czwartek, 30 listopada 2017

Andrzejki, adwent i inne przemyślenia

Każdy post, w którym zamierzam napisać jak to dawniej bywało, mam ochotę zacząć od zdania "dość to przerażające, że jestem taka stara" a zakończyć stwierdzeniem "czas umierać". Od razu proszę osoby żyjące w innych warunkach i w innych regionach - jeśli macie inne doświadczenia, napiszcie o nich ale nie kwestionujcie moich, ja mam właśnie takie.

Będzie o andrzejkach z czasów mej młodości. Andrzejki czyli ostatnia jesienna huczna impreza z wróżbami i tańcami, potem aż do Bożego Narodzenia był zakaz urządzania zabaw, czyli adwent.
Mieliśmy we wsi Klub Rolnika, był to niewielki budynek a w nim bufet i salka z kilkoma stolikami. Spotykaliśmy się tam towarzysko jeśli tylko był czas, choć tego czasu było naprawdę niewiele bo młodzież szkolna cały tydzień siedziała w miastach na stancjach albo tak jak ja dojeżdżała do szkół a to wiązało się z niezwykle męczącym dniem i późnym powrotem.  Młodzież pracująca do klubu raczej nie zaglądała, jak ktoś skończył szkołę to szedł do wojska, potem się żenił i nawet jak miał 21 lat to był stary. Z dziewczynami podobnie, nie, nie szły do wojska ale wychodziły za mąż, rodziły dzieci i nie miały czasu na imprezy, kółka teatralne, gry karciane i wszystko to, co wyczyniało się w tym klubie.  Były jeszcze pasożyty społeczne i działacze związkowi, taka partia młodzieżowa, nazwy nie pamiętam. Czemu ja ich umieściłam w jednym zdaniu. Nie wiem, samo się napisało. 

Miało być o Andrzejkach.

Wróżby były bardziej zabawami takimi jak niektóre współczesne oczepiny na weselach i nikt ich poważnie nie traktował. Liczył się taniec, muzyka, towarzystwo. Trzeba się było wytańczyć i wyszaleć, taka była idea tego wieczoru. Zespół grał prawie bez przerw, czas uciekał a o północy zabawa definitywnie i nieodwołalnie urywała się. Nadchodził adwent, czas, w którym nie można było tańczyć i bawić się. Pijacy i palacze deklarowali abstynencję, i o dziwo, dotrzymywali obietnicy co mnie do dziś zdumiewa bo przecież jeśli ktoś wytrzyma miesiąc bez palenia czy picia to ma za sobą najgorszy czas, zdrowieje i po co wracać do nałogu?

Adwent był czasem szczególnym. Nie było chodzenia na roraty z lampionami, kalendarzy adwentowych, wieńców ze świecami. Kto chciał i miał czas to chodził do kościoła ale nikt z tego nie robił szczególnego wydarzenia. Jeśli dziecko przed zajęciami szło na mszę to była jego sprawa, sama często wstępowałam do kościółka na Burku w Tarnowie bo miałam po drodze od autobusu. Kościoły były otwarte, można się było ogrzać, wyciszyć, pomodlić albo po prostu posiedzieć w spokoju. Ale obecności na roratach nikt nie sprawdzał. Tak samo zresztą jak obecności na religii, miałam taką katechetkę która mówiła - nie musisz, naprawdę nie musisz chodzić na religię jeśli nie chcesz a jakbyś naprawdę chciała to możesz przychodzić z inną grupą. Bo ja dużo opuszczałam i byłam na religii tak raz w miesiącu albo rzadziej ale nie byłam wyjątkiem, z naszej klasy połowa dziewczyn miała podobnie z powodu praktyk i dojazdów.

Lubiłam adwent. Bo już nie było roboty w polu! Czytanie książek przy piecu, gorąca herbata, plastry ziemniaków pieczone na blasze, gra w karty, wreszcie śnieg i jazdy na czym popadnie z góry do paryi. Kto miał narty ten był król.


otwórz książkę na 30 str
drugi akapit to Twoja wróżba


Wróżby - prawdziwe wróżby to były karty mojej babci a nie jakieś wygłupy andrzejkowe.



41 komentarzy:

  1. Klarko, napisze Ci tak, jak zawsze mojej corce mowie: "Jesli Ty jestes stara, to ja jestem juz prochno".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wczoraj ktoś mówił, że jest stary jak węgiel

      Usuń
    2. Stary jest ten co pamięta jak węgiel paprocią był 😂😂😂

      Usuń
  2. Na zabawy andrzejkowe nie chodziłam, w sumie to chyba dlatego, że takich u nas nie bywało, a w gronie paczkowym nie robiliśmy. Też nie było potem imprez, dopiero potem pozmieniali, że tylko w Wielki Post. Czyli ja też jestem stara.

    Pamiętam, jak wracałam do domu, po jeździe na tacy blaszanej, mokra i z zamarzniętymi od dołu spodniami. I z chodzenia do kościoła nikt nie sprawdzał, choć można było wylosować żłóbek, jak się przyszło z serduszkiem. Pamiętam, że wróciłam ze szpitala z przedramionami całymi w siniakach po wenflonie i wylosowałam ten żłóbek i potem go niosłam dwa kilometry do domu. To była magia, a nie lampiony i naklejki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Jako że jestem co nieco starsza, to nie mam andrzejkowych wspomnień- jakoś nikt wtedy się nie zabawiał w "andrzejki".I nikt mi nie kazał pisać wypracowań z religii, nikt mnie w kościele nie straszył diabłem, nikt nie zapraszał na religię kusząc gumą balonową (chodz, to dostaniesz gumę z Donaldem), nie sprawdzał obecności mojej na mszy niedzielnej dla dzieci. Jedyna ingerencja to była prośba księdza, by rodzice ustąpili dzieciom miejsca w ławkach, bo to msza dla dzieci a nie dla rodziców.I wszystkie kościoły były cały dzień od świtu do nocy otwarte. I pamiętam,że ksiądz rektor, siwiutki, chudziutki staruszek, wpadał do nas na lekcje religii i zabierał nas do przykościelnego sadu, rozdawał papierowe torebki i prosił byśmy pozbierali dla siebie jabłka. Nie było adwentowych dekoracji w oknach i tego całego wariactwa, które teraz zaczyna się zaraz po 1 listopada.Dekoracje choinkowe większość dzieci robiła sama w domu i wtedy wyciągało się swoje "skarby"- pieczołowicie cały rok zbierane kolorowe folie z czekoladek, kolorowe "glansowane papiery", kolorowe celofaniki.A oprócz tych dekoracji niemal każde dziecko szykowało dla rodziców własnoręcznie robione prezenty- jakiś haft na chusteczce do nosa, zakładkę do książki, ozdobne pudełeczko na drobiazgi. Najczęściej trzeba było zacząć to robić już w pażdzierniku, bo należało to robić "w tajemnicy", by obdarowany miał niespodziankę pod choinką.
    Myślę, że każdy z nas ma inne wspomnienia z tego okresu,bo różnią nas miejsca zamieszkania i...nasz wiek.Nie da się ukryć, że z roku na rok wszystko się zmienia, stąd i nasze wspomnienia są różne i to jest...piękne i ciekawe.
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, mam dokładnie takie same wspomnienia. To dobre i ciepło na sercu przywołujące wspomnienia. Ite glansowane papiery i prezenty samodzielnie robione.... Dawny czar poszedł w cholerę wraz z komercjalizacją wszystkiego . Szkoda.
      Buziaki :*

      Usuń
  4. O matko! I mnie dopadły ostatnio takie myśli o starości, ale może dlatego, że to co się działo w moim otoczeniu mogłabym nazwać "Cztery pogrzeby i wesele, które się nie odbyło". To tak za filmem " Cztery wesela i pogrzeb":-)
    Taaak, w czasach, które wspominasz, a bliżej moich, bo cóż jestem starsza:-), dwudziestoczteroletnia kobieta, jak była niezamężna, to juz była po cichu nazywana starą panną:-). Roraty, adwent to, tak jak piszesz, o Andrzejkach nawet nie wspomnę. Wiele się od tego czasu pozmieniało, czy na lepsze, nie wiem, ale jakoś czasami coraz trudniej jest się odnaleźć w tej zmienionej rzeczywistości. Czyzby to starość pukała swoim koscistym paluchem w moje drzwi, o niedoczekanie! Nie mam zamiaru poddać się tak łatwo, żywcem mnie weźmie!:-) Jeszcze mam zamiar długo się z nią kłócić o mój kawałek zycia na ziemi:-))
    Marytka

    OdpowiedzUsuń
  5. W czasach mojej podstawówki i liceum nie było tradycji Andrzejkowych (pora umierać). Dopiero na studiach w zaciszu akademika lałyśmy wosk i podświetlałyśmy otrzymany odlew latarką ze wszystkich stron. I to była jedyna wróżba. A święta, to oczekiwanie na statki, które miesiącami płynęły z cytrynami i pomarańczami, to prezenty przygotowywane własnoręcznie i najpiękniejsze chwile z rodzicami i siostrami w czasie produkcji ozdób choinkowych. Pajączki z kawałków słomy, pawie oczka i plecione przemyślnie koszyczki z kolorowego papieru, kilometry łańcuchów, kule z delikatnej bibułki skręcanej na ołówku i wiele innych. To był piękny czas.

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękne masz wspomnienia ! Andrzejki najbardziej pamiętam z czasów szkoły podstawowej. Robiło się zabawę klasową z wróżbami i laniem wosku. Fajnie było. Jak już mieliśmy naście lat to robiło się takie prywatki w domu. A na adwent rzeczywiście każdy miał jakieś postanowienie, ale czy każdy dotrzymał danego słowa ? Nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
  7. Oto moja wróżba ze strony 30: "Niezupełnie na marginesie należy dodać, że obowiązek nie wiąże się z przymusem uczestnictwa, tylko z przymusem partycypacji finansowej". Tytuł książki "Ocena jakości leczenia i szacowanie potrzeb" - nie wierzyłam, że mogę w niej trafić tak tak "życiowe" zdanie.
    Coś w tym jest...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudne, padłam!
      Ella-5

      Usuń
  8. Roraty pamietam, szczegolnie te w stanie wojennym. Godzina policyjna od 22 do 6 rano, pamietacie? A ten debil proboszcz (bo przepraszam, jak mozna to nazwac?) postanowil utrzymac tradycje rorat na 6.15. Rano. Do kosciola bylo ze dwadziescia minut, to sie dzieci spoznialy, po to zeby w kosciele otrzymac opieprz, albo nie dostac obrazka za spoznienie. Taki stres. Skonczylo sie, bo pewnego ciemnego poranka bieglysmy ile tchu z siostra, zeby sie nie spoznic, kiedy siostra, siedmioletnia chyba albo i mlodsza, wyrznela czolem w metalowa nieoswietlona barierke. Krew, krzyk, powrot do domu, tato posinialy z wscieklosci, na ksiedza, na budowlancow, ktorzy nie zabezpieczyli barierki, na stan wojenny. Siostra musiala miec szyte czolo, do dzisiaj sobie nie moge wybaczyc ze jej nie upilnowalam. A mialam wtedy tylko dziewiec lat. Ojciec zrobil raban na cala okolice, w kosciele, w firmie budowlanej, na milicje nawet poszedl. Chyba dostali jakies odszkodowanie, ale co sie siostra nacierpiala to jej. Takie male dziecko. A ksiadz rorat nie zmienil. Bo po co?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To takie małe dzieci chodziły same???hmm...dziwne zwyczaje

      Usuń
    2. Tak, kiedyś to było niczym nadzwyczajnym :-) Ja chodziłam do szkoły do sąsiedniej wioski 2 km - miałam 6 lat, ale opiekowali się mną dwaj starsi koledzy- oni mieli po 7 .

      Usuń
    3. ja też chodziłam sama i mój syn rocznik 84 też chodził do szkoły sam 2 km, dzieci były od małego uczone podejmowania decyzji i odpowiedzialności za siebie i za innych, nikt ich nie wyręczał, jak były starsze to musiały opiekować się młodszymi, poza tym dorośli mieli prawo a nawet obowiązek zwrócić dzieciom uwagę gdy np szły rowem po kolana w wodzie ;))) albo jeździły na teczkach z górki

      Usuń
    4. Anonimowy, 9 lat kiedys to bylo juz duze dziecko, starsze sie opiekowaly mlodszymi, a rodzice zaprowadzali dzieci do szkoly tylko pierwszy raz, zeby im droge pokazac.

      Usuń
    5. Szkoła raczej rzadko zaczyna się o 6,kiedy w grudniu jest jeszcze ciemno.Myślę,że jeśli chodzi o bezpieczeństwo dzieci,to nawet w bezpiecznej Polsce trochę wyobraźni mieć trzeba:) Parę ,a może paręnaście lat temu, głośna była sprawa dziewczynki(8-10 lat) gdzieś na Śląsku,która zaginęła w drodze na rekolekcje właśnie.

      Usuń
    6. Zgadzam się z Iwoną, tak się wychowywało dzieci, ja też byłam pierwszy raz prowadzona do szkoły żebym mogła tam trafić później, a nie miałam nawet ukończonych jeszcze 7 lat i sama chodziłam do szkoły albo w grupie innych dzieci niemal na drugi koniec dużego miasta. Rzecz w czym innym i to ważne. Kiedyś dorośli opiekowali się nie tylko swoimi dziećmi, podam przykład : kiedy bawiliśmy się na podwórku zawsze, któreś z dorosłych niepracujących doglądało dyskretnie bawiacych się dzieciaków i niekoniecznie były to osoby posiadajace dzieci. Jezeli wydarzyło się coś niepokojacego to taki dorosły ingerował choćby w niebiezpieczne zabawy, a potem zdawał relację rodzicom, którzy wyciągali z tego odpowiedenie konsekwencje, kazali przeprosić tego dorosłego za kłopot i jeszcze dziękowali mu za troskę. A dzisiaj, niech ktoś z rodziców albo innych dorosłych spróbuje zwrócić uwagę innym, ze ich dziecko tak czy siak zachowało się podczas zabawy. No to dopiero usłyszy, żeby się nie wtrącać, to jeszcze delikatnie, ale czasem idą takie inwektywy, że nikt nie chce ani się wtracać ani widzieć cokolwiek, no i mamy co mamy. Roztaczamy coraz większe parasole ochronne nad naszymi dziecmi, a potem narzekamy, ze będąc doroslymi wciąż na nas wiszą i załamują się z byle powodu.
      Marytka

      Usuń
    7. Moje 7-letnie kolezanki chodzily z kluczem na szyi. Po lekcjach szly do domu, same sobie drzwi otwieraly, odgrzewaly obiad na kuchence gazowej i czekaly na powrot rodzicow. I nikogo to nie szokowalo. :)

      Usuń
    8. Miałam 7 lat, po drodze do szkoły odprowadzałam do opiekunki 4 letniego brata. Opiekunka zajmowała się nim tyle czasu ile ja byłam w szkole, potem odbierałam go i wracaliśmy do domu. Mama budziła nas o 6 rano żebyśmy przy niej zjedli śniadanie (do dnia dzisiejszego nie jem lanych klusek), nastawiała budzik, kiedy zadzwonił mieliśmy wyjść. W dorosłym życiu zapytałam kiedyś - nie bałaś się o nas?
      A co ja miałam robić ? - usłyszałam.

      Usuń
    9. Miałam to szczęście, że mama mnie odprowadzała, albo sąsiadka, bo to zależy, kto był, ale też nie jakoś długo. Chodzili po mnie, jak wracałam po ciemku do domu 2 km, bez chodnika.
      Ale wtedy było inaczej, nie bałam się chodzić, nie wiem, czy dlatego, że było bezpieczniej, czy dlatego, że się nie mówiło, że niebezpiecznie może być. No i chodziliśmy w dwie osoby, od połowy drogi w trzy, to już była siła.

      Klarko, masz syna w moim wieku :)

      Usuń
    10. Angel tu jest Was więcej, bardzo mnie to cieszy, lubię te roczniki z lat 80 +

      Usuń
  9. Nie mogę się powstrzymac, wybacz: "Kościoły były otwarte, można się było ogrzać, wyciszyć, pomodlić albo po prostu posiedzieć w spokoju. Ale obecności na roratach nikt nie sprawdzał."
    Odwrotnie niż dzisiaj:( Zamknięte kościoły doprowadzają mnie do szału, podobnie jak tłumaczenie, że takie czasy, ludzie kradną, więc zamknąć trzeba. A dawniej nie kradli?
    Pozdrawiam andrzejkowo:)

    Dzisiaj

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obecności nikt nie sprawdzał bo to była sprawa rodziców i dziadków, oni z nami chodzili lub pytali czy byliśmy w kościele

      Usuń
    2. Klarko, o co innego mi chodziło:) o to, że dziś kościoły są pozamykane, podobno z obawy przed złodziejami, co skutkuje tym, ze przychodzisz i całujesz klamkę:( A kościół powinien być, moim zdaniem, otwarty zawsze, bo po to, chyba, jest?

      Usuń
  10. Klarko -
    o Andrzejkach nie mam wspomnien bo nigdy w nich nie bralam udzialu ale Twa wzmianka o Tarnowie, Burku sklania mnie do powiadomienia ze to moje rodzinne miasto! Moze nawet otarlysmy sie kiedys o siebie bo czesto robilam na Burku zakupy.
    O ile mnie pamiec nie myli to wokol niego byly trzy koscioly: najmniejszy zaraz przy sasiadujacym cmentarzu I ten mi sie najbardziej podobal. Inny mial przylegajace ogrody I tam kupowalo sie fajna ziemie do doniczek.
    Anonimowa informuje ze w mych mlodych latach mlodzi mogli bezpiecznie chodzic po ulicach chociaz oczywistym jest ze nie po zmroku czy drugim koncu miasta. Istnialy nawet czasy gdy wychodzac z domu zostawialo sie otwarte okna a nawet drzwi nie zamkniete na klucz. Dla mnie to bylo normalne, czyms co powinno byc a obecna koniecznosc dbania o bezpieczenstwo jest "dziwna" jako ze nalezy sie chronic przed innym czlowiekiem. Niezmiernie rzadko zdarzaly sie napady, rabunki, wyobraz sobie.
    Moc pozdrowien zasylam Klarko.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wysiadałam koło cmentarza i tam był mały drewniany kościółek nad potokiem i piekarnia, gdzie czasem kupowałam sobie bułkę, przechodziłam przez Burek na skos do szkoły na u. Bema. Na religię chodziłyśmy do Urszulanek. Nie byłam w Tarnowie chyba z 30 lat, tyle co na dworcu. Muszę koniecznie wybrać się i pochodzić po starych kątach. Do Tatrzańskiej na kawę :). Serdeczności.

      Usuń
    2. Niezmiernie rzadko odwiedzam Polske, ostatnio wpadlam do niej 4 lata temu I tylko na 3dni. Za kazdym razem odwiedzam Tatrzanska ktora za mlodu byla jednym z ulubionych miejscem na kawa ale glownie spotkan ze znajomymi - I powiem Ci ze obecny Tarnow trudno poznac, tak jak Tatrzanska straciila dawna atmosphere. Pamietam ul.Bema glownie przez to ze przy niej mieszkala milosc mego zycia. Boje sie ze jesli odwiedzisz Tarnow to bedziesz rozczarowana a z tego dawnego odnajdziesz bardzo malo.
      To wlasnie o tym kosciolku wspomnialam, byl uroczy.
      Pozdrawiam.

      Usuń
  11. Do kościoła z naszej wsi było 7 km, a wyjście na niedzielne roraty to była frajda, na którą czekało się cały tydzień, a trzeba było wstać o 4-tej, czasami była zadymka, czasami lało jak z cebra:-) kiedyś odeszła mi zelówka w bucie, buty były jedne, cóż to była za rozpacz, wszyscy poszli, a ja musiałam zostać:-) ponieważ mieszkałam w internacie, najważniejsze były dyskoteki andrzejkowe, internat był babski, zapraszani byli chłopcy z innych szkół, zawiązywały się przyjaźnie; inne czasy, sympatyczniejsze choć biedne, może dlatego że młodzi byliśmy; pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  12. Z książki wyszło mi "Nie chcę żyć w nędzy!" - to chyba dobra wróżba co? :D Czytam Joannę Jax "Narodziny gniewu".
    Zabawy Andrzejkowe mieliśmy w szkole, wrózki, konkursy, ciastka z wróżbą, lanie wosku przez dziurkę od klucza. Raz zrobiłam sobie wróżbę w domu - włożyłam karteczki z imionami (i nazwiskami!) potencjalnych kandydatów na męża i cóż mimo, że byłam wtedy bardzo zakochana w tym chłopaku, którego szczęśliwie wyciągnęłam z poduszki, to za mąż wyszłam za zupełnie innego ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. wstyd się przyznać ale w życiu na roratach nie byłam
    z jakiegoś powodu nigdy mi katecheci nie nakazali bo jak znam siebie jakby wymagali to bym poszła
    w tym roku też nie pójdę nie mam fizycznej możliwości i to mnie ucieszyło tym bardziej że bardzo mnie ostatnio wkurzuli księża z parafii i zmieniłam na zagranicznom

    OdpowiedzUsuń
  14. Dziś też Cię kocham <3 i uwielbiam te wspomnienia :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Wspomnienia z dzieciństwa... Bezcenne.

    OdpowiedzUsuń
  16. Kościółek przy Burku po renowacji, piękny, dalej pachnie tym charakterystycznym drzewnym zapachem. Drzwi wejściowe są przeważnie otwarte, a dla bezpieczeństwa - nie chodzi tylko o złodziei, ale i np. o przypadkowy pożar, to jest drewno i szkoda takiego zabytku/ - zamknięte są te wewnętrzne, ale one są przeszklone i można spędzić kilka miłych chwil w przedsioneczku, jest i krzesełko i klęczniczek, jak kto woli.

    Rorat z dzieciństwa prawie nie pamiętam, bo nie było to nic specjalnego, tylko na maj i na październik rysowaliśmy sobie w zeszytach kalendarzyki do zaznaczania obecności, ale nikt nas za to specjalnie nie nagradzał - jakaś 5 z religii i tyle, chodziliśmy, bo się chciało, zresztą byłą to tez okazja do spotkania się pod kościołem , w drodze na nabożeństwo i z powrotem wstępowaliśmy na jabłka do sadu kolegi, opowiadaliśmy sobie różne historie /jak w październiku było już ciemno, to czasem o duchach :-)/. A na roraty się szło albo nie, jak na normalną mszę.

    Andrzejek nie pamiętam, coś tam czasem było w szkole, jakaś potańcówka, ale nawet nie pamiętam lania wosku, nie mówiąc o innych atrakcjach. Bardziej czekało się już na Boże Narodzenie, robiło się ozdoby, porządki, po przedświątecznych ubojach dzieliliśmy się z sąsiadami, a oni z nami /ach, te flaczki cielęce pani Marii, mniam!/, przychodził Mikołaj - najczęściej nocą, zostawiając coś pod poduszką, a ja starałam się, żeby i rodzicom coś zostawił :-)
    Największa różnica to ta, że chociaż o wszystko było trudniej, to łatwiej było sprawić komuś radość, wiadomo było, że - w dużym skrócie - każdy ucieszy się z jakiegokolwiek prezentu, który choć trochę do niego pasuje. I z tego, że ktoś zadał sobie trud zakupienia lub zrobienia czegoś.

    Się wzruszyłam. Do roboty.

    Pozdrawiam
    MBI



    OdpowiedzUsuń
  17. pamiętam jedną wróżbę - każda z nas układała buty jeden za drugim.Ta, której but "dojdzie" pierwszy do drzwi pierwsza wyjdzie za mąż.I mój był pierwszy - akurt to się sprawdziło;D

    OdpowiedzUsuń
  18. Jakos Andrzejek nie pamiętam, bardzoej Boze Narodzenie, chyba pamięć mnie już zawodzi :-)))

    OdpowiedzUsuń
  19. Wnuczka, lat 19, zapytała mnie niedawno ile lat miałam, jak urodziłam jej mamę. Jak usłyszała, że 22, najpierw się zapowietrzyła, a potem jęknęła nad moją "zmarnowaną" młodością. Komu pora?

    OdpowiedzUsuń
  20. ładna ta notka.
    Zabawy mieliśmy w szkole;) udalo mi się być na kilku jak w końcu nie chorowalam.I czasy tych robionych ozdób choinkowych,papierków,o i wstążeczek przechowywanych;))).Pamiętam - MAM TEN KREDENS- jedne drzwiczki w nim.Dada(babcia) wyjmowała przed świętami tabun wstążek,krajek,tasiemek ,woreczkow i innhych takich i rozdawała byśmy mogli swoje prezenty obwiązać;).Och jak tam pachniało ładnie;)))).I w końcu pomarańcze,cytryny ktore doplynęły i cudem wystane wisialy w siatkach w piwnicy.I szynki!!! I kiełbasy o jeje....sąsiad wędził...a baba przynosiła mieso na nie...I to były święta a teraz nie mam zacięcia kompletnie;/

    OdpowiedzUsuń
  21. Andrzejki słabo kojarzę, ale mam przyjemne wspomnienia związane z roratami :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Z Andrzejek pamietam, choć słabo, jakieś wróżby w szkole. Ale na Roratach w życiu nie byłam. Co roku, na plastyce robiliśmy lampiony i chociaż mi się podobały, to za cholerę nie wiedziałam po co je robimy. Taką miałam "religijna" rodzine! I nikt, ani katechetki, ani tym bardziej rodzice, mi tego nie wytłumaczył. Doczytałam o tych lampionach w końcu badać już chyba dorosła. Ale w sumie cieszę się ze mnie to ominęło, nawet jako dziecko, raczej wolałabym sobie pospać. Na szczęście obecności nikt nie sprawdzał.

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz