nigdy się nie kończyła. Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mama mojego męża pochodząca z okolic Siedlec to zbieranie buraków wspomina jak największą katorgę, na szczęście uciekli dość szybko do miasta

      Usuń
  8. Miałam okazje parę razy pracować w polu czy na wsi w ogóle, robota ciężka fizycznie, muchy i inne robactwo, ale ja wracałam do miasta, a gospodarze tak cały rok...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. przypomina mi się dyskusja z rolnikiem 20 lat temu, jak ja się z nim kłóciłam bo był przeciwnikiem wejścia do Unii i bał się, że nic nie sprzeda, że będzie musiał zachować normy czyli skończy się zasada "te ziemniaki za stodołą będą dla nas więc sypiemy mniej" i będą pilnować żeby gnojówki nie wpuszczać do rowu itd. Walczyłam jak lew!

      Usuń
    2. A nie jest tak, że unia narzuca wszelkie ograniczenia. Dążą do całkowitej likwidacji rolnictwa, w imię ochorony planety.

      Usuń
    3. A nie jest tak, że planetę trzeba chronić dla kolejnych pokoleń?
      Jakoś kiedyś rolnictwo to nie był aż taki biznes, nie stosowało się tyle nawozów co dziś. Nie eksploatowało się tak ziemi. Warzywa i owoce były sezonowe, a nie dostępne przez cały rok. Nikt nie chce zlikwidować rolnictwa. Owszem, czasem urzędnicy unijni wymyślają dziwne nakazy i zakazy… przy okazji dotując ogromnymi kwotami.

      Usuń
    4. Niestety w skali planety, to, że w Europie wyrzekniemy się prawie wszystkiego, nic nie pomoże. Najwięksi truciciele planety są na innych kontynentach.

      Usuń
  9. na naszych terenach do dziś gospodarze sadzą ziemniaki 1 maja. Na szczęście już nie ręcznie. :D Pozdrawiam majowo ze słonecznych Kaszub.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja tez z miasta ale Dziadkowie mieszkali i pracowali na wsi. My - dzieci pomagalismy w weekendy i wakacje. Wykopki byly super z ogniskiem i pieczeniem ziemniakow jak nie padalo. Ja najbardziej lubilam zbierac maliny i truskawki. Ach ten zapach!

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz