wtorek, 24 lutego 2026

sąsiedzi tacy jak my

 

Kraków jest sporym miastem położonym raptem trzy godziny jazdy samochodem do granicy z Ukrainą. Do Lwowa jest 300 km. Z Ukraińcami spotykamy się od wielu lat w pracy, w szkole, w autobusach i tramwajach. Mieliśmy pana, który systematycznie co roku przyjeżdżał do konserwacji kotła. Pracował legalnie i bardzo dobrze mówił po polsku. Znajomi mieli pracownika „do wszystkiego”, mieli poważny remont a pan umiał robić wszystko, mieszkał u nich i pracował przez wiele miesięcy. Język słychać było wszędzie. 

Nic nadzwyczajnego – mało to Polaków wyjechało za granicę do pracy. W akademiku, gdzie pracowaliśmy obydwoje z mężem, było wielu studentów z Ukrainy.

Aż rozpętała się wojna.

U nas w rodzinie jest dziecko, które chodziło wówczas do przedszkola i staraliśmy się uważać w rozmowach, bo dzieci nie znają uprzedzeń tak jak dorośli, dopiero poznają je w domu lub w szkole. Dlatego nasze rozmowy były wyważone, jeśli dziecko pytało to odpowiadaliśmy rzetelnie.

Musieli uciekać bo ich domy i szkoły mogą zostać zniszczone, muszą się ratować. Jesteśmy sąsiadami, do nas mają najbliżej. I to wszystko prawda. Tak właśnie myśleliśmy.

Od tamtej pory, kiedy do naszego miejsca pracy zawitały tłumy uchodźców, minęło cztery lata. Pamięć powoli zaciera się, tamte zdarzenia stają się nieważne, budzą zdziwienie, niedowierzanie i pytania – dlaczego?

Dlaczego byliśmy wszyscy tacy ofiarni, pełni współczucia, odważni, chętni do pomocy. Może po prostu jesteśmy dobrymi ludźmi, po co to rozważać.

Kierowniczka hotelu była niesamowita a my szliśmy za jej przykładem. Została zresztą niedawno odznaczona za daleko idącą pomoc uchodźcom. Czasem chodziła rozczochrana, z butami w rękach, rzadko wychodziła z pracy przed północą.

Pracowali wszyscy. Studenci przychodzili na wolontariat segregując dary, opiekując się dziećmi, organizując zajęcia dla starszych dzieci. Okazało się wówczas, jak bardzo są pomocni w porozumieniu studenci z Ukrainy. Ja trochę dogadywałam się po rosyjsku ale przecież potrzebne były osoby do poważniejszych rozmów.

Przez pierwszy tydzień był chaos, płacz, bezustanny turkot walizek i dominująca niepewność, co to będzie i jak to będzie.

Na piętrze, gdzie pracowałam, zamieszkały kobiety z dziećmi. Rzadko kiedy pokój dwuosobowy służył tylko dwóm osobom. Przeważnie było tam ich więcej. Dzieci spały po dwoje na materacach, czasem z matką w jednym łóżku.

Nowo przybyłym pomagały te, które przyjechały wcześniej. Nie zawsze sobie wierzyły. Zazwyczaj pierwszą informacja była przyjęta z niedowierzaniem – naprawdę za nic nie płacimy, wszystko mamy za darmo? Hotel, posiłki, leki, ubrania, pieluchy, zabawki, słodycze, przejazdy, lekarza? Naprawdę? Naprawdę.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Twój komentarz