sobota, 25 stycznia 2014

o rolnikach

Kot mi zżarł notatki ze szkolenia o produkcie lokalnym, muszę więc pisać z pamięci.

Rolnicy mi imponują i dlatego chętnie biorę udział w takich zebraniach, choć sama pola nie mam i w związku z tym nawet się nie odzywam, tylko siedzę i słucham.
Imponują mi, bo mam świadomość, jaka to ciężka praca, wymagająca ogromnych umiejętności, nie gwarantująca zysku. Patrzę czasem na mojego sąsiada, który ma te wszystkie nowoczesne maszyny i podziwiam go, bo to wszystko trzeba umieć obsługiwać. To nie jest jazda samochodem po gładkiej drodze, o nie. Sądzę, że chłopak umiałby również obsłużyć każdą maszynę budowlaną. Znów się zdradziłam –  jak inni lubią patrzeć na morze albo góry czy las tak ja lubię pracujące maszyny, zwłaszcza rolnicze i budowlane.

Wykład był na temat lokalnych produktów.  
                                                      
Przypomniało mi się, jak Daga przywiozła na Watrowisko tabakę (mieliśmy przywieźć coś regionalnego) a ja nie zabrałam krakowskich obwarzanków ani kiełbasy lisieckiej, a są to produkty lokalne,  bo pamiętam ich smak sprzed trzydziestu lat. To były inne wyroby. Teraz są to produkty wytwarzane masowo co wiąże się z ich  jakością albo  raczej bylejakością.
Dobrze zrobiłam, bo Kneź za przywiezienie sklepowej kiełbasy ponoć topi w okolicznym jeziorze.  

Ale miało być o szkoleniu. Część rolników to świadomi producenci, posiadający wyspecjalizowane przedsiębiorstwa, związani umowami z dużymi sieciami handlowymi. W Małopolsce jest jednak wiele małych gospodarstw i nie wszyscy rolnicy porzucili ziemię mówiąc, że to się nie opłaca. Rozmawialiśmy o szukaniu odbiorców produktów z takich właśnie gospodarstw.

Bo dawniej było tak. Baba ze wsi miała mleko, ser, masło, jajka i warzywa. Od czasu do czasu ubijali świniaka i były kiełbasy, kaszanka i schab. Raz w tygodniu lub częściej szła do miasta do umówionych osób i sprzedawała nadwyżki.
Baba z miasta potrzebowała świeżych i pewnych produktów, brzydziła się kupować u przypadkowych przekupek. Wiecie, co to jest marketing szeptany? O babie ze wsi dowiedziała się od znajomych, którzy od lat zamawiali sobie śmietanę, ser i jajka prosto do domu.

Kiedy te rewelacje opowiedziałam siostrze, ta zaczęła się śmiać mówiąc, że sama woziła  tak mleko pewnej osobie z miasta, przed pracą zostawiała butelkę z mlekiem pod drzwiami a  przed wojną  nasza babcia nosiła grzyby i borówki do Tarnowa. No, cuda wymyśliłam.

Gdyby tak kilka osób zorganizowało się i jeden sprytny co rano objeżdżał kilka miejsc, dostarczając zamówiony towar?

Kobiety będące na szkoleniu pomysłem się zachwyciły a mężczyźni nie. Bo oni mieli lepsze. Na przykład puszczać w sklepach lokalną muzykę. I skończyło się na niczym.

47 komentarzy:

  1. Ot, jak to zwykle bywa, różnica zdań. A pomysł, choć nie nowy, zdaje się być na nowo atrakcyjny. Wszystkim obrzydły sklepowe podróbki. Ja już prawie wcale wędlin nie kupuję. Atrakcyjnie wyglądają przez szkło, a po przyniesieniu do domu zastanawiam się, kto to teraz zechce zmęczyć:-).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nawet koty patrzą na nie z oskarżycielską miną pt "chcesz mnie otruć babo"

      Usuń
  2. Planów wiele, gorzej z realizacją.

    Iza R

    OdpowiedzUsuń
  3. u mnie od wiosny do jesieni zajeżdża rolnik dwa razy w tygodniu pod blok furgonetką. Warzywa świeżutkie, owoce w sezonie też i do tego można mieć jego swojskie mleko. Nawet teraz w zimie gdy zawozi ziemniaki do sklepu, to jak ma na zbyciu trochę mleka to potrafi zajechać i podrzucić do domu. Cena 4 zł za 1,5 l to tyle co nic. To objazdowe dostarczanie sprawdza się w 100%

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na wielu starszych osiedlach tak właśnie jest, z tym, że teraz trzeba się liczyć z osiedlami strzeżonymi, a po drugie, sprzedawcy objazdowi zaopatrują się na placach hurtowych i w sumie i tak nie wiesz, co jesz

      Usuń
    2. jeździło na początku tych rolników sporo, ale po wpadkach z towarem odpadli i teraz czekamy tylko na "własnego". Maliny, czereśnie, śliwki i inne owoce pyszne i oczywiście spróbuj, jak smakują to kup.

      Usuń
  4. Dziękuję za ten wpis.Dla mnie to temat-rzeka.
    Baba ze wsi;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. z radością udostępnię Ci blog, napisz artykuł i przyślij do mnie a ja ją wkleję na stronę główną

      Usuń
  5. Żeby mnie tak ktoś zechciał przewieźć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a u mnie gniły owoce bo nie wiedziałam, komu dać

      Usuń
    2. ja niby miastowa lae też mieliśy na początku masę owoców.I jabłka papierówki i porzeczek morze(czerwone,białe i czarne) i agrest i wiśnie i orzechy włoskie...NIKT,nikt nie chcial za darmo bo trzeba sobie było samemu zebrać....

      Usuń
    3. miałam dokładnie tak samo

      Usuń
  6. Poproszę o namiary na tych lokalnych rolników, wchodzę w to w roli "baby z miasta", w roli odbiorcy! Mieszkam w Krakowie, nie jest daleko!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jak się babeczki dogadają to napiszę na pewno

      Usuń
  7. w takim razie baby powinny zlać mężczyzn- skrzyknąć się same i to zorganizowac.Szkoda .

    ja pamietam babę z cielęciną;) i miala twaróg....i maseło....omg!!!

    pomysł naprawdę świetny !

    OdpowiedzUsuń
  8. Kneź nikogo by nie utopił, ale wiedziałem, że osobom, które szczerze się wykosztowały na drogie produkty może być przykro, że nie wywołały właściwego zainteresowania i w sumie to drogie żarcie zostanie potraktowane tak sobie. Dzięki temu niektórzy spróbowali tak niedobrego ciasta, że zostało ono zniszczone w ułamku sekundy! Oj, niedobre, niedobre! :D :D :D
    To niedobre ciasto, prawdziwa tabaka i wodzionka, zostaną zapamiętane na długo z ostatniego Watrowiska, podobnie jak kiełbaski zośki z drugiego, a winko wiśniowe i pieczonki z pierwszego :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dla mnie hitem był żurek i wino porzeczkowe oraz opowieść o kocie,
      wiesz, wygląda na to, że niektórzy zaczynają tęsknić za tym spotkaniem

      Usuń
    2. To był żur, bo podstawę do żurku to Watra, ogarnięta szałem sprzątania, wylała do zlewu i garnek wyszorowała! :P
      A do następnego już tylko niecałe pięć miesięcy! :)

      Usuń
  9. a przecież i obwarzanki i kiełbasa lisiecka to certyfikowane produkty regionalne, a więc objęte ochroną, kontrolę itd. Czy jak kupujesz je to sprawdzasz posiadanie przez nie odpowiedniego znaczka?
    Ciekawi mnie po prostu czy kupiłaś takie ze znaczkiem i nadal czułaś, że to nie to? czy akurat trafiłaś na podróby.
    No i jest też tak, że te z certyfikatem wszystkie mają ten sam skład, procedurę wytwarzania, a może Ty pamiętasz jakieś robione inaczej, przez kogoś kto miał na to inny patent.
    Zaciekawiło mnie to bo pisałam pracę dyplomową o takich produktach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Morelko, a widziałaś w sklepach kindziuk? Zapewniam Cię, że widziałaś nie raz. A ile razy widziałaś prawdziwy? Teraz można nazwać każdy wyrób kindziukiem.
      A tak nawiasem mówiąc, to podejrzewam niezły przekręt z tą lisiecką, bo gdy się pierwszy raz dowiedziałem, że to się robi z kawałków szynki i schabu, to zrobiłem "oczy jak pięć złotych" - cóż to musiała być za przebogata wieś, gdzie schab przerabiano na kiełbasę! :)
      Inna sprawa, że miałem taki epizod, że kiełbasę ze schabu wykonałem i to w ilości znacznej - oj, była sensacja! :D

      Usuń
    2. prawdziwego kindziuka chyba nigdy.
      Raz jadłam prawdziwego oscypka (o nim zresztą pisałam szczególnie) i była spora różnica, bo po raz pierwszy mi smakował.
      W auchan można spotkać prawdziwą mozzarellę ze znaczkiem (di bufala campana - kto je ser z mleka bawolego? ale jednak warto) i bodajże parmezan. Nieporównywalne w smaku.
      Teoretycznie za używanie tych nazw można zostać ukaranym karą grzywny lub nawet pozbawienia wolności i był już taki przypadek z oscypkiem.

      Usuń
  10. mieszkałam w gminie Liszki więc "u źródła". Tam była przede wszystkim tuczarnia na miejscu (smród nieludzki) ale te świnie były przeznaczone na ubój w tamtejszej ubojni i przerabiane na miejscu, a teraz lisiecką robi się i z drobiu, fuj. Morelko, masowa produkcja nigdy nie będzie tym, czym było wytwarzanie czegoś na lokalne potrzeby. Obwarzanki były hmm małe przede wszystkim, teraz są jakieś buły, którymi można rozbijać okna w tramwaju w razie potrzeby

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tutaj na pewno masz rację. Moim zdaniem te kontrole i certyfikaty zabijają prawdziwość tych wyrobów i tylko przy nielicznych pomagają im. Ale chyba nie tym polskim.

      Usuń
  11. moja babcia śp robiła właśnie tak jak toi opisujesz, brała siaty pełne wędlin wędzonych domowym sposobem i dawaj na miasto rozprzedać po domach, a teraz? UE się przychrzania do wędzonek, eh
    Rafał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rafał spokojnie, trzeba tylko uważnie przeczytać stosowne przepisy, nie zniknie wędzenie, nie martw się

      Usuń
    2. Klarko, nie wiem czy moje wędzonki spełniają owe normy, nie mówiąc o tym że paru innych na pewno nie spełniają.
      Wyobraź sobie, że wg norm transport wszystkich wędlin musi być w specjalnie chłodzonych pojazdach lub pojemnikach. Na stoisku towar jest wieszany w normalnych warunkach i aż kapie z niego woda, bo wszak na zimnym towarze skrapla się wilgoć - ja bym chłodni unikał jak ognia, ale normy... W efekcie nie kupiłbym tych zgodnych z normami wędlin tradycyjnych, bo mogą być mało jadalne, po takim traktowaniu.
      POdobnie w procesie produkcyjnym mięso musi przejśc przez fazę wyrównania temperatury i osuszania co sie kłóci z systemem HACAP - powoduje to natychmiast problemy właśnie z wędzeniem. PO prostu w dobrej jakości wędlina tego etapu nie da się ominąć, a wystarczy byle dupek z termometrem, żeby zamknąć cały zakład. O tym co zrobi Sanepid na widok surowych wędlin wiszących luzem w temp. pokojowej to nawet wolę nie myśleć. Całe szczęście nie jestem producentem, tylko takim sobie domowym wędzarzem.

      Usuń
    3. Przepraszam za literówki :)

      Usuń
  12. Ze wsi nie znaczy zawsze zdrowo. Niektórzy rolnicy kupują warzywa na hurcie, potem sprzedają na targu jako własne, bez nawozów sztucznych i chemii. Dlatego byłaby to fajna inicjatywa, takie dajmy na to stoisko np. Koła Gospodyń gdzieś na ryneczku w mieście. Wiadomo, jedna ma pyszne buraki, druga ziemniaki, inna mleko od krowy, czy kozy. Może warto zrobić Dzień Kobiet we wsi i o tym jeszcze raz pogadać. U nas tak się zaczęło wszystko od Dnia Kobiet, bo nie było żadnego mężczyzny i nie było wątków pobocznych;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jest w Krakowie raz w tygodniu, nazywa się targ pietruszkowy, znika wszystko na pniu do 11

      Usuń
  13. Zawsze było tak, że to potrzeba stawała się matką wynalazków.
    Teraz badania wykazują, że niedostatek najlepiej działa na mózg człowieka podsuwając mu pomysły, dzięki którym zaliczamy go do przedsiębiorczych. Porządek lubi świat, a d...a lubi bat... Też podobno

    OdpowiedzUsuń
  14. "Kobiety będące na szkoleniu pomysłem się zachwyciły a mężczyźni nie. Bo oni mieli lepsze. Na przykład puszczać w sklepach lokalną muzykę. I skończyło się na niczym."

    Czy Ty przypadkiem nie usiłujesz podstępem wprowadzić na blog tego gendera?

    OdpowiedzUsuń
  15. Wprawdzie miejska jestem od czubka głowy do piet, to zawsze mnie dziwi, czemu ci, co mają nieduże gospodarstwa nie łączą się w małe, ale prężne dzięki temu spółki handlowe. Rozmawiałam z właścicielem sadu pod W-wą- dookoła niego wręcz zagłębie sadownicze, niemal wszyscy mają jakieś kontrakty, ale wszyscy sprzedają te same gatunki jabłek. Owszem, mają i inne jabłka (te tradycyjne odmiany, dziś poszukiwane), ale nie zdobędą się na to, by jeden zebrał te wszystkie "niecodzienne" jabłka , zawiózł do miasta, sprzedał i po powrocie rozliczył się z sąsiadami.
    Tłumaczenia są pokrętne, a wynika z nich, że nie mają do siebie wzajemnie za grosz zaufania, czego z kolei nie chcą powiedzieć głośno. No i dlatego najlepiej puszczać na targu lub w sklepie muzykę regionalną:))))
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. niestety, tak dokładnie jest - zawiść i chytrość. Takie właśnie najpierw padały słowa - a jak to rozliczać, moje jest najlepsze więc powinienem najwięcej zarabiać itd

      Usuń
  16. Ja jestem teraz taką babą ze wsi, ale nie muszę ja zwyczajem dawniejszym do miasta jeździć z wiktuałami. Przyjeżdżają do mnie po chleby, sery, konfitury, czapki i szaliki wełniane. Jestem jednocześnie jeszcze babą miejską i objeżdżam okoliczne przydomowe sady i zbieram sobie owoce wszelakie na te konfitury. Owoce te bowiem nie mają wielu amatorów, a są to czasem jeszcze odmiany przedwojenne, jakich próżno szukać na straganach. I tak sobie żyję jako prawdziwa wiejska baba.

    OdpowiedzUsuń
  17. Pomysl jest dobry, nawet bardzo ale do realizacji potrzeba odpowiedniej logistyki.

    OdpowiedzUsuń
  18. bedac 11 lat temu w Wawie /na chwile niestety / mialam "babe ze wsi" ktora dostarczala mi jajka, maslo, chleb zytni z ziarnami i warzywa sesonowe. No i tulipany:)
    Czyli da sie. Jak to robila ... nie wiem.
    Zwlaszcza maslo zapamialam, bylo prawie biale, jak smietana tylko konsystencja inna. Poezja to byla.

    A teraz, w Londynie, robie jedzeniowe zakupy przez internet, szybko, sprawnie i choc ryzykowne to wybor jest Ogromny i zdarzaja sie Perelki

    OdpowiedzUsuń
  19. Na jakiś Animal albo Planet pasjami lubię oglądać pomysły ze świata. Oto amerykańce wymyślili sprzedawanie zdrowych produktów, właśnie poprzez dostarczanie ich do domów, ludzi którzy są zainteresowani zdrowa żywnością. Dostali pozwolenie nawet na mleko nie UHTe :) Ma być tylko jedniodniowe ani chwili dłużej, bo kontrola natychmiast. Potem zobaczyłam w telewizorze program z okolic N.J farmerzy na ryneczkach otwierają swoje kramiki, jeden raz w tygodniu i tam sprzedają. Kiedyś był jeden dziś jest już kilku. Ale, ale trzeba się sprężać bo towaru nie za dużo i szybko znika tylko rano są najczęściej. W Szkocji są informacje - zdrowa żywność i strzałki do farm, gdzieś dalej na poboczu. Iwona na blogu pisała też o tym. Jest to żywność nie sypana bez chemii. W Hiszpanii w małym miasteczku wpadają okoliczni farmerzy raz na tydzień w piątek, w pobliżu wielki market a gospodynie kupują u farmerów warzywa i owoce. Zajrzałyśmy z córką do marketu :) oj ubożuchna oferta warzywno owocowa była. :) oj jak mi przykro z tytułu tego było oj, oj. :) Wydaje mi się że jeśli mają żywność nie podsypaną chętnych na nią znajdą u nas - środek Polski, ekologiczny chłop :)) mieszka daleko w bok od trasy, na brak chętnych nie narzeka, wręcz nadążyć za potrzebami nie może. Okolice Łęczycy, ekologiczni farmerzy wystawiają informacje i straganiki latem obok domów. Łatwo trafić od nas trochę daleko ale robimy wprawę jesienną. U nas na ryneczku jest jedne boks gdzie są różne owoce w tym wiele odmian jabłek, kolejka tam zawsze jesienią długa, bo sprzedają stare odmiany jabłek z okolicznych sadów, od sadowników. Ludzie stoją bo lubią inne. To tyle a kobiety by chętnie wprowadziły nowości tylko musiałyby same wszystko zorganizować, gdyby się udało wtedy się dołączą mężczyźni. :))))

    OdpowiedzUsuń
  20. Jak dla mnie świetny pomysł, kupowałabym!

    OdpowiedzUsuń
  21. A nawiasem "mięso w procesie produkcyjnym" produkcja mięsa, towar. Aż boli gdy się czyta takie słowa. Marzy mi taka maszyna która będzie według dokładnego zapisu wytwarzać schaby, golonki, kawały pięknego surowego mięsa na steki, bez produkcji żywego towaru mięsnego. Zapewne kiedyś tak będzie - dla potrzebujących. Czytałam księdza Klimuszko po 50 mało mięsa po 60 wcale. :))) Pozdrawiam wieczorem. :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Fajny pomysł z tym towarem roznoszonym pod samiuteńkie drzwi, czy sprzedawanym na bazarze. Ale z doświadczenia wiem, że zaraz znalazłoby się miliard kontrolerów i podatkobiorców z sanepidem i urzędem skarbowym na czele, a drugi miliard "uprzejmie donoszących", którzy nie wiedzą, czy to ważne, ale..." czaiłoby się za winklem.

    OdpowiedzUsuń
  23. A mnie panie ze wsi tak przynoszą pod samiutkie drzwi- i jajka i mleko i kaszankę, co tylko poproszę- a nawet dalej- za drzwi, na kawkę przy okazji wpadają.No, ale jak mieliby się zjawić kontrolerzy- to NIE...Prawda jest taka, że znajomy jak kupuje w sklepie wędlinę, to najpierw nią częstuje kota. Jak kot zje- to wtedy gospodarz próbuje (korek115)

    OdpowiedzUsuń
  24. weselnapiekarka26 stycznia 2014 13:01

    Jestem od zawsze"babą ze wsi".Hodowałam 3-4krowy,zbyt na śmietanę,ser i mleko miałam zawsze.Syn rolnik hodował świnie na tradycyjnej paszy/ziemniaki ,śrut,zielonki/,drugi syn ,rzeżnik ,robił naprawdę pyszne wędliny.Ja krów się pozbyłam,nie mam już siły,młodzi nie chcieli się jak mówią "użerać się z wszystkimi"zrezygnowali z wszystkiego.Kupuję nabiał u kuzynki,która jeszcze ma krowy,syn rolnik obsiewa pole rzepakiem,zbożami a rzeżnik wyjechał z rodziną do Szwecji i tam robi wędliny wg.przepisów unijnych.Gdy przyjeżdża do domu robi sobie wszystkie wyroby i tam zabiera.Po pierwsze sanepid,różnorakie bzdurne przepisy zabijają dobre chęci,a po drugie odległość od większych miast ,w małych,biednych miejscowościach wystarczy market z byle czym.Na dodatek wcale nie ma tak dużo chętnych na takie dobre jedzenie,większość młodych już nie zna prawdziwych smaków,Wolą wpaść raz w tygodniu do marketu i wcale ich nie interesuje co i od kogo kupują.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. jeszcze dochodzi ważna sprawa cen - ta prawdziwa żywność musi być o wiele droższa od tej z marketu, w dużych miastach jest już ta świadomość, na ekologiczną żywność stać tylko bogatych

      Usuń
  25. Znam gospodarza, ktory odstawia do punktu skupu 1000 swin trzy razy do roku.
    Jego chlewnia wyglada, jak z obrazka... Obok ma o wiel mniejsza, gdzie hoduje okolo 100 tylko i wylacznie dla rodziny i przyjaciol.. W Warszawie mamy takie bazarki, gdzie przyjezdzaja rolnicy i sprzedaja dobre rzeczy, ale one takze dobrze kosztuja. Ludzie wola malo, ale zeby bylo dobre!
    J.

    OdpowiedzUsuń
  26. Na szczescie zmienia sie sposob myslenia wielu ludzi: nie chca miec lodowki pelnej niejadalnych prodoktow, tylko 3 plasterki ale ktore zje sie z przyjemnoscia... Sama pamietam, ze kiedys kupowalam paczkowana wedline, z ktorej po otwarciu wylewalam ok. pol szklanki niezidentyfikowanego plynu.... Teraz kupuje w "Krakowskim Kredensie" bo tam PACHNIE!
    tez Monika

    OdpowiedzUsuń
  27. To, o czym, Klarko, opisujesz, czy raczej, co proponowałaś, wygląda podobnie, jak tzw. kooperatywy spożywcze. Szczegółów opisywać nie będę, kto zainteresowany, niech zajrzy tu: http://www.samouzdrawianie.pl/kooperatywa-spozywcza/ (z góry przepraszam za link, nie jest to reklama ani kryptoreklama, ani nic, po prostu tam jest tak dokładnie opisana idea kooperatywy, że nie ma sensu, żebym opisywała to swoimi słowami :) ). I w swoim regionie organizuje coś podobnego ;)

    Pozdrawiam,
    Ewa

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz