Stoję przy kuchennym oknie i patrzę na drogę i położony za nią park. Liści na drzewach coraz mniej, szukam wzrokiem wiewiórek, które czasem nazywam naszymi, bo przebiegają przez ulicę i widuję je na dachu garażu. Z początku myślałam, że częstują się sikorkowymi orzechami, ale raz odkryłam za doniczką orzechowy magazyn.
Tym razem na ogołoconym z liści drzewie dostrzegłam czarnego, dużego ptaka. Trzymał coś w dziobie i tłukł o gałąź niczym dzięcioł. Po chwili odfrunął na inną gałąź, bliżej drogi. To, co trzymał w dziobie, wypadło mu na asfalt. Po chwili przejechał samochód a ptak wylądował na chodniku, skoczył na ulicę i dziobał zawzięcie.
Woda w czajniku zagotowała się, zalałam kawę i odeszłam od okna. Co jeszcze niezwykłego mi się przytrafi.
Mundry ten ptaszysk.
OdpowiedzUsuńmusiałam to sprawdzić, tak, gawrony nauczyły się rzucać orzechy na ulicę!
OdpowiedzUsuń