wtorek, 5 sierpnia 2014

znów o tych kotach

Miałam o tym nie pisać, bo po co znów nakręcać kociarzy, ale za chwilę zrobi się tak, że już całkiem przestanie ten blog funkcjonować bo ciągle się ktoś nakręca i hejtuje a ja się głupia tłumaczę.

Wiecie dobrze, że moje koty były i są zawsze wychodzące. Nie zamykam ich w domu i nie mam siatek na oknach i w drzwiach. Mają łapać myszy w piwnicy i w garażu a oprócz tego mogą sobie chodzić po całym domu, spać na łózkach i pozwalać się nosić na rękach. Poza tym robią sobie co chcą. Przepraszam, mam jedną siatkę, która zabezpiecza okno sypialni przed kocimi wędrówkami. Ale ona nie chroni kotów tylko nas, bo zdarzało się, że zwierzę wchodziło oknem  z żywą myszą w pyszczku i skakało wprost na łóżko.

Kiciul namiętnie poluje na wiewiórki w dworskim parku, podejrzewam również, że od kucharzy czy gości dostaje tam smakołyki bo jak przyłazi to niczego się w domu nie tknie tylko wyoblizuje się i idzie spać. Wiewiórkami się przecież nie nażre. Ale nie o to chodzi, znów się rozgaduję.
W dzień kot śpi w domu albo częściej pod porzeczką, ale kiedy zrobi się chłodniej a my siedzimy w ogrodzie, przychodzi do nas, koty od sąsiadów zresztą również i całe to towarzystwo gania się wśród krzaków a Piesuś waruje przy siatce i im zazdrości.   Potem my idziemy do domu i po jakimś czasie tak koło jedenastej-dwunastej wychodzę i nawołuję – kotku mój mój chodź do domu. Tak wołam bo czasem zdarza się, że przybiegną inne koty a mój nie, a przecież mogłyby się czuć oszukane, że ich wołam na darmo.

Piszesz  nie pij!  

Do brzegu.

Wyszłam ja wczoraj i wołam tak jak zawsze.  Łajzy nie ma. A był niedawno. Stanęłam przy bramie i znów wołam (sąsiedzi, wybaczcie, wiem, północ była). Nie ma kota. Za to po drugiej stronie drogi za chodnikiem na kociej ścieżce, która prowadzi do dziury w dworskim płocie, stały dwa psy. Nie miałam wątpliwości, że jeśli dopadną Kiciula to po kocie. Pobiegłam do domu po klucze do bramy. Wyszłam na chodnik i spytałam – pieski a czyje wy jesteście? Stały i nie zamierzały nigdzie iść, przeszłam więc na drugą stronę ulicy i wtedy dopiero zorientowałam się, jakie one są duże. Jakieś mieszańce, jeden wilczurowaty a drugi jak wyżeł.

Powiem tak – psów się nie boję, ale one nie wyglądały na przyjazne. Gdyby dopadły kota to nie poradziłabym sobie. Kota nie było, psom kazałam iść stąd i poszły. Po prostu powiedziałam – idźcie sobie stąd - a one niezbyt chętnie poszły ulicą w dół na janusową drogę.

Wróciłam na swoją posesję znów wołając – kotku mój mój do domu w tej to chwili. Weszłam na ganek a w korytarzu co? Głośne, pełne pretensji mryyyyył! Czekał na mnie w domu, podczas, gdy ja siwiałam, że go te psy dopadną. W sumie to mnie również mogły dopaść.


Ludzie kochani, nie wypuszczajcie psów nocą na wieś. Proszę. 

dobranoc!

40 komentarzy:

  1. Już myślałam, że znowu będę ryczeć o kota, ale na szczęście nie. Ach, ten Kiciulek :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tamto opowiadanie rzeczywiście nie było lekkie:*

      Usuń
  2. Wariatko! Przecież schrupałyby Cię w 5 minut, Chudzinko!;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miśka grabisz sobie:D
      psów się nie boję, jeszcze mi się nie zdarzyło, by mnie jakiś napadł, to raczej ja z nimi zaczynam gadkę

      Usuń
    2. aha! Akurat licz na to!
      Kiedyś musi być pierwszy raz.Pies może ugryźć ze strachu i żadna gadka Ci nie pomoże.Sołtys w dzieciństwie jednego dokarmiał , a ten mu potem wtopił ząbki w tyłek!
      Więc zasada ograniczonego zaufania do zastosowania!
      Zwłaszcza, że ..JEDZIESZ KOTEM:DDD

      Usuń
    3. no, mogły mnie napaść, masz rację, ale na szczęście nikomu nic się nie stało
      bardziej się boję krów niż psów:x

      Usuń
  3. No właśnie, ludzie pilnujcie swoich wielkich psów, nie puszczajcie ich luzem!! To taki apel w ślad za Klarką. Wiecie, co przeżywa właściel małego pieska, ktory zawsze karnie trzyma go na smyczy, nawet w mazurskim lesie???? A dlaczego trzyma na smyczy? Ono bo duży pies, może ciapnąć raz szczęką i nie ma małego pieska. Czasem nawet na smycz nie pomaga, bo jaką ja mam szansę, kiedy jakiś wilczur zacznie się dobierać do mojego psiaka, nawet, jak go wezmę na ręce? Żadnej, no chyba, że wilczur zwieje od mojego wrzasku........

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dokładnie, każdy chyba zna takie wypadki, duży pies z łatwością przetrąci kark małemu

      Usuń
  4. Psy nie powinny biegać luzem, ale nadal biegają i mordują co się da. Oczywiście niektóre...

    OdpowiedzUsuń
  5. ech te zabawy kota w chowanego...

    OdpowiedzUsuń
  6. kiedy jest ciepło, moje koty zostają na noc w ogródku, relaksują się na fotelach ogrodowych, dzięki czemu ja mam przespaną noc. Na szczęście psów luzem nie ma

    OdpowiedzUsuń
  7. powiało grozą.ja jednak niektorych psów się boję.Tak kompletnie od czapy ale być moze coś w nich jest i ja to czuję.
    Dziabnął mnie kiedyś pies.Głupiego sąsiada - nieeeee,ten piesek jest niegroźny .... nieee - a ja lata temu, jeden z nielicznyc hrazów na rowerze bywszy pedałowałam jak głupia a on i tak mnie dognił...

    Drugi raz przez idiotę innego sąsiada kiedy byłaam w ciazy z Młodą.
    Idiota bo przywiązął psy do ....klamki drzwi a drzwi do klatki schodowej , ja otwarłam,nogę wystawiam a one dziab.Sięwystraszyły afera z policją była.Teraz wspominam lekko ale wtewdy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w tym problem - nie psy stanowią zagrożenie lecz idioci-ludzie bez wyobraźni

      Usuń
  8. Mój Gonifacy idzie do sąsiadów, którzy miski swoich kotów trzymają na dworze, kładzie się koło misek i nie dopuszcza do nich właścicieli. Żeby było zabawniej oni karmią koty wyłącznie suchą karmą, za którą on nie przepada. A odnośnie wychodzenia, to chyba musiałabym mieć tytanowe pręty w oknach, żeby nie wyłaził i nie właził. Mam lufcik w górnej części okna i kiedy znudzi mu się spanie na mnie, to wyłazi właśnie tym lufcikiem. Kiedy zacznie padać, wraca tą samą drogą. Normalnie kamikaze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. podejrzewam, że gdybyś zamknęła lufcik, Gonifacy (co za imię:D) darłby się jak opętany
      lufcik rozwiązuje problem zabawy w "wpuść kotka wypuść kotka".

      Usuń
  9. Ja swoich nie puszczam luzem, śpią w nocy w domu...
    No wiecie ,żeby takie duże psy latały sobie ot tak ??

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja też wołam moją, nie zawsze łajza przychodzi, ale mam wrażenie, że sobie radzi. Na szczęście u mnie po ulicy tak często nie biegają bezpańskie psy. Na wsi bym się bardziej o nią (kitkę) bała.

    OdpowiedzUsuń
  11. kobieto, człowieku, to apel nierealny. Pies mojej sąsiadki zawsze ucieknie, a ona się stara......

    OdpowiedzUsuń
  12. Tresował teriera i był karny . Zawsze podziwiałam pięknego psa i jego właściciela. Po latach okazało się ze ten terier zagryzł moja kotkę na oczach tego pana i pozbawił malutkie kocięta matki.Urlopuję ale czasem zaglądam .Pozdrawiam-;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wkurza mnie, gdy właściciel psa deklaruje "nie bój się, on nie gryzie". Ja się nie boję, ale ile osób czuje lęk albo po prostu nie życzy sobie, by obcy pies podbiegał i obwąchiwał.
      Uleczko nie wiem, jak przeżyłabym sytuację, o której napisałaś, mam gulę w gardle na samą myśl

      Usuń
  13. psy niczemu nie winne,
    ludzie to łajzy cholerne

    OdpowiedzUsuń
  14. Czego w Polsce nienawidzę i moje dzieci też, i to jest naprawdę na pierwszym planie, to to że psy ganiają po ulicach bez właścicieli. Wszystko jedno jakie, małe, duże, a na wsi to już się nie da przejść. A ja się na przykład psów boję. Szczególnie tych które warczą na człowieka. W Polsce psy są źle wychowane i nie kastrowane i to nie jest ich wina tylko właścicieli że się zachowują agresywnie. Psy a nierzadko także i właściciele. Tutaj psy nie obszczekują przechodniów. Nie wałęsają się po ulicach same. Tutaj nie trzeba się ich bać.

    OdpowiedzUsuń
  15. Mój Sanczez chodzi na smyczy i generalnie jest narażony :) Ostatnio wielka owczarka niemiecka miała go na oku. Generalnie nie wiem, co w takich sytuacjach robić. Psa na ręce i uciekać? Czy jednak zaufać mu że da sobie radę z bykiem większym dwadzieścia dwa razy?

    OdpowiedzUsuń
  16. U mnie też ma zwyczaj biegać taki który budzi respekt na sam widok. Błogosławię wtedy bramkę która mnie od niego oddziela.
    Ludzie bez pomyślunku są. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  17. Klarko,
    Jest listopad, idę sobie kulturalnie, grzecznie i cichutko przez cmentarz. Godzina jest chwilę po północy i to jest dobre, ponieważ duchy, strachy i zjawy plączą się między godz. 22 a 24.

    (Mam przed nazwiskiem tytuły: prof. dr hab. ds zarządzania truposzami, więc naprawdę wiem, co mówię.)

    Stąd właśnie cisza nocna zaczyna się o 22, żeby wszyscy powyłączali muzykę, dali spokój z remontami, szlajaniem się po dworze i śpiewaniem pijackich pieśni - o godzinie 22 ma być cisza i spokój, wszyscy grzecznie w domach. Dlaczego więc mówi się, że godzina duchów to północ? Ano dlatego, bo chwilę przed północą trupki (mniej lub bardziej rozłożone przez przyrodę) wracają do swoich trumienek (mniej lub bardziej rozłożonych przez przyrodę), więc "amatorzy przygód z duchami" są bezpieczni. Dlaczego godziny duchów wypadają między 22 a 24 to wykład na inny czas:)

    W każdym bądź razie idę sobie chwilę po godzinie 24 przez cmentarz, wkoło żywego ducha (nieżywego już też raczej nie), ale słyszę szmery. Szelesty. I znów cisza. I znów szmery, szelesty. Kurka, co jest? Bo trzeba mieć na uwadze, że jakiś zbłąkany truposz może się ostać, ALE oznacza to, że to tzw. "anima vilis" (z łac. nędzna/podła dusza), która raczej nie ma przyjaznych zamiarów. Nic to! Najważniejsze, żeby nie popadać w paranoję i nie dać ponieść się wyobraźni, która potrafi w takich momentach płatać różne figle i wtedy wydaje się, że coś się widzi/słyszy. Wydaje się, bo gdyby faktycznie się usłyszało/zobaczyło... No to... Już by człowiek z tego cmentarza niestety nie wyszedł. Ale takie "wydawanie" powoduje np. "okłamane obumarcie", czyli człowiek zatrzymuje się i nie jest w stanie zrobić nawet kroku do przodu. Wtedy, cóż, "anima vilis" ma nas w garści.

    Więc, proszę zapamiętać, należy iść przed siebie, absolutnie się nie rozglądać ani nie zawracać nawet jak brama przez którą weszliśmy jest bliżej niż tak, do której podążamy!

    Okej. Więc idę, idę, idę i wydaje mi się, że słyszę szelesty, ale jestem coraz bardziej pewna, że to żadne szelesty tylko prawdziwe dźwięki! Rozglądam się wokół (specjaliści ds zarządzania truposzami mogą, a nawet powinni), ale nic nie widać! No nie! Tego już za wiele! Taka zbłąkana dusza, taka podła i nędzna, że nawet nie chce się pokazać?! I to komu! Mnie - specjaliście nie chce się pokazać... Ale trzeba coś z tym fantem zrobić, bo co z tego, że dojdę do domu cała i zdrowa, jak ktokolwiek inny (chociażby amator przygód z duchami) z cmentarza już żywy nie wyjdzie...? Wkurzona zmieniam kurs i idę w stronę grobu świętej pamięci dziadka-sołtysa. No musi mi dziadek pomóc. I już prawie dochodzę (nieustannie słysząc szelesty, a niczego nadal nie widząc), gdy drogę przecina mi wielki, spasiony kocur! Przebiegł po listopadowych liściach i zniknął za morzem krzyży.

    Zła wróciłam do domu.

    Morał z tego taki, że koty też powinny być zamykane na noc :-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehehe - ja jako młodzian sypiałem sobie latem na sianie - zdrowo i luzacko, bo nikt nie wiedział kiedy i dokąd chodzę, a o wracaniu to nawet i mowy nie było. Idąc na strych z sianem zawsze przechodziłem obok kępy wiekowych lilaków i kiedyś patrzę a one szeleszczą dziwnie, chociaż wiatru nie ma. Jako młodzieniec odważny i śmiały, skręciłem do niej żeby sprawdzić, cóż tam jest? A tam nic! Z pewną taką nieśmiałością sprawdzam, obchodzę wokół - nic! Co jest? Wracam po Starszego Knezia - obśmiał mnie, ale idziemy. Nic! Starszy zaopatrzył się w poręczna kociubę i mówi - wyłaź! I nawet już zamach wziął, a tu słychać - miiiiaaaałł! A by cię szlag sierściuchu trafił!!! Nasza własna kotka poszła sobie zapolować na ptaszki!

      Usuń
    2. hahahaha, widzę to jako żywo :-D :-D

      Usuń
    3. Talko, załóż pensjonat dla blogerów szukających mocnych nocnych wrażeń

      Usuń
    4. I w recepcji będę wydawać stoperan i martini razem z kluczami do pokoi. Ciekawe czy moja dzisiejsza pensjonariuszka będzie zadowolona?

      Usuń
  18. Nasza jakże łagodna i milutka Kizia dostała przymusowo kaganiec na mordę. Jak nie nosi na pysku, to ma przypięty do szelek - dobry pies, to pies z zawiązaną sznurkiem paszczęką. Miałem dość szarpaniny z bestią, która musi się "zaprzyjaźnić" koniecznie z każdym kotem, tchórzem, kuną, lisem, szczeniakiem i pijakiem. Przy czym po etapie zaprzyjaźniania następuje etap dyscyplinowania, czyli że każdy zaprzyjaźniony ma poczuć kto tu rządzi - wg Kizi ona. Teraz nawet York może spuścić jej manto, a kot ujeżdżać bezkarnie. Może się już "zaprzyjaźniać" do woli! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. taaa, naszym nigdy nie podobało się miejsce nasadzeń nowych roślin, wyciągały roślinę i przynosiły ją na wycieraczkę a w dołku zakopywały sobie swoje żarcie lub to, co znalazły na posesji, do tej pory zdarza mi się trafić na kawał kości lub..but czy książkę

      Usuń
  19. Bo to były psy z horrorów złowrogie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale że mnie posłuchały?;))

      Usuń
    2. bo byłaś pewna siebie i poczuły, kto jest panem! :)

      Usuń
  20. Ja widzac takie psy nawet za brame bym nie wyszla. Odwazna jestes Klarko!

    OdpowiedzUsuń
  21. Hehehe...
    No to kota powinnaś przez kolano :)
    Serio, dobrze, że Ci się nic nie stało, musiałaś powiedzieć do tych psów stanowczo skoro Cię posłuchały.

    OdpowiedzUsuń
  22. Mam dylemat egzystencjonalny.
    Czy nie opłacało by się być Twoim kotkiem ?.
    Miauuuuuu !!!!.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no masz:)))))
      jak było w Wiśle? Zazdroszczę cały czas, i wyobraź sobie, dostałam skierowanie do sanatorium na listopad:((( do wsi Wysowej

      Usuń
    2. Było cudownie - nie chciało się wracać.
      Gratuluje sanatorium. My mamy numerki 11.890 i 11.891 - przypuszczalnie wiosna 2016 r. Dokąd nie wiadomo.
      Listopad to piekny miesiąc pod warunkiem, że jest ciepło -:).
      Pozdro

      Usuń
  23. Kot przynajmniej szybko spieprza to ma szansę na ratunek! a ja.. Ja z rana na obcasach jak idę na busa, to wiecznie mnie taki jeden wielki pies sąsiadów napastuje, bo co jakiś czas im "ucieka" akurat w nocy :/ i w takich momentach żałuję, że kotem nie jestem, chociaż Mąż nieustannie do mnie Kocurek mówi...może powinnam wziąć lekcje ucieczki od jakiego kota!

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz