sobota, 23 czerwca 2012

znów o tym Waldemarze

Będzie dramat straszny to ostrzegam na samym początku, żeby nie było! Kto ma dobry humor to wpadnie w depresję, kto ma depresję to niech szykuje powrózek na najbliższej wierzbie płaczącej a kto ma daleko do wierzb szumiących niech sprawdza rozkład jazdy pociągów, żeby za długo nie siedział na torach bo się rozmyśli i po co to iść nadaremnie.
Stali czytelnicy mi wybaczą bo już wiedzą – sobota to atak grafomański i kulinarny, mam robić ciasto z jagodami czyli borówkami, borówki czekają w lodówce a ja piszę. Wolę pisać niż sprzątać, choć wyjątkowo życzliwi niedawno proponowali mi zająć się sprzątaniem a pisanie porzucić to jeszcze nie czas. Pamiętliwa jestem, musicie o tym wiedzieć, wybaczam ale nie zapomnę i będę się mścić jak nie wiem co. Czyli pisać, przecież nie latać z siekierą.
I tu właśnie zacznie się ta straszna opowieść - będzie o miłości, zdradzie i o zemście, w sam raz na sobotnie popołudnie, gdy w co drugiej rodzinie trwa weselne przyjęcie. Po tym długim wstępie jeszcze raz proszę wrażliwe serduszka o wybaczenie, bo życie jest jak tęcza, raz czarne, raz białe  i czasem trafia się na czarne pole czyli kryzys.

Iwonka nadal pracowała  w pensjonacie na Ogrodowej i do jej obowiązków należało dbanie o wygody gości, czyli jeśli trzeba było dodatkowo sprzątnąć pokój to Iwonka porzucała obieranie ziemniaków czy lepienie pierogów z jagodami i łapała za odkurzacz czy mop bo o gości trzeba dbać. A byli naprawdę różni. Niektórzy zachowywali się przyzwoicie i grzecznie, nie zostawiając po sobie większego bałaganu, inni nie szanując hotelowego majątku wprost go demolowali.
Pan Edward przyjechał na dwa tygodnie i był gościem wyjątkowo kłopotliwym. Nie należał do tych bezustannie biesiadujących, zakłócających spokój innym, nie. Pan Edward niestety zakochał się w Iwonce, choć przecież w Muszynie i w Krynicy  pań do podrywania jest na każdym kroku jak tych kamieni w Popradzie, bo przyjeżdżają na kurację stęsknione za dobrym słowem i uśmiechem i wystarczy jedno przyjazne spojrzenie, aby taką kuracjuszkę uwieść i zakochać się na tydzień a nawet dłużej.

Zawsze zastanawia mnie – czemu do sanatorium jeździ tak mało mężczyzn, nie chorują, nie mają czasu czy po prostu już nie żyją?

Pan Edward był górnikiem, wdowcem na emeryturze, stać go było na porządne wczasy a w sanatorium nigdy nie był i nawet nie wiedział, że tam trafiłby od razu na kwiat paproci, no dobra, może nie na kwiat, ale serce gorące i ręce gotowe na wszystko. Zapytacie, co mają do miłości ręce? Mają, i to dużo, bo do tej pory pan Edward wyjeżdżał na wczasy z żoną, która pakowała walizki, robiła drobne przepierki w hotelowych łazienkach, prasowała koszule, robiła  herbatki i kawki a gdy mieli chęć, kupowała bób i zanosiła do kuchni prosząc o ugotowanie. A teraz był jak dziecko i o wszystko prosił Iwonkę, więc nie ma się co dziwić, że się zakochał od pierwszego gotowania bobu.

A było to tak. Kupił sobie na ryneczku bobu w woreczku i przyniósł do pokoju. W pokoju nie było kuchni, był tylko czajnik bezprzewodowy i niestety, pan Edward postanowił w tymże czajniku ów bób ugotować. Dobrze się to nie skończyło, smród niemiłosierny długo jeszcze unosił się w pensjonacie i okolicy a pan Edward ze wstydu nie wychodził z pokoju dwa dni. Akurat lało jak z cebra ale przecież nie wyszedł nawet do jadalni tylko przez telefon zamawiał  posiłki do pokoju. To mu Iwonka nosiła, a przy okazji ośmielił się prosić o uprasowanie kilku koszul, potem znów o kupienie wody mineralnej i nie chciał, żeby przychodził ktoś inny, tylko Iwonka.

Wieczorem będzie albo dalsza część albo zdjęcie placka z jagodami.


*
Pan Edward należał do kategorii mężczyzn, którzy bez względu na wiek nazywani są przez kobiety obleśnymi dziadami.  Uważał się za niezwykle szarmanckiego okazując kobietom swe zainteresowanie macaniem, klepaniem i mówieniem żałosnych tekstów o tym, co zrobiłby z jej cycuszkami albo inną częścią ciała. Kiedy więc raz i drugi otarł się o Iwonę, ta zdecydowanie i ostro choć grzecznie powiedziała, że nie życzy sobie takiego zachowania, jest w pracy i z gośćmi łączą ją wyłącznie stosunki służbowe.
Nie wiem, czy pan Edward był głuchy czy nie chciał wszystkiego słyszeć, bowiem na słowo „stosunek” zaczął dyszeć i się do Iwony dobierać na całego i uwierzcie mi, te jęki to nie były objawy astmy wysiłkowej.  Kobieta w gumowych rękawiczkach i z mopem złapana przez mężczyznę od tyłu nie jest wcale bezbronna, wystarczy wyciągnąć z wiaderka mop i z półobrotu chlasnąć nim w twarz napastnika. Tak też się stało. Nie myślcie sobie, że Iwona pobiegła z płaczem do koleżanek. Nic z tego, nie takie rzeczy się jej w życiu zdarzały i musiała sobie z tym radzić, co to jest jeden stary dewiant.
Nie żaliła się więc, tylko lojalnie ostrzegła koleżanki, co również nie wyszło jej na dobre.
- Specjalnie tak mówi, żeby żadna nie chodziła do dziadka i cała kasa była dla niej – skwitowała jedna z kelnerek, Patrysia.  - Ciekawe, co na to Waldemar?- dodała złośliwie.

*
Na drugi dzień pan Edward przyniósł do kuchni bukiet róż i przepraszając Iwonę, usiłował ją pocałować. Powtórzyła kolejny raz, aby więcej tego nie robił a kwiaty wyrzuciła do śmieci. Patrysia zdążyła jednak trzasnąć telefonem całkiem jednoznaczną fotkę.
*
Mam nadzieję, że choć dwóch albo trzech czytelników pamięta zeszłoroczną wyprawę dwóch pań nad morze. Dla pozostałych wyjaśnię możliwie szybko, o co to chodzi. Iwona ze swoją ciocią w zeszłym roku były na wczasach w Świnoujściu, przeżyły klasyczny lipcopad i spotkały w ośrodku wczasowym grupę emerytowanych górników z kopalni budyniu. Wśród nich był właśnie pan Edward. A z tą kopalnią budyniu to było nieporozumienie ale wyjaśniło się po tygodniu zupełnie przypadkowo.

Do brzegu, Klarka, do brzegu!

Pan Edward od samego początku pobytu w Muszynie czuł, że skądś Iwonę zna ale nie mógł sobie przypomnieć skąd i nawet zapytał ją, czy już się kiedyś poznali, a ona zaprzeczyła bo zawsze podobali się jej młodzi mężczyźni, więc na starych dziadów nie zwracała kobiecej uwagi to jak go mogła zapamiętać, poza tym rok temu była zakochana nieszczęśliwie i całe wczasy leczyła się spirytusem.
 Iwona zła i zmęczona wróciła po pracy do domu i wieczorem opowiedziała o swym zmartwieniu Waldemarowi, bo to nie jest takie proste jak się wydaje. O pracę trudno a nie wiadomo, co taki gość może naskarżyć, aby się zemścić.
- Zatłukę, zatłukę go! – odgrażał się Waldemar rozglądając się wokół za odpowiednim narzędziem. Przymierzył się do kaktusa, który wyglądał jak maczuga, miotał się jak jaki narwaniec po ciasnym pokoiku aż wreszcie Iwona jakoś go uspokoiła mówiąc, że za kilka dni sprawa sama się rozwiąże bo pan Edward wyjedzie a do tego czasu będzie go unikać.
Tak właśnie było.  W dniu wyjazdu pan Edward poszedł się pożegnać. Dziękując Patrysi za miłą obsługę zapytał o adres Iwonki. Tak się nie robi, a jednak Patrysia ochoczo adres podała bo takie bywają koleżanki z pracy.
*
Tego dnia Waldemar przyszedł do domu wcześniej bo musiał coś załatwić na poczcie, a jak wiecie, urzędy pocztowe są czynne do 16 po to, by człowiek pracujący mógł sobie brać z pracy wolne za każdym razem, gdy znajdzie w skrzynce awizo.  Jadł zupę, gdy do drzwi zapukał starszy człowiek z bukietem róż w ręku. Starszy człowiek spojrzał na Waldemara, stojącego w drzwiach boso, w rozciągniętym podkoszulku i dziurawych dżinsach i powiedział zdanie, którego Iwona na szczęście nie słyszała, bo do końca życia byłoby jej przykro.
- Chłopcze, czy jest tu twoja szanowna mamusia? Bo ja żyć bez niej nie mogę, chłopcze, błagam, gdzie ona jest?
- Jak to gdzie, w Hucie, a gdzie ma być?
Tak to pan Edward zamiast na Śląsk pojechał do Krakowa, gdzie spotkał się z panią Lucyną i tak się zaczynie kiedyś kolejny rozdział.






