wtorek, 11 lipca 2017

z powrotem

Sobota i niedziela trwały godzinę lub najwyżej półtorej. W przeciwieństwie do poniedziałku, a już nie mówię o wtorku, który ciągnie się trzeci czy czwarty dzień.
Niedziela obudziła nas deszczem, każąc spać dłużej. Skoro pada to nie ma sensu wstawać. Za oknem sypialni rozciągało się szerokie, zielone pole, aż do lasu. Śpiewał jakiś ptak, naśladując dźwięk dzwonka w niektórych mieszkaniach. Kocice siedziały na schodach.
- Gdzie macie dzieci?- spytałam. 
- Nie interesuj się, każdy by tylko wyciągał do nich łapy a nas nie ma kto pogłaskać - warknęła Sowa, nazwana tak z powodu okrągłych oczu i białych piór na grzbiecie. A może to po prostu była sowa, dziś już sama nie wiem, powinnam była pisać od razu, takie rzeczy człowiek  zapomina. 

Od śniadania do obiadu. Obiad w miejscu sprzed pół wieku. Talerze z jedzeniem stawiane na gazetach "Motor" i "Poznaj świat". Dowiedziałam się też o różnicy między rosołem dla dorosłych a dla dziecka. Porcja dla dziecka nie ma marchewki i zieleniny. 
Sandacz. Dobry. Gęś była na pewno lepsza ale czy można jeść dużo i tłusto przed podróżą? Można, ale trzeba mieć miejscówkę koło toalety. 

Na dworcu znów przywitałam się z Wokulskim. Tym razem zapytałam po angielsku - wracasz czy gdzieś jedziesz? Nie odpowiedział, nadal udaje że nie zna angielskiego. 

Wit Stwosz poważnie się spóźnił aż w końcu przyjechał skrócony o połowę. Miałam miejsce w ósmym wagonie a wagonów było cztery. Sandacz podskoczył  ostrzegawczo na myśl, że będziemy jechać w tłoku wśród walizek i plecaków. 
Znalazło się miejsce. Za śmiertelnie znudzoną  dziewczynką siedzącą obok wściekle poirytowanej matki. 
Dziewczynka bezustannie gadała a matka powtarzała średnio raz na pięć minut - natychmiast się uspokój, mam tego twojego gadania dosyć, nie mam do ciebie sił, zamknij się wreszcie. 
Tymczasem zapadła noc i zaciekawiony księżyc zaglądał do okien, nie mogąc się nadziwić, co też to dziecko za miny stroi. Dziecko, odwrócone do szyby, która w ciemności doskonale zastępowała lustro, wykrzywiało się straszliwie, wysuwało język i wybałuszało oczy. W podróży "tam" zniknęło mi z czytnika 24 książki napisane przez Kinga, ale przecież część z nich przeczytałam i doskonale pamiętam dziewczynkę, która wkurzona na matkę i na cały świat złością sprowadzała pożary i inne kataklizmy. Wreszcie wysiadły, co nie tylko ja przyjęłam z ulgą.

Kraków nigdy nie śpi. Kraków jest taki zwyczajny! Nie jest ani zaczarowany, ani tajemniczy. W Krakowie nie padał deszcz ale w mieście oświetlonym jak w dzień nie widać ani księżyca, ani gwiazd.  Cuchnęło powietrze, ulice zatłoczone były prawie tak samo jak zawsze, choć to była noc z niedzieli na poniedziałek. 
A dziś to już się wszystko odczarowało. Musiałam napisać o tym weekendzie bo może kiedyś w listopadzie albo w marcu, gdy będę już blada jak upiór i smutna od szarości wrócę do tej lipcowej podróży. 

16 komentarzy:

  1. Brdzie co wspominac w listopadzie:) a dla mnie Kraków taki najbardziej magiczny:) jak masz go na co dzień, to spowszedniał...

    OdpowiedzUsuń
  2. Córze wersja bez zieleniny przypadłaby do gustu, bez marchewki niekoniecznie. Czy to oznacza, że kulinarnie dojrzewa?

    OdpowiedzUsuń
  3. O rany, Klarka jak wytrzymałaś towarzystwo dziewczęcia i jej rodzicielki.... pełnam podziwu :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ależ, Klarko, Kraków jest zaczarowany... Pamiętam sprzed wielu lat. A może się odczarował? Za to zgniłe powietrze i owszem, aż nie było czym oddychać. No i ta wielgachna chmura smogu wisząca nad miastem kiedy zjeżdżaliśmy szosą w dół, a wokół błękitne niebo i słońce.
    Marytka

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja się boję że ludzie z ktorymi się spotykam mają ochotę mówić Dio mnie jak ta matka dziewczynki😐

    OdpowiedzUsuń
  6. Rosół? Oczywiście że bez zieleniny. Jako dziecko poprosiłam kiedyś ciotkę, żeby mi nie dawała tych "wodorostów".:) Zresztą zostało mi to do dziś: zapachu pietruszki z natury nie lubię, a marchewka jest dla mnie za słodka i nie komponuje mi się z rosołem (chociaż dodaję ją do włoszczyzny). Czy to znaczy, że jestem jeszcze dzieckiem?:)))
    Sandacz, mmm... dobra ryba.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak dobrze, że nie jestem jedyna z marchewką. Surowa, owszem, ale gotowana jest słodka i do obiadu nie pasuje.

      Usuń
    2. Też nie cierpię zieleniny w żadnej zupie, a szczególnie jak jest rozgotowana. Jak mi się takie coś dostanie do paszczy to dobrze jak jest w pobliżu jakiś zlew bo inaczej wstyd powiedzieć armagedon :)) Zdarzyło mi się to raz na wczasowej stołówce i tylko wstydu się najadłam ;)) A marchewka ujdzie:))
      Marytka

      Usuń
    3. No i zapomniałam dodać; byle nie ugotowany korzeń pietruszki albo selera. Przełknąć to, to przełknę, ale oczy mam na wierzchu zupełnie jak mój pies, który patrzył na mnie z wyrzutem : a cóżeś ty za świnstwo do kaszy mi dodała i próbował to wypychać z pyska językiem:))
      Marytka

      Usuń
  7. Kraków jest zwyczajny??? A w życiu Warszawy:))))

    OdpowiedzUsuń
  8. Klarko, a nie możesz tak po prostu wsiąść w ten pociąg w listopadzie, marcu czy kiedy jeszcze będziesz miała ochotę i po prostu tam pojechac?

    OdpowiedzUsuń
  9. Klarko grzeszysz !
    Kraków jest ponadnadzwyczajny ! Może Wawel, czy Sukiennice nie, bo zamki i galerie handlowe to są w wielu miastach, ale Muzeum Lotnictwa Polskiego z JEDYNYM egzemplarzem P-11C, i Kolekcją z Wielkiej Wojny, to jest jedyne takie w Polsce, a też jedno z niewielu w Europie !!!
    No to pa ....

    P.S.
    Dziś też ....

    OdpowiedzUsuń
  10. No normalnie Lewis Carroll...
    i KLarka w Krainie Czarów...

    Pozdrawiam ciasteczkowo, M.

    OdpowiedzUsuń
  11. Może i Kraków zwyczajny, ale notka zaczarowana, przeczytałam na wdechu :-) Wracam się podelektować.

    OdpowiedzUsuń
  12. A w Krakowie na Brackiej pada deszcz.... Ja dzisiaj na obiad miałam sandacza z frytkami i surówka, nad morzem być i ryby nie zjeść? ;) Uwielbiam ryby każde i pod każdą postacią.

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz