piątek, 26 grudnia 2014

już po świętach


Ten gatunek mężczyzn prawie wyginął i podejrzewam, że wcale nie śmiercią naturalną. Chodzi o takich, którzy lubią przywlec do domu zdobycz. Przywlec i dalej się nią nie interesować. Czasem jest to połówka świni, innym razem kosz grzybów,  kilka skrzynek brzoskwiń albo metrowy łosoś. Krzysiek taki właśnie jest a przeżył wyłącznie dzięki temu, że mam do niego anielską cierpliwość to raz a po drugie, że przywłóczy też wiele rzeczy na które sama bym się nie szarpnęła. I dla kotów jest dobry.

Tym razem tak z tydzień przed świętami, gdy lista zakupów już nie pęczniała a zajęcia miałam dość dokładnie zaplanowane, przytargał do kuchni tobół zawinięty w wielką menelską reklamówkę z napisem „boss” i zawołał radośnie – ale będziemy jeść w te święta! Jakby nigdy nie było nic dobrego do jedzenia. Wyczułam czające się w torbie zło. 
Powkładałam inne zakupy do lodówki i do szafek, umyłam owoce, nakarmiłam kota a do tej torby bałam się zaglądać, wreszcie się przełamałam. Wzięłam to w ręce, ważyło  mniej więcej tyle co nasz największy kocur, którego już nie ma i było równie wielkie ale zimne. Zajrzałam do środka. Mrożona gęś wielka jak smok, z pięć kilo albo lepiej.

Nie mogłam mieć nadziei, że kupił ją swojej mamie na święta bo mama miała przyjechać na święta do nas,  nie miałam wątpliwości, kupił ją dla nas!

W zamrażalniku była butelka wódki, trochę lodu, parę mrożonych truskawek i dwa kocie filety. Kocie to nie znaczy, że z kota. Kot lubi z kurczaka to mu kupujemy, taniej wychodzi niż karma.

Ale do brzegu, nie zamierzam pisać o gotowaniu kota tylko o pieczeniu drobiu. Niektórzy się tłumaczą, że nie lubią kotów bo się długo gotują. Ale nie o tym ma być. Strasznie dawno nie  pisałam o kotach i dlatego mnie tak znosi.

Przyznaję się – nigdy w życiu nie jadłam ani nie przyrządzałam gęsi. Intuicja podpowiadała mi – nie certolić się, porąbać na kawałki, posolić, popieprzyć, obsmażyć i udusić. Ale to miały być święta a w święta rodzinny obiad, teściowa na obiedzie, aaaa! Czy oni mogą jeść gęsinę, i czy to nie wyjdzie twarde, i czy będzie smaczne? Zaczęłam więc wertować książki kucharskie a potem internet. Trzy dni i trzy noce z przerwami na pieczenie ciast, lepienie pierogów i ubieranie choinki. Zamiast cieszyć się świętami i podśpiewywać jak co roku „szedł pastuszek bosy tralalalala” to co spojrzałam na lodówkę to nuciałam „gęsi za wodą kaczki za wodą uciekaj dziewczyno bo cię pobodą ”. Czujecie różnicę? Nic, kompletnie nic ze świątecznego nastroju, zamiast przyprawy do piernika kupiłam pięć paczek majeranku bo taki znalazłam przepis. Teraz mam zapas majeranku do końca życia. A może zrobię tu candy majerankowe albo coś.

Dzień przed wigilią, gdy już choinka z oczojebną gwiazdą na czubku wyglądała jak czubek (Krzysiek kupił, rozumiecie rozrzut tego faceta – przyniósł pięknego, pachnącego świerka świeżutkiego prosto z lasu (z placu, ale z lasu) i kiedy ja już pozakładałam te wszystkie bombki, łańcuchy, świecidełka i cacuszka, on wpiął do przedłużacza ledową  migającą gwiazdę i zamocował ją na szczycie.  

Zgoda buduje a niezgoda rujnuje, dlatego zarządziłam (ja rządzę póki patrzę ale przecież już niedługo bo oślepnę od tej gwiazdy albo dostanę padaki) aby gwiazda świeciła wyłącznie wtedy, gdy mnie nie będzie w domu.
W ten sam dzień wydobyłam z zamrażalnika pięciokilowy tobół i wyniosłam do sieni do szafki, gdzie jest chłodno w sam raz na rozmrożenie. 
To musiało być natarte majerankiem, solą i pieprzem, więc rankiem natarłam i znów odniosłam do sieni.
 Pierogi i uszka były pyszne, rybka w galarecie idealna, makowce i pierniki pachniały na cały dom, siedzieliśmy przy wigilijnym stole a kiedy nadszedł czas planowania kolejnego dnia, przypomniała mi się ta zmora. To trzeba piec pięć godzin więc nie da się leżeć do dziesiątej, nojasnygwit, czemu tej gęsi nie porwała woda za młodu, pytam się?

Słowo stało się ciałem, wstałam pierwsza i jak łupnęłam tym potworem do zlewu to się wszyscy łącznie z kotem zerwali na równe nogi.  Trzeba było przed pieczeniem  napchać do środka jabłek i to wszystko pospinać.
Piekła się piekła aż się upiekła. Kiedy goście przyjechali, była gotowa ale nie dała się wyjąć w całości z rynienki bo się rozlatywała. Tego smalcu to było z pół litra ale wszystek się wytopił więc tłuste to nie było. Ja się nie tknęłam, zjadłam trochę jabłek, były pyszne. Goście mówili, że mięso było bardzo dobre ale ja mam samych grzecznych gości to co mieli mówić.


Bardzo przepraszam, że tak dużo napisałam, ale niektórzy narzekają, że blogi zarastają mchem i paprociami, to macie!

48 komentarzy:

  1. Cudnie, że tyle napisałaś - czytało się z przyjemnością! Ale przyznam, trzymałaś w napięciu i czekałam, aż na końcu okaże się, że ta kaczka żyje i uciekła Ci z piekarnika :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w święta musi być dobre zakończenie, a jak było naprawdę to nie wiadomo ;))

      Usuń
  2. Oj do gęsi j indora całego przymierzam się już długo, ale mi się nie chce. Na gości jakichś muszę zaczekać, bo dzieci nie zjedzą. Ale kaczkę upiekłam z żurawiną i jabłkami - pyszna.
    Może to i dobrze, że już po Świętach:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. myślę, że indor to jeszcze większe zuuuuo!

      Usuń
  3. Geś jak z baśni Andersena:-) Na pewno byla pyszna- tyle serca w nia wlozono;-) Milego dalszego świetowania !

    OdpowiedzUsuń
  4. Przynajmniej było co poczytać. Ja przed chwilą wróciłam od braciszka, u którego na obiedzie tradycyjnie już od trzech lat króluje ...gęś.
    Też z jabłkami i bardzo pyszna. Zawsze mówiłam, że nie jadam gęsi, jak również kaczek. Tymczasem nie żałuję, że się przełamałam, bo to naprawdę wyjątkowe danie. Typowo świąteczne, bo długo się piecze.
    Dwa razy do roku można się pomęczyć:)).

    OdpowiedzUsuń
  5. Wielka Klarka powróciła :) Z humorem i z pieczoną gęsią.

    P.S. też bym zjadła tylko jabłka - to taka kacza solidarność :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Klarka, nie załamuj mnie! A od kiedy to my - blogerzy teraz mamy przepraszać, że dużo piszemy? Czy to jakaś nowa moda, odgórny przykaz, czy może ktoś ci... grozi???!! :))))) Piszemy ile chcemy i co nam w duszy gra, i tego się trzymajmy! Dobrze, że napisałaś dużo, przynajmniej jest co poczytać. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, co najmniej kilka osób ciągle mówi mi "nie pisz"

      Usuń
  7. Zmieściła się do pieca? Ja się szarpnęłam na kacze nogi, ale, jak zdawałam relację siostrze, co pichcę to w amoku, wyrecytowałam, zamiast "nogi kaczkowe"," kaczki nogowe", aż zaczęła dopytywać, co to za nowy rodzaj kaczki, z samych nóg się składają?

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak ja lubię jak piszesz!:)
    Zawsze (no chyba , że musisz napisać coś smutnego) mam uśmiech na twarzy:))
    Co u pani emerytki i Ryśków???

    OdpowiedzUsuń
  9. A ja zrezygnowałam z gęsi w przedbiegach w tym roku i żałuję - Twoja na pewno była rewelacyjna! Za rok też zawalczę ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Klarka, bój się Boga! Jak to gęsi nie tknęłaś??? To grzech większy pięć razy niż długa notka, która była długa średnio. :)
    Ja w tym roku upiekłem królika - wszystkim smakował, tylko połowa rodziny zastrajkowała i nie tknęła - to chyba się nie liczy jak nie jedli? No bo i cóż oni mogą powiedzieć o tym czy dobry, jak nie wiedzą?
    Po prawdzie, jak kiedyś sprezentowałem rodzinie sześciesięciokilowego barana, to chcieli mnie z rodziny wypisać, ale jak już dobrze pojedli, to im przeszło. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. miałam uderzać po pomoc do guru kulinarnego czyli do pewnego Okrutnika ale nie śmiałam przeszkadzać wiedząc, że zarobiony

      Usuń
  11. Klarko,jak mi brakowało takiej historyjki! Tylko ty umiesz tak napisać:)))

    OdpowiedzUsuń
  12. o matulu, jak ja dawno gęsi ie jadłam. ani kaczki...i w ogóle nie pamiętam jak się to piecze.z czym, znaczy.

    OdpowiedzUsuń
  13. Gaska malutka, 5 kilo tylko i ona narzeka... Indora mialam pare lat temu, zapytaj mojej siostry jak nie wierzysz :-), czternascie kilo mial, dziewiec godzin siedzial w piekarniku i sie nie upiekl, musialam dwie godziny dopiekac. A goscie z glodu poumierali...

    OdpowiedzUsuń
  14. Klarko, Ty mozesz napisac 10 stron o niczym i tez bedzie sie wspaniale czytac.Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  15. Po pierwsze primo, tacy mężczyźni jeszcze istnieją. Na przykład mój Tata ;-)
    Po drugie primo, u mnie w rodzinie hoduje się gęsi więc przyznam, że jadłam i smaczna jest. Lepsza moim zdaniem od kaczki, bo kaczka piórami leci ;-) Ale w sumie wszystko zależy jak kto przyrządzi bo Mam ostatnio zrobiła kaczkę z jabłkami i bardzo smaczna była.
    Z gęsich jaj wychodzą bardzo smaczne pączki. Można nimi armaty ładować ;-)))

    OdpowiedzUsuń
  16. i miodzik mamy, jabłka z majerankiem w sosie z gęsiny, uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
  17. I zapachniało w moim domu.....aż kot ocknął się przy kaloryferze, (czyżby to gęś? - zapytał zielonymi ślepiami - ale po co te jabłka?)..:)))

    OdpowiedzUsuń
  18. Niestety, z drobiu tykam tylko kocie filety, więc się nie wypowiem ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. hmmmmm.Nigdy nie jadłam.Moja Dada piekła ponoć genialne ale mama nie jadała,w ogóle drobiu nei jada do dziś.

    A krolika?!? NIE<NIGDY W ŻYCIU !

    OdpowiedzUsuń
  20. Ale Ty pracowita jesteś...
    Chętnie bym takiej gąski spróbowała :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o widzisz, i kocham Cię za to, nikt nigdy nie pochwalił mnie za pracowitość!

      Usuń
  21. A ja dziś robię steki z kangura i mam nadzieję,że będą jadalne

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. koniecznie napisz jak smakowały

      Usuń
    2. Sa zupelnie niezle, mieso przypomina mi troszke konine, takie lekko slodkie.

      Usuń
    3. Kangur jadalny,ale po zjedzeniu mam mieszane uczucia. Zdecydowalam się upiec mięso. Jest dośc delikatne w smaku, chude i trochę suche- może coś zle zrobilam. Przepis był z internetu.Mięso ma intensywny zapach, przypomina mi wołowinę. Fanką nie będę.
      Następny w kolejce do testowania czeka struś.

      Usuń
  22. Są tacy faceci. Nieskromnie powiem, że to nie ja oczywiście, ale mój Szwagier, 140 kilo żywej wagi. Atawizm pchnął go w myśliwowanie i od czasu do czasu ginie z dwururą. Twierdzi, że na ambonę i to nie w celu wygłaszania kazań! Pojawia się potem w domu ze zwierzyną biedną wszelkiego autoramentu, zalatując nieco zakrapianym bigosem połowieckim. A potem, imaginuj Aśćka sobie, nie dość, że to wszystko przyrządza, to zaprzęga do pomocy resztę Członków zamieszkujących w jego jaskini.

    OdpowiedzUsuń
  23. Dawno się tak nie ubawiłem, jak teraz, czytaniem tego wpisu. Gratulacje za sprawne pióro i piękne ujęcie spostrzeżeń i obserwacji z naszego życia.
    Piotr - przedstawiciel tego ginącego gatunku mężczyzn co to potrafią przywlec coś do domu.....i wprawić w zakłopotanie.
    PS: Coraz rzadziej (na szczęście) mi się to zdarza - lata pracy małżonki nade mną przynoszą owoce.

    OdpowiedzUsuń
  24. Właściwie to nie chciałem komentować ale nie wytrzymałem bo jak człowiek musi....... .
    Jestem coraz bardziej na Tobie zawiedziony. Masz niemal wzorcowego męża. Od początku istnienia rodziny to mężczyzna był łowczym znoszącym do ogniska domowego dla swojej białogłowej wszelkiego typu zwierzęcinę która to oporządzała. Gęś to był świetny sprawunek. Kłopot mógłby być z gęsia opierzona co oznaczało by gęś wędrowna która w czasie migracji do ciepłych krajów dostała zawału i gruchnęła na ziemię o stóp Twojego Kristoforo. Taką gęsinę by się piekło do Wielkiej Nocy. Wygląda na to, że była to gęś ku radości naszego podniebienia. Rozumiem, że nigdy nie robiłaś ale jak napisałaś w zamrażalniku był środek ułatwiający robienie po raz pierwszy niemal wszystkich dań. Trzeba było zażyć /byc może kilkukrotnie/ a i nowy duch by w Ciebie wstąpił. Nie wiem jak gęś by zareagowała /wiesz, że karp jeszcze po śmierci potrafi nawiać/ widząc jaki końcowy los mu szykujesz. Być na takie dictum próbowała by uciec odwlekając ostateczny los.
    Piszesz, że jabłuszko było bardzo dobre................ no wiesz, jak ja coś tam wkładam to tego już nie zjadam.
    Proszę o przekazanie mojego uznania dla Małżonka Szanownej Pani i mam rade na święta Wielkanocne. Radze kupić kilka jajek strusich, 2 butelki wódki i piłkę do żelaza.
    Poświętnie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W zwięzłości odpowiedzi na komentarz Starszej nie pobiłaś. Jej odpowiedź brzmiała -hehehe.
      Poświąteczne pozdro

      Usuń
  25. Myślę, że skoro tego mięsiwa tyle wyszło, to najwięcej się z tego na końcu uradują koty...:)
    Kłaniam nisko:)

    OdpowiedzUsuń
  26. Jak zwykle sie usmialam.Raz pieklam ges ,zamowilam u rzeznika swieza piekna jedrna .Strasznie sie namenczylam tak duza byla, Ale jak upieklam to pyszna byla,a jabluszka z nadzienia super.

    OdpowiedzUsuń
  27. Podoba mi sie Klarko lekkośc i humor, który jest jak najlepsza przyprawa Twego pisania - pysznego dania! Przeczytałam z ogromną przyjemnością i usmiechem na twarzy! A samej gęsi chętnie bym spróbowała, bo dotąd tylko gęsi smalec jadłam i pyszny był bardzo...
    Pozdrawiam serdecznie poświątecznie!:-))*

    OdpowiedzUsuń
  28. cha, cha :) świetny tekst. Moj ojciec - łowca przynosił całe życie mojej mamie ryby do sprawienia, czy jak się to nazywa. mama nie cierpiała tych ryb :) Bogu dzięki mój mąż nie cierpi łowić :) do gęsiny jakoś nie moge się przemóc, ale kaczusia to i owszem :) jak dobrze zrobiona :)

    OdpowiedzUsuń
  29. Duża rodzinka to błogosławieństwo. Mój facet często powtarza, że jestem biedną jedynaczką ...:)

    OdpowiedzUsuń
  30. Szkoda, że tak daleko mieszkasz, bo bym chętnie gęsi spróbowała :) Sama chyba się nie zdecyduję żeby ją upiec - mam kaczkę w zamrażarce i też czeka aż się za nią zabiorę. U mnie Święta też minęły spokojnie i rodzinnie. Teraz Sylwester i znowu rok starsza - 5 kwietnia skończę 30 lat... W Wielkanoc :)

    OdpowiedzUsuń
  31. Najważniejsze, żeby tego smalcu z gęsi boże broń nie wyrzucać! Bo zdrowy nadzwyczaj! W słoik i do każdej zupy po łyżce dodawać na przykład... Miałam w te Święta dwa razy do czynienia z gąską - raz duszoną w kapuście (pycha!) i raz tradycyjnie pieczoną (jeszcze lepsza!).

    OdpowiedzUsuń
  32. Klarko!!! Uwielbiam Twoje poczucie humoru!!! Wspaniały post na początek dnia!!!;)
    Trzymaj się ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  33. Wspanialy wpis- przeczytalam jednym tchem :)

    OdpowiedzUsuń
  34. Ale sie usmialam ... A na końcu myślałam ... ze wyszedł z tego zając i to całkiem w buraczkach - gęś czy kaczka pycha

    OdpowiedzUsuń
  35. Czytam z przyjemnością, ale - świerk przyniósł, świerk, nie - świerka. To rzecz - nie osoba, bez względu na to, jak kochamy przyrodę. Istniało przypuszczenie, że to tylko u nas na wsi tak bełkocą. No i że w Onecie - nowe pokolenie "dziennikarzy", teraz wiadomo - taki trynd.
    Królik

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dziękuję,
      wytłumaczę się - niedostateczna znajomość zasad pisowni również mnie bardzo krępuje i się tego wstydzę ale przecież nie zatrudnię redaktora

      Usuń

Twój komentarz