42 komentarze:

  1. A nie może być to i to :-)))
    Sobota i weekend to chyba można trochę się rozerwać ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. mówisz - masz, placek upieczony na drugim blogu!

      Usuń
  2. ja bym poprosiła tę dalsząś część, bo w placek na monitorze to ani zęba nie wgryźć i tylko w dołku ściska ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bob...bobo..no, autentycznie uwielbiam. I te wieczne boje z domownikami o ten "bobowy smrod". Ja go nie czuje, a oni (rodzina mua)groza mi eksmisja...to niesprawiedliwe. A proposal, wczoraj upieklem ciasto cytrynowe - wlasnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. miło Cię widzieć, nie wiedziałam, że tu bywasz:)

      Usuń
    2. Witaj Klarko, bywam, bywam. I robie to z przyjemnoscia. Oczwiscie wiem, ze jestem nieco, nawet bardzo pasywnym komentatorem...ale, w przypadku wielu Twoich tekstow jestem zaangazowanym czytaczem. Pozdrawiam.

      Usuń
  4. no i gdzie ten horror co mniał być Klarko? Pewnie w drugiej części będzie bo chyba nie o ten bób Ci chodziło? pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  5. z jednej strony zgadzam sie niby z baba ze wsi, ale z drugiej placek chetnie tez zobacze...

    OdpowiedzUsuń
  6. Klarka ,rzuc definitywnie sprzatanie i pisz,pisz ,pisz! I pospiesz sie bo ja leze tu chora i do wieczora jeszcze daleko:)Nie wiem czy wytrzymam.I bedziesz mnie miala na sumieniu jesli "zlegne"przed publikacja dalszej czesci:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. obiecuję wkrótce przenieść akcję do Huty, na ul Patologiczną, to dopiero zapuszczę dom i ogród!

      Usuń
  7. ojej , "tak się mi nie robi"!
    Muszka ma ciążę urojoną, Luśka pojechała do Pyski na malowanie paznokci i nie wiadomo co jeszcze, Sołtys pojechał kopać, Grzesiu walnął trzy kupy, a ja mam apetyt na coś słodkiego,a w domu tylko "mniód' i słoik prażonych jabłek!!
    Ty rżnij wszystko i pisz!!!!;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Tak się po prostu nie robi,po co komu,kto się odchudza i ma osiągnięcia :))placek z borówkami w internecie?po to żeby kombinował-jaki placek zrobić,gdy nie mam borówek?ŻAAAAAAAAAAAAADEN!!!!!maria I

    OdpowiedzUsuń
  9. moze sie zblaznie, nowa "czytaczka" jestem, ale co ma waldemar do edwarda ? kojarzy mi sie to z jednym czlowiekiem - Ralph Fiennes = Edward Lawrence = Lord Voldemort - chyba wezme sie za sprzatanie :-))))

    OdpowiedzUsuń
  10. No Klarko aleś nawywijała z tymi wątkami ;-)
    Na szczęście na razie łapię.
    Miłej niedzieli życzę!

    OdpowiedzUsuń
  11. mamusia?? :D :D :D no boskie :D a przepraszam bo nie pamietam to Blondyna jest tyle starsza od Waldemara?
    u nas czekoladowa drozdzowka z malinami i czekoladowa kruszonka- pyyyycha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Waldemar ma 31 lat a Iwona prawie tyle, co ja,

      Usuń
    2. to młoda du.. kobita jest;))
      A Waldemar po prostu wygląda jak małolat;)

      Usuń
    3. sprawdzałam bo nie pamiętałam, ale ojciec mu do 30 dawał pieniądze a potem zaczął się spis, więc teraz ma 31,32 ale zachowuje się jak 17 to może też tak wyglądać;) a Blondyna bardziej..dostojna, nie pisałam, ile ma lat, ale ma za sobą wieloletnie małżeństwo a w nieudanym małżeństwie każdy rok się liczy za pięć!

      Usuń
    4. bo mi sie wydawalo ze ona kolo trzydziestki ma,
      nasze ciasto sie juz jakos tak skonczylo :(

      Usuń
    5. madziara nasze też się skończyło, Ukasz wspomniał coś o następnym z porzeczkami i galaretką

      Usuń
  12. No i proszę,a kto to narzekał jak się to starzeje:))dzięki Bogu,poszło w niepamięć i mamy pyszny placek i dalszy ciąg opowiadania- ekstra Klarko :))-dzięki, świetnie napisane jak zwykle.Miłej niedzieli.maria I

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja po tym wstępie paznokcie zaczęłam obgryzać, że horror się szykuje, że ktoś padnie, a tu prosze .... szczęśliwe zakończenie, kamień z serca :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. eszcze nie wszystko stracone, a będzie, jak Pani Emerytka dorwie Edwarda aby wreszcie pozbyć się cnoty a mama Waldemara się zezłości? Wszak obydwie mieszkają na ul. Patologicznej..

      Usuń
  14. Przepraszam, że nie na temat. Czy wiesz, co się dzieje z Figą? Ta dawno już nie pisze a ja się niepokoję.
    Ewa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie przepraszaj, sama często "odpływam". Zobacz u mnie w linkach, Figa opublikowała 4 godz temu, żyje;)

      Usuń
    2. Dzięki. Ewa

      Usuń
  15. Podprowadziłaś mnie z tą depresją. Rozejrzałam się za drzewem i zaczęłam czytać i co? Dobrze, że ciąg dalszy historii jest oraz będzie...ale zdjęcie placka tez mogłaś wkleić:( Bym sobie pojadła oczami:)

    OdpowiedzUsuń
  16. I na szczęście Edward nie zastał Iwonki, bo i przy Waldemarze by się pewnie do całowania rzucił! :)
    Lubię te powiastki, ręka Ci je sama pisze, a mnie się dobrze czyta! :)
    Miłego wieczorku!

    OdpowiedzUsuń
  17. Ale sie usmialem, Klarko, z bobu gotowanego w czajniku... choc jestem starszym panem, co umie jajecznice usmazyc, mrozonke w mikrofalowce odgrzac... to wszystko :-)))
    A propo's - dla kogo sie rok w nieudanym malzenstwie liczy za pięć i od ktorego momentu - czy od slubu? :-(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zawsze jak myślę o tej niekończącej się powieści to myślę również o Tobie, bo mi niesłychanie zaimponowałeś znajomością zdarzeń i postaci, uświadamiając jednocześnie,że muszę pamiętać, o czym pisałam i kleić to z sensem.
      Liczy się od pierwszego udawanego orgazmu, potem to już samo leci jedno nieporozumienie za drugim;)

      Usuń
  18. Bardzo pomysłowe, gotowanie bobu w czajniku. Znam taką, co usiłowała jajecznicę zrobić w garnuszku przy pomocy grzałki elektrycznej. Ale był smród!!!. Ja mam ataki grafomaństwa ilekroć mam się wziąć za jakąś pracę domową typu sprzątanie, pranie, porządki w szafie.
    Czy nie obrazisz się, gdy Cię wciągnę na swoją listę blogów ulubionych???
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. będzie mi miło widzieć mój blog u Ciebie, dziękuję

      Usuń
  19. Niezły czad! Ale się dzieje:-)) Super!
    O obleśnych dziadach poczytam z przyjemnością. W realu byłoby mniej miło. Dawaj dalej Kobieto;-))

    OdpowiedzUsuń
  20. A to ci Edward Oślizgłoręki!

    OdpowiedzUsuń
  21. no ...pierwszy akapit przyprawił mnie o mdłosci ze strachu, ale zem dzielna kobitka...pzreczytałam do końca

    OdpowiedzUsuń
  22. Ja jeszce na temat Nowej.jakbym siebie widziala w tej samej sytuacji dwa lata temu...Maly chudy kociak,przestraszony do garnic mozliwosci.Robil podchody na jedzonko ale nie bylo mowy o zadnym kontakcie .Piecimetrowa strefa bezpieczenswa inaczej wial gdzie pieprz rosnie.I dla nas ten sam co u Ciebie dylemat .W domu juz dwa koty,14 letnia stara kocica hrabina(charakterek ze nie daj Boze:)i 4 letni kochany kocurek latwy w obsludze:)Wiec po co nam trzeci kot????Chyba kompletnie wariujemy na stare lata-twierdzil moj maz.Ale jak tu sie oprzec takiemu futerkowemu nieszczesciu na czterech lapach?.Trojka dzieci ,jedno juz na szczesci wyfrunelo z domu::))po co nam trzeci kot?Jeden wiecej jeden mniej, damy rade stwierdzilismy i na serio ruszyly postepowania adopcyjne.rezultat po dwoch latach:Najukochanszy miziak pod sloncem,moge go sobie owinac wokol szyi.Kladziemy sie czasem z kotkiem na lezaku on mi wtula glowe w szyje, ja go glaszcze on mruczy a moj maz juz wie ze sa to swiete momenty "kocioterapii" i tylko na nas z zazdroscia patrzy::)).
    p.S z reszta "rodzenstwa"uklada mu sie bardzo dobrze
    pozdrawiam
    malgosiaK

    OdpowiedzUsuń
  23. poczty nie są do 16

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz