Chodziłyśmy
najczęściej we dwie, wiadomo, nieszczęścia chodzą parami. We wsi była obrzydliwa knajpa dla pijaków, tam
żadna dziewczyna nie odważyła się wejść za nic w świecie. Czasem musiały wchodzić tam mężatki aby wreszcie
chłopa, który nie znał umiaru wyciągnąć do domu. Niektóre miały szczęście bo
pijak leżał za knajpą pod jabłonią i wystarczyło go szturchać do skutku, aż
wstał i powlókł się dalej. Takie to szczęście.
Jak wiecie,
ja do knajpy wchodziłam ale od zaplecza, bo miałam tam trzy razy w tygodniu
zajęcia praktycznej nauki zawodu i sceny z życia pijaków oglądałam przez
okienko do wydawania potraw albo od strony zmywaka. Jak się wpisze tu w lupkę „praktyki”
albo „knajpa” to można poczytać o tym co się tam wyczyniało.
Drugim
lokalem do spotkań towarzyskich był Klub Rolnika. Tam spotykała się młodzież.
Uczący się nie mieli w tygodniu czasu ale w soboty klub był pełen. W tygodniu
też był czynny, ale przychodziło niewiele osób aby grać w karty. Tam nauczyłam
się grać w kanastę i w remika. Raz czy dwa ambitnie robiliśmy jakiś projekt
kulturalny, przedstawialiśmy kawałek „Balladyny” ale generalnie nie brałam w
tej działalności udziału bo nie miałam czasu. Trzy dni nauki, trzy dni praktyki
– taki tydzień. Pomoc na gospodarstwie, dojazdy do szkoły. Dwie młodsze siostry
które wiecznie trzeba było pilnować albo pomagać im w nauce. Już wolałam drzewo
rżnąć. Piłą moje-twoje. Ciekawe która pierwsza zadzwoni śmiertelnie
obrażona.
Miało być o
koledze nazywanym Żółta Koszula. Miał na imię Marian albo może Jasiu, nie
pamiętam. To był taki spokojny, poukładany chłopak. Nie pochodził z naszej wsi,
ale był taki czas, że można go było spotkać i w klubie, i na przystanku, i w
autobusie. Tak się jakoś kręcił koło nas i nie wiadomo było o co mu chodzi.
Nawet były o to kłótnie bo każda się go wypierała ale miło było mieć go za
kolegę.
Przezwisko
dostał przez kelnerkę, która widząc go, wrzasnęła przez knajpiane okienko – żółta
koszula uderza do praktykantki! Chłopak dość często nosił charakterystyczną
żółtą koszulę. I potem już zawsze mówili na niego Żółta Koszula.
Wreszcie po
kilkumiesięcznych podchodach przyszedł w niedzielne popołudnie do naszego domu.
Nie wiedział co czyni. Po prostu przyszedł i stanął przy drzwiach. Dziadek Fabian, człowiek niesłychanie życzliwy
ale bezpośredni – zapytał go wprost – do kogoś ty człowiecze przyszedł? Nie
wiedział albo nie chciał powiedzieć.
W domu, nie licząc rodziców, babci i tych małych, byłam ja i siostra, i zgodnym
chórem zawołałyśmy – na pewno nie do mnie. Po czym złapałyśmy z gwoździa w futrynie
kurtki i w nogi. A Żółta Koszula za
nami. Tłumaczył się, że był w okolicy i wstąpił wiedząc, że tu mieszkamy. Na
herbatkę wpadł.
I tak się bujał jeszcze jakiś czas bez szans
ale i bez deklaracji, ale co to był za miły i uczynny chłopak. Do dziś nie
wiemy, o co mu chodziło.
Pewnikiem Zolte Koszule tak maja. Bujaja sie! I bojaja sie zdeklarowa .
OdpowiedzUsuńJa się wstydzilam mojego absztyfikanta, przesadzał z adoracją, robil do mnie na korytarzu w szkole maslane oczy, na moje urodziny przyszedl w garniturze i białej koszuli i przyniósł mi (w marcu!) bukiet białego bzu, a moim rodzicom to się bardzo podobało 😡
OdpowiedzUsuńodstawiłam go w brutalnej rozmowie i odetchnęłam.... po czym się nieszczęśliwie zakochałam w innym, a on mną wgardzil... Echhhh życie....
Trochę mi nie pasuje ta żółta koszula, jeszcze t-shirt to tak, ale koszula... Też by mi się nie podobał;)
OdpowiedzUsuńChociaż w tamtych czasach brało się co rzucili do sklepów.