sobota, 9 listopada 2013

wspominając

Mama była przewrażliwiona na punkcie niepełnosprawności. Strzegła nas przed zbyt ciężką pracą  i pilnowała, abyśmy nie podchodziły do koni i do niebezpiecznych narzędzi. Do dziś brzmi mi w uszach jej przejęty głos – chcecie z dzieci kaleki zrobić? – gdy ktoś usiłował zlecić nam pracę ponad siły. Mam na myśli wiek, gdy dziecko ma się bawić, a nie od rana do nocy chodzić za pługiem lub za bronami. Tak samo było z narzędziami – tylko mama rozumiała, że siekiera, kosa czy motyka w rękach dziecka leży zupełnie inaczej niż w rękach dorosłego.

Nie pozwalała nam się gapić na niepełnosprawnych a najgorszym przezwiskiem było dla niej „matole” czy „głupku”. Tak wówczas nazywano niepełnosprawnych intelektualnie. Jeśli więc któraś z nas w kłótni powiedziała do drugiej „matole” matka bez wahania waliła ścierą przez łeb i groziła – jeszcze raz jak usłyszę to dostaniesz habiną! Nie wiem, jak to się pisze, habina  była cienką witką brzozową doskonale nas dyscyplinującą, spoczywała w kuchni nad półeczką z przyborami do mycia.

Macie pojęcie, co takie dziecko czuje? Mało mu, że nie umie czasem nawet czytać i pisać, nie chodzi ze wszystkimi do szkoły to jeszcze się wszyscy na nie gapią!

Nie miałyśmy oczywiście pojęcia, ale tu się muszę przyznać do wielu eksperymentów, mam nadzieję, że nikt tam znów nie poskarży, po czterdziestu latach to przecież można wybaczyć bo to nie było żadne przedrzeźnianie, teraz to wiem.

Wspominałam tu już kilka razy o stryku, który stracił w wypadku nogę. Miał on syna, mojego kuzyna, z którym spędzałam cudowny czas bawiąc się w każdej wolnej chwili. Stryk był bardziej otwarty i bezpośredni niż tata, taty się baliśmy a ze strykiem wygłupialiśmy się i nigdy się na nas nie obrażał i nie krzyczał. Czasem tylko groził wylogowaniem. Logowanie miało polegać na spraniu laską i wygonieniu z domu. Jednak zamiast tego piekł nam na blasze plasterki ziemniaków i bawił się razem z nami, choćbyśmy nie wiem co wyczyniali.

Pewnego razu bawiliśmy się w Jarosa. Jaros był  wiejskim żebrakiem, był niewidomy, nosił przed sobą gruby kij, którym badał drogę a kiedy szedł, burczał jak motor. Zawiązałam kuzynowi szalik na oczy i  chodził z kijem  po drodze, oczywiście musiał buczeć. Ja mu niestety, podkładałam pod nogi różne przedmioty a on się potykał i wywracał. Potem nastąpiła zmiana i ja miałam zawiązane oczy a kuzyn w eksperymentach poszedł dalej. Naszykował mi różne rzeczy do jedzenia i do picia, niedojrzałą śliwkę, ziemię i kamień zawinięty w papierek od cukierka również.

Stryk nie tylko nie zabronił nam tej zabawy. Niby udawał, że nie widzi, co wyczyniamy, bardzo zajęty wędzeniem śliwek. Kiedy skończyliśmy, kuzyn poobijany a ja ze smakiem ziemi w buzi, zaproponował nam kolejne doświadczenie - przymocujcie sobie do jednej nogi patyki tak, żeby była całkiem sztywna i spróbujcie biegać.  

Zapomniałam napisać, że stryjanka nie miała  poczucia humoru i była taka, jak nasza mama – przewrażliwiona, a kochała i troszczyła się  o mnie  tak samo, jak o własne dzieci.  Kiedy więc zobaczyła nas biegnących z tymi sztywnymi nogami, przerażona zapytała – co wy robicie? A my chórem – bawimy się w stryka! A stryk się śmiał aż się paryja trzęsła.

20 komentarzy:

  1. To już wiem dlaczego, mając złamaną nogę, byłam ulubioną koleżanką wszystkich. Miałam najlepsze zabawki - kule ortopedyczne :D :D

    OdpowiedzUsuń
  2. No, to się znów rozmarzyłam przy tej Twojej opowieści. Ach, te nasze mamy, troszczące się, by dziecku nie stała się krzywda, już miałam na końcu języka. Tyle, że w naszym domu rolę ową pełnił Tata. To on był przewrażliwiony, byśmy sobie czegoś nie uszkodziły. Że o zakazie przechodzenia przez ulicę już nie wspomnę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja mama też miała "fioła" na tym punkcie. Nie pozwalała na bezmyślnie patrzeć na kalekich, bo to był chyba taki przesąd, że jak się człowiek zapatrzy, to choroba na niego przejdzie, broń Boże przed siadaniem na czyimś wózku inwalidzkim, nie mogłam niczego dźwigać i dostałam kiedyś burę za to, jak podniosłam psa - niewielkiego jamnika, ale dla 5letniej dziewczynki nie był lekki jak piórko. I to było naprawdę przewrażliwienie, bo prawie mdlała, kiedy jakieś "głupoty" przychodziły mi do głowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. u nas było trochę inaczej, mamie chodziło o to, abyśmy nie przedrzeźniały i nie naśmiewały się, zabawy, które opisałam, z pewnością były według mamy przedrzeźnianiem bo jeśli chodziło o chorobę czy niepełnosprawność to mama nie uznawała żadnych żartów

      Usuń
  4. Co to za wyrażenie "szmatą przez łeb"Na równi z "głupkiem"?Czy "matołem". Kolejny raz wyłapuje w postach i kolejny raz czuje dyskomfort psych. Bić kogoś po głowie? U tak wrażliwej osoby jaką opisują posty to sprzeczne wręcz. Wyłapując ....
    Iza R

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. widzisz, ja też jestem szorstka i pragmatyczna i zdarzało mi się pogonić dzieci ścierką a płakać tylko wtedy, gdy nie widziały

      Usuń
  5. Mnie uczono w domu wrażliwości i tłumaczono mi, że ludzie niepełnosprawni cierpią i to zwykle wystarczało, żebym się nigdy z nikogo nie naśmiewała a jeśli to nie pomagało to obrywałam...

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie dajesz odpocząć. Poruszasz tematy bardziej głębokie niż chyba sobie wyobrażasz. Agata Rak pisze, że w domu uczono ja wrazliwości.
    Mnie nie uczono wrazliwości i myśle Klarko że Ciebie tez nie. Nam przekazywano bez zbednych ceregieli reguły które mam przestrzegać nawet jeżeli ich nie rozumiemy. I Ty i ja wychowalismy sie w rodzinach prostych ludzi, Ty na wsi a ja w mieście ale i u mnie jak mi powiedziano że czegos się nie robi, czegos sie nie mówi a postepuje tak a nie inaczej to jak tego nie przestrzegałem to miałem na grzbiecie ściere lub coś gorszego na dolne części ciała. Niektóre z tych praw poznałem dopiero po latach.
    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  7. A, to po mamie to masz ;D

    z tą wrażliwością, to chyba tak jak u Piotra było...

    OdpowiedzUsuń
  8. Całkowicie mi się podoba podejście Piotra Opolskiego i ono jest mi najbliższe. Jakkolwiek wszystkie powyższe posty są oczywiście słuszne. Ja mam podejście z tej drugiej grupy to znaczy niepełnosprawnych. Mam kalectwo może nie tak widoczne, któremu można się było przyglądać, ale zawsze byłam w grupie "podglądanej". Jako dziecko jeżdziłam po sanatoriach i muszę powiedzieć, że zarówno denerwowali nas ludzie gapiący się bez żenady jak i odwracający wzrok sztywno w drugą stronę. Myślę, że w miarę normalna reakcja byłaby na miejscu, ale też dzisiaj więcej niepełnosprawnych widuje się na ulicach i jesteśmy do nich przyzwyczajeni. Nie są skazani na siedzenie w domach jak kiedyś.
    Myślę, że jest nam potrzebna większa wrażliwość ale też normalne traktowanie wyglądających inaczej :-)
    Żeby była jasność - mam porażenie lewego barku typu Erba. Ładne, rozćwiczone, nie mam przykurczu ręki, ale jej do góry nie podniosę i jest "ładniejsza", bo jej mniej używam. Uraz okołoporodowy. Nie przeszkadzało mi to do tej pory w życiu, bardziej mi przeszkadza teraz, że bardzo przytyłam. Ot i co.

    OdpowiedzUsuń
  9. miałam koleżankę ze stopami wykręconymi odwrotnie. to znaczy tyłem do przodu. nosiła jakiś aparat ortopedyczny. nikt sie z niej nie śmiał, ona nie bardzo mogła z nami się bawić. ale my już zadbałyśmy o to, żeby jej żadne `'atrakcje`' nie ominęły. znaczy zabawy, nawet głupie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak ja lubie takie historie:-) Serdecznosci!

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie pamiętam dlaczego będąc 5-6 latką zamykałam oczy, chcąc sprawdzić , jak to jest gdy chodzi się w ciemnościach po omacku.
    Pamiętam, że obrywałam za to wciry od matki, bo albo coś potłukłam na kredensach, albo sama niejednego guza na łbie na pamiątkę miałam :)))
    Z tych praktyk mam korzyść taką, że nie boję się ciemności, a gdy znam teren ,czy też nie, nie potrzebuję latarki.
    Dlaczego nigdy do łba mi nie przyszło naśmiewanie z ułomności innych ?, też nie pamiętam, pewnie wyssałam to z mlekiem od rodzicieli.
    Dla moich dzieci też naturalna była obecność wyglądających , lub też myślących inaczej.
    Raz jeden byłam zaskoczona reakcją córki , która zapytała o nietypowy wygląd pani na wózku, gdy byłyśmy w jakimś urzędzie. Nie szeptałam odpowiadając , tylko podeszłam z nią do tej pani. Było z naszej strony "dzień dobry", krótka z panią konwersacja, i bardzo miłe uśmiechy, i "do widzenia", gdy opuszczałyśmy ten urząd.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z godzinę po opublikowaniu tego posta zadzwoniła siostra i zaczęła od "a pamiętasz". "A pamiętasz, jak Asia dostała ścierką od mamy za to, że przedrzeźniała babcię i mocno mrużyła oczy, co wyglądało, jakby się wykrzywiała? Asia też tak jak Ty chciała zobaczyć, jak to jest.

      Usuń
  12. :D Już kocham Twojego stryka :D W tym momencie nie mogę się opanować przed opisaniem chamskiego żartu mojego pierworodnego :) Przyszedł kiedyś do nas mój kumpel, który ma nie do końca wykształcone ręce. Tzn. krótsze, brakuje trochę palców, ale facet w życiu normalnie funkcjonuje, autem też jeździ. Kiedy wszedł, moja psica dostała szału. Piana z pyska, zjeżona sierść. Wiadomo, zawsze szczeka na obcych, ale takiej wściekłości nigdy u niej nie widziałam, musiałam ją zamknąć w innym pokoju. Komentarz syna: "wiesz, jak jest w naturze, osobniki słabe i chore są eliminowane" :D Żeby nie było, osoby niepełnosprawne traktujemy tak samo, jak ludzi zdrowych. Tylko czasem lubimy chamskie żarciki, z siebie samych również :) Bogna

    OdpowiedzUsuń
  13. Jak zawsze u Klarki przeczytam post i chodzę z nim dzień,dwa może dłużej.Poprzedni też,dał mi dużo gorzkich przemyśleń,mimo że uwielbiam odtwarzac ten filmik:)
    Mój dom rodzinny był bardzo prosty,jeśli można to tak ując.Nie wychowywało się dzieci gadaniem.Wychowywało się samemu,patrząc jak rodzina traktuje niepełnosprawnych czy chorych.Do tego bardzo wcześnie nauczyłam się czytac,byłam samotnym dzieckiem,książki to mój świat był.ALbo banda kuzynów latem i w ferie,to też szkoła życia.Jestem w jakimś stopniu niepełnosprawna.Tego nie widac,zauważa się przy bliższym kontakcie.Myślę,że to własnie mega ukszałtowało moją wrażliwośc,patrzenie na świat,pewien delikatny spryt,żeby dac sobie radę.Jeden z moich synów,który nie raz niemal doprowadził mnie do zawału swoimi wyczynami,ma kolegę z widoczną niepełnosprawnością,traktujemy go zupełnie naturalnie,bo niby jak inaczej?Do tego syn,nie raz pakował się w tarapaty i bójki,gdy trzeba było bronic słabszego.Potrafił zawstydzic całą kolejkę w sklepie,gdy małemu dzieciakowi z biednej rodziny zabrakło złotówki na zapłacenie podstawowych zakupów.Ale to już chyba nie na temat...

    OdpowiedzUsuń
  14. A ja jako dziecka - otwarcie jak i w dorosłym wieku - bardziej w ukryciu - 'gapię' się na różne (jak to nazwać aby więcej nie 'pokaleczyć '), na różne anomalia i wyciągam/wyciągałam wnioski, wydaje mi się, takie, których nie muszę się wstydzić.
    Oczywiscie, to truizm, ale miałaś mądrą mamę ale i stryka też mądrego, z dystansem podchodzącego do swojej inności. Relacje między dorosłym a dzieckiem są inne, bardziej kontrolowane, niż np między dziećmi. To postraszenie 'wylogowaniem' (jakie to słowo ponadczasowe :) z tym regionalnym "oa") kiedyś jednak bardziej skutkował o :). Pamiętam również swoje dzieciństwo i nie mogę wyjść z podziwu nad umiejętnościami pedagogicznymi pierwszej pani od... od wszystkich przedmiotów i nie tylko, bo nikogo nie naśladowaliśmy z jakimiś podtekstami - choć zabawa w ciuciubabkę czy podobne... a może to zamiast ... zabawa uczy....

    OdpowiedzUsuń
  15. Moim zdaniem nauka powinna obejmowac obie strony .Pełnosprawnych powinniśmy uczyc tolerancji dla Innych .Innych uodparniać psychcznie ,tak żeby sobie potrafili poradzić z różną reakcją ludzi. A tak nawiasem mówiąc to każdy z nas ,powinien wyrobic sobie dystans do siebie ,ponieważ zawsze ktoś może nas uznać za Innego. Jeżeli będziemy potrafili śmiać się z siebie, inni nie będą mieli ochoty śmiać się z nas, bo po co jak nas to nie zrani.

    OdpowiedzUsuń
  16. Ech, ta utracona dziecięca niewinność!
    serdeczności

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz