poniedziałek, 26 października 2026

Żółta Koszula

 

Chodziłyśmy najczęściej we dwie, wiadomo, nieszczęścia chodzą parami.  We wsi była obrzydliwa knajpa dla pijaków, tam żadna dziewczyna nie odważyła się wejść za nic w świecie.  Czasem musiały wchodzić tam mężatki aby wreszcie chłopa, który nie znał umiaru wyciągnąć do domu. Niektóre miały szczęście bo pijak leżał za knajpą pod jabłonią i wystarczyło go szturchać do skutku, aż wstał i powlókł się dalej. Takie to szczęście.

Jak wiecie, ja do knajpy wchodziłam ale od zaplecza, bo miałam tam trzy razy w tygodniu zajęcia praktycznej nauki zawodu i sceny z życia pijaków oglądałam przez okienko do wydawania potraw albo od strony zmywaka. Jak się wpisze tu w lupkę „praktyki” albo „knajpa” to można poczytać o tym co się tam wyczyniało.

Drugim lokalem do spotkań towarzyskich był Klub Rolnika.  Tam spotykała się młodzież. Uczący się nie mieli w tygodniu czasu ale w soboty klub był pełen. W tygodniu też był czynny, ale przychodziło niewiele osób aby grać w karty. Tam nauczyłam się grać w kanastę i w remika. Raz czy dwa ambitnie robiliśmy jakiś projekt kulturalny, przedstawialiśmy kawałek „Balladyny” ale generalnie nie brałam w tej działalności udziału bo nie miałam czasu. Trzy dni nauki, trzy dni praktyki – taki tydzień. Pomoc na gospodarstwie, dojazdy do szkoły. Dwie młodsze siostry które wiecznie trzeba było pilnować albo pomagać im w nauce. Już wolałam drzewo rżnąć. Piłą moje-twoje. Ciekawe która pierwsza zadzwoni śmiertelnie obrażona.

Miało być o koledze nazywanym Żółta Koszula. Miał na imię Marian albo może Jasiu, nie pamiętam. To był taki spokojny, poukładany chłopak. Nie pochodził z naszej wsi, ale był taki czas, że można go było spotkać i w klubie, i na przystanku, i w autobusie. Tak się jakoś kręcił koło nas i nie wiadomo było o co mu chodzi. Nawet były o to kłótnie bo każda się go wypierała ale miło było mieć go za kolegę.

Przezwisko dostał przez kelnerkę, która widząc go,  wrzasnęła przez knajpiane okienko – żółta koszula uderza do praktykantki! Chłopak dość często nosił charakterystyczną żółtą koszulę. I potem już zawsze mówili na niego Żółta Koszula.

Wreszcie po kilkumiesięcznych podchodach przyszedł w niedzielne popołudnie do naszego domu. Nie wiedział co czyni. Po prostu przyszedł i stanął przy drzwiach.  Dziadek Fabian, człowiek niesłychanie życzliwy ale bezpośredni – zapytał go wprost – do kogoś ty człowiecze przyszedł? Nie wiedział albo nie chciał powiedzieć.

 W domu, nie licząc rodziców, babci  i tych małych, byłam ja i siostra, i zgodnym chórem zawołałyśmy – na pewno nie do mnie. Po czym złapałyśmy z gwoździa w futrynie  kurtki i w nogi. A Żółta Koszula za nami. Tłumaczył się, że był w okolicy i wstąpił wiedząc, że tu mieszkamy. Na herbatkę wpadł.

 I tak się bujał jeszcze jakiś czas bez szans ale i bez deklaracji, ale co to był za miły i uczynny chłopak. Do dziś nie wiemy, o co mu chodziło.

3 komentarze:

  1. Pewnikiem Zolte Koszule tak maja. Bujaja sie! I bojaja sie zdeklarowa .

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja się wstydzilam mojego absztyfikanta, przesadzał z adoracją, robil do mnie na korytarzu w szkole maslane oczy, na moje urodziny przyszedl w garniturze i białej koszuli i przyniósł mi (w marcu!) bukiet białego bzu, a moim rodzicom to się bardzo podobało 😡
    odstawiłam go w brutalnej rozmowie i odetchnęłam.... po czym się nieszczęśliwie zakochałam w innym, a on mną wgardzil... Echhhh życie....

    OdpowiedzUsuń
  3. Trochę mi nie pasuje ta żółta koszula, jeszcze t-shirt to tak, ale koszula... Też by mi się nie podobał;)
    Chociaż w tamtych czasach brało się co rzucili do sklepów.

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz