czwartek, 28 listopada 2013

w szpilkach autobusem i tramwajem i po bruku

Potrzebuję całej godziny, aby dojechać do centrum miasta. To nie wszystko. Jadę autobusem, muszę więc pamiętać, że jeśli nie pojadę na przykład tym o dziesiątej pięćdziesiąt to następny jest dopiero po dwunastej. I z powrotem jest tak samo – kto dojeżdżał publicznymi środkami transportu to rozumie, jak bardzo dołuje dwie-trzy minuty spóźnienia tramwaju, bo już się nie zdąży człowiek przesiąść. Ile to razy dojeżdżałam do przystanku i widziałam, jak „nasz” autobus właśnie rusza z pętli. Teraz mam dobrze,  nie czeka na mnie w domu głodne dziecko, psy też nie wyją z głodu i pragnienia i mam zawsze w portmonetce parę złotych na kawę a przy pętli jest kawiarnia i tam mogę poczekać.

Zawsze miałam problemy z dojazdem, nie śmiejcie się, jedni cierpią z powodu nieśmiałości, innych nie trzymają się pieniądze lub mężczyźni a ja mam kłopoty z przemieszczaniem się.
Pochodzę z małej, górskiej miejscowości i do średniej szkoły dojeżdżałam autobusem PKS, który razu pewnego najechał mi podczas wsiadania na stopę. To był ostatni kurs do mojej miejscowości, na peronie w Tarnowie tłum bo tym autobusem można było dojechać do wielu innych miejscowości, w tamtych czasach wiele kursów było odwoływanych więc pojazdy były nieludzko przepełnione, często zdarzało się, że na peronie zostawało kilkadziesiąt osób. Autobus podjechał, tłum ruszył szturmem do drzwi i tak moja noga trafiła pod koło.

Dojeżdżałam również często okazjami. Tak się jakoś nikt nie bał zabierać pasażerów i pasażerowie też się nie bali wsiadać do obcych samochodów, przeciwnie, zawsze miałam nietykalne kilka złotych „na okazję” i często podróżowałam w ten sposób. Nikt mnie nie napastował bo byłam chuda, wyglądałam jak dziecko  i byłam pyskata i bezczelna.
Kiedy ostatni autobus został odwołany, biegłam na dworzec PKP. Pociąg wlókł się bardzo długo a od stacji musiałam jeszcze iść siedem kilometrów, dopiero po północy byłam w domu.
Kiedy mieszkałam u teściów na Widoku, doceniłam komfort mieszkania w mieście. Człowiek zakłada kurtkę i buty, wychodzi i już. Nie musi tracić czasu na przystankach, marznąć, wydawać pieniędzy na bilety. Nie byłam nauczona korzystać z MPK i do głowy mi nie przychodziło wsiadać do tramwaju na kilka przystanków.

Potem się przeprowadzaliśmy w różne części miasta i za miasto też, gdziekolwiek jechałam, musiałam zabierać z sobą dziecko, wiecie, taka cena niezależności – nie mieszkacie z rodzicami, radźcie sobie sami. Kupiłam wówczas nosidło i tak objuczona woziłam dziecko na plecach a w torbie wszystko to, co dla dziecka.  To było dużo praktyczniejsze w tamtych czasach niż wózek, z wózkiem nie dało się wejść prawie nigdzie bo schody, barierki, ciasne wejścia i zakazy. Tak tak, pamiętam naklejki na drzwiach sklepów i urzędów  – przekreślone psy, lody i wózki. Dobrze, że od razu nie strzelali tylko ostrzegali, żeby się nie zbliżać z dzieckiem czy z psem.

Tu, gdzie mieszkam, zawsze jeździł autobus. Tyle, że zawsze jest za mało kursów i te  godziny zmarnowane na przystankach czasem doprowadzały mnie do płaczu. Na przykład gdy marzłam w nogi. Częściej, gdy byłam prawie śmiertelnie zmęczona po pracy na rampie czy przy taśmie a kierowca zostawiał pasażerów w połowie drogi mówiąc, że dalej nie pojedzie bo jest zbyt ślisko.
Ile ja książek przeczytałam w autobusach i pociągach! Ilu poznałam ludzi! Ile wysłuchałam historii życia! Do dziś wiele osób kojarzy mi się wyłącznie ze wspólnym dojeżdżaniem. Kiedy stoję na przystanku, zawsze ktoś, kto przychodzi, wita się, zagaduje, bo zimno, bo gorąco, bo ładnie, bo pani się nic nie zmieniła albo nie mogłem pani poznać, ile to już lat.


Prawo jazdy mam, owszem, ale samochodu nie mam więc dalej jeżdżę autobusami i jeśli się ze mną umawiacie to pamiętajcie – muszę wyłapać koty i wyrzucić je z domu, potem idę do przystanku, potem jadę pół godziny autobusem, potem jadę tramwajem też pół godziny, więc nie odwołujcie tych spotkań z byle powodu. I z powrotem odwrotnie, tylko koty wartują na ganku i nie trzeba ich łapać.

51 komentarzy:

  1. Chyba dużo tracę jeżdżąc samochodem
    Ale jak tylko mam okazję to bardzo chętnie przesiadam się do komunikacji miejskiej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. wiesz, niedawno tak balansowałam na szpilkach w tramwaju i przysięgałam sobie kupić buty tramwajowe:D tylko jak wyglądają tramwajowe buty?!

      Usuń
    2. czerwone oczywiście, jak wsiadasz to musisz stanąć na mini szynkach (!) i złapać za metalową rączkę, jesteś na magnesie i nie grozi ci żaden przesuw, nie wiem tylko jak wysiadasz. Pewnie odrywają cię od metalowego uchwytu :-))

      Usuń
    3. Tramwajowe buty? To trampki, mogą być skórzane albo 'tanisowki' na grubszej podeszwie, nie koturnie :). Grunt, że odporne na podeptanie, dobrze zasznurowane lub na ekler, trochę zachodzone ale nie zajeżdżone :).

      Usuń
  2. Klarko, ja chyba w czasie swojej mlodosci wyjedzilam komunikacja publiczna limit 5 osob co najmniej.Do szkoly sredniej jezdzilam koleja waskotorowa i tez albo pedzilam do niej zeby zdazyc po lekcjach albo czekalam na nia 2 godziny.Potem studia i znowu dojazdy, duzo dluzej--bo autobus 20 minut do pociagu, pociag godzine i znowu autobus miejski lub tramwaj 20 minut.Powrot czasem takze po polnocy,bo juz po pociagu autobusu nie bylo i trzeba bylo czekac na ciezarowke pracownicza od ktorej jeszcze szlam 2 km.Koniec studiow i pierwsza praca i znowu pobudka o 5.30 i autobus pol godziny i marsz 4 km.W sumie to bylo 11 lat .Za to teraz siadam za kierownice i jade gdzie chce. Bo juz skonczyl mi sie limit na komunikacje publiczna lata temu .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. to jest pocieszające, że się ten limit wyczerpie kiedyś:D mocno Cię ściskam!

      Usuń
  3. O nie, Klarko, tylko nie to:(
    Przypomniałaś mi o moim największym koszmarze:(

    Co prawda jeszcze do niedawna mieszkałam w mieście, ale są miasta i miasta, więc co z tego, że po wyjściu z bloku od razu miałam pętlę autobusową, skoro z tej pętli tylko jeden autobus odjeżdżał raz na godzinę i przecież nie o każdej godzinie, bo zawsze coś musiało się zepsuć :P Potem 30 minut (jeśli były dobre warunki) do drugiego miasta, a raczej do MIASTA i tam czekanie prawie codziennie od 20 do 60 minut na autobus, który wiózł mnie do pracy. Wysiadka, kilometr spacerem do pracy i po pracy nie odwrotnie, tylko wszystko dużo dłużej, bo wtedy cała Warszawa kończyła robotę i czekanie na autobus linii186 na Ochocie wydłużało się nawet do 1,5 godziny, a najwięcej czekałam 4 godziny, bo przecież zima zaskoczyła polskich kierowców... Szczytem był całkowity brak dojazdu do pracy komunikacją miejską, też przez śnieg - nie jeździł żaden autobus, żaden tramwaj ani pociąg...

    Koleżanka rok temu wracała z Warszawy ponad 7 godzin trasą, która normalnie powinna zajmować ok godziny. Z pracy do domu miała 30km :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja specjalnie nie opisałam tych najbardziej dramatycznych zdarzeń bo lepiej tego nawet nie wspominać, a poza tym - rodzina czyta!

      Usuń
    2. Taleczka haleczka28 listopada 2013 12:27

      haha, racja, racja, aż mnie trzęsie odkąd sobie o tym przypomniałam ;/

      Całusy!:

      Usuń
    3. oj to przypomnij sobie wygłupy z chłopakami;)

      Usuń
  4. Przypomniałaś mi czasy ,z tym że musiałam dochodzić do pociągu 4 km i aby było bliżej ,to polną drogą.Latem nawet przyjemnie ale jesienią ,zimą makabra.Czasy,gdy wybierałam się już z dziećmi do miasta tęż były męką a trzeba było pojechać do osrodka zdr. czy nawet na zakupy.Mimo wszystko miło wspominam tamte czasu ze wzgledu na ludzi,towarzyszy tych dojazdów.Ile ich się poznało,jak dużo było życzliwości,iloma przepisami się dzieliliśmy,przeczytanymi książkami,szczepkami kwiatów itp.O poznanych chłopakach nie wspominam bo aż żal że tak szybko młodość przeminęła/na obecny wiek też nie narzekam ale tamtego,który się nie wróci żal/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. teraz też lubię tak jeździć bo się chcąc-nie chcąc dowiem o wszystkich wydarzeniach ze wsi;) jeśli sąsiadki nie rozmawiają z sobą to opowiadają to, co się zdarzyło, komuś przez telefon

      Usuń
  5. Bo ja to proszę Pani mam dobry dojazd. Wstaję.Wstaje rano jem obiad....
    U mnie też autobusy co dwie godziny. To taki uhonorowanie wsi
    Co ciekawe u mnie tez na ganku czekaj kot, ponoć jeszcze sąsiadów
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kot Sąsiadów to bardzo piękne i oryginalne imię dla futrzaka;)

      Usuń
  6. I ja jeżdżę od kilku lat autobusami albo busem i narzekam i wspominam czasy gdy w domu były dwa samochody i siat nie trzeba było nosić...Cóż u mnie czasy zmieniły się i to na gorsze i tak już pozostanie bo ani ja ani mąż prawa jazdy nie zrobimy...

    OdpowiedzUsuń
  7. To na pocieszenie dodam, że w mojej wiosce kursuje jeden autobus dwa razy dziennie (ok. 7.40 i 14.00) od września do czerwca - szkolny, innego nie ma ;) Do najbliższego PKSu 10 km, można dojechać rowerem, ale tak się Wam przyznam, że gdybym wiosną i latem miała jechać 10 km rowerem po to żeby wsiąść w PKS i dojechać do pracy, to na skróty mam 17 km (jesienią i zimą tylko samochód!!! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale się rozmarzyłam. Przypomniałam sobie te lata wyczekania na tramwaj podczas nauki szkolnej. I tę złośliwość losu, zgodnie z którą wszystkie pojazdy w inne części miasta zdążyły kilkakrotnie przyjechać, tylko "mój" jak na złość nie. Te zmarznięte nogi i wszystko inne zresztą też...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ja też wspominam złośliwość losu w komunikacji publicznej. Pewnej wyjątkowo mroźnej zimy musiałam dojechać na bardzo ważne kolokwium na uczelnię. Zwykły dojazd zajmował mi ok. 45 minut, taki z poślizgiem - godzinę. Więc wyszłam na tramwaj z ponad półgodzinnym zapasem (czyli jakąś godzinę i 40 minut przed rozpoczęciem sprawdzianu). I - oczywiście - wszystkie siły i moce negatywne sprzysięgły się po to, abym się na kolokwium spóźniła. Pół godziny!!! Na szczęście prowadzący zajęcia jakoś zrozumiał wyjątkowość sytuacji. Takiemu zamarzniętemu sopelkowi - czyli mnie - kazał usiąść i szybko brać się za pisanie, a potem siedział ze mną te dodatkowe pół godziny, o które się spóźniłam... Ale to była zima stulecia w latach 80-tych i ludzie chyba byli wtedy bardziej wyrozumiali!

      Usuń
  9. Dziewczyny, widzę, że nadal macie "pod górkę". Współczuję Wam.
    Ale takie są pewnie "uroki" mieszkania na wsi. Za to te inne uroki na pewno godne pozazdroszczenia:-)).
    Obecnie mam komfortowe warunki dojazdu; autobusy co 5, lub 10 minut, niemal wcale nie czeka się na nie. Czas jazdy do centrum też coś około 10 minut. Jeśli muszę jechać na pogotowie, czy wracam bardzo późną nocą (nie częściej niż dwa, trzy razy do roku) biorę taksówkę - koszt ok 25 zł. Da się żyć, nie narzekam:-).

    OdpowiedzUsuń
  10. Taka komunikacyjna ciekawostka .Z Dortmundu -około 800 km ,do Wrocławia samolotem leciałam 55 minut , przesiadłam się w autobus komunikacji miejskiej i z lotniska do centrum Wrocławia chyba 20 km jechałam 65 minut :)

    OdpowiedzUsuń
  11. O dojazdach do szkoły komunikacją zbiorową mogę książkę napisać, podbnie jak o kursowaniu autobusu linii nr 5 w okresie letnim. Po którejś z kolei nocy grożącej koczowaniem w dworcowej poczekalni z braku pociągu, który nie jedzie albo pojechał za wcześnie w końcu zrobiłam prawo jazdy i kupiłam najtańszy samochód, jaki oferowały ogłoszenia. Byle jeździł i byle przegląd przeszedł. I byle bym nie musiała koczować na dworcu. I tak się złożyło, że tydzień po otrzymaniu prawa jazdy spadł wielki śnieg, zamknęli drogi i przyszło mi nocować w sali gimnastycznej w szkole na jakiejś wsi między Koszalinem a Kołobrzegiem :D
    Reasumując: wszelkie dojazdy są kłopotliwe, najlepiej mieć wszystko na miejscu. Dlatego do pracy chodzę za płot :)

    OdpowiedzUsuń
  12. a w mojej wsi w ogóle nie ma żadnej komunikacji. rower lub samochód. jak kto chce to piechota - 7 kilometrów. nie opłaca się, podobno, bo za mało ludzi mieszka a i tak maja samochody. ot, polityka.
    całe życie moją komunikacja była ta miejska. autobusy, rzadziej tramwaje. i koniecznie szpilki. potem mi przeszło z tymi szpilkami, ale to inna historia.
    dopiero teraz z konieczności samochód. a prawa jazdy nie mam.
    jakoś nie było mi potrzebne.

    OdpowiedzUsuń
  13. Do tej pory śni mi się koszmar: biegnę na przystanek, z daleka widzę nadjeżdżający autobus, zaczynam biec i nogi odmawiają mi posłuszeństwa jeszcze przed pierwszym przejściem dla pieszych (do przystanku mam cztery przejścia bo to wielkie skrzyżowanie)...
    A w sumie tak porządnie (autobus, pociąg) dojeżdżałam tylko do liceum i to nie tak upiornie daleko jak niektóre z wyżej komentujacych. Za to w czasach całkowitej bezkarności komunikacji miejskiej. Ogromnie doceniam to, że mogę sprawdzić godzinę odjazdu w internecie i zdążyć...

    OdpowiedzUsuń
  14. Żywo sobie wyobrażam te Twoje dojazdy Klarko bo przez długie lata do pracy dojeżdżałam , a najgorsze to zimy i opóźnienia . A w pracy mieliśmy kiedyś takiego nowego szefa, który stał na korytarzu z czarnym notesem i wpisywał tych spóźniających się nawet o kilka minut i potrącał im część premii. Jego sekretarka przez to wysiadając z tramwaju wpadła pod motocykl i została kaleką na resztę życia (Dopiero wówczas skończył z tym terrorem) Miałam wówczas malutkie moje pierwsze dziecko, i często późno przychodziłam do pracy,tak że szefa już nie było , hehe. Ale kiedyś mu ktoś mnie zakapował i musiałam się udać na dywanik. Był tam u niego jeszcze ktoś z szefostwa biura, a ja szczera jaką jestem, powiedziałam prawdę;że moje dziecko musi czasem kupę i z nocnika nie chce zejść. Roześmiali się panowie, i powiedzieli że to rozumieją bo sami także mają małe dzieci i premię mi nie zabrał Ale te dojazdy to czasem był naprawdę horror najprawdziwszy. Pozdrawiam serdecznie( z powodu licznych literówek musiałam skasować i wkleić jeszcze raz pardon)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja też raz o mało nie wpadłam pod autobus biegnąc do bramy zakładu, miałam na szóstą w zimie to było całkiem ciemno, bałam się majstra bo brał listę do siebie i robił potem cyrk

      Usuń
  15. Jak wiesz mieszkam w stolicy od urodzenia, czyli od 100 lat.Mieszkam blisko centrum, góra 8 km nie linią prostą, czyli samochodem lub komunikacją miejską. Jeszcze 10 lat temu jezdziłam do centrum samochodem, ale odkąd musiałam poświęcić pół godziny na znalezienie miejsca do zaparkowania a do tego jeszcze za nie zapłacić wielce wygórowaną kwotę - jeżdżę do centrum komunikacją miejską, czyli autobusem. Do autobusu, który mi pasuje mam ok. 10 min spokojnym krokiem, rozkład jazdy mniej-więcej mówi prawdę, choć czasami bywa pełny rozwód pomiędzy rozkładem a rzeczywistością. Buty- niestety w szpilkach już nie chodzę - szkodzą na kręgosłup. Używam butów WalkMaxx i guzik mnie wzrusza, że wyglądają nieco dziwnie- ale są wygodne, amortyzują fakt chodzenia po twardym podłożu.Można je zobaczyć w necie, mają swą stronę.Z metra nie korzystam, zupełnie mnie nie urządza, niestety. Nawet za dopłatą nie wyprowadziłabym się w okolice swego miasta- no chyba, że byłabym już nie chodząca a furt leżąca, bo każdy wypad do miasta i powrót jest na ogół dramatem, zwłaszcza samochodem. Gdy muszę czasem wybrać się do kogoś poza miasto, robię to albo pociągiem albo samochodem tylko i wyłącznie w sobotę.
    Miłego, :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I zagadka- jak firma sponsorowała ten post?

      Usuń
    2. ZTM? :-) WalkMaxx tak na poważnie :-)

      Usuń
    3. anabell mam sportowe buty, i to kilka par, tylko.. lubię się wypindrzyć, lepiej się czuje w szpilkach i mnie prawie nigdy nie bolą w nich nogi, nawet, jak chodzę cały dzień, bardziej kręgosłup, natomiast w płaskich potwornie boli mnie przednia część nogi od kolana w dół. Nie umiem w nich chodzić.

      Usuń
    4. No właśnie, bo wysoki obcas szkodzi kręgosłupowi a nie nogom.Ja jakoś bardzo "zmądrzałam" od czasu złamania kości krzyżowej i ciągłego bólu całego pasa lędzwiowego.
      A komentarza niestety nikt nie sponsoruje - po prostu jeśli wiem coś co może być przydatne innym - piszę o tym otwartym tekstem.
      Miłego, ;)

      Usuń
  16. Klarko - od niepamiętnych czasów też jeżdżę autobusami (kiedyś bywało, że i tramwajami ale tu gdzie teraz mieszkam tramwajów brak). Ze znudzenia zaczęłam obserwacje socjologiczne, klasyfikuję kierowców i obserwuję ludność i różne interakcje. Zaczęło mnie to wciągać :)) Pozdrawiam i współczuję, bo ja szpilek nie miałam na nogach od 7 lat :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. głupoty mi współczujesz?:D ale już mam, mam buty na niewielkim obcasie i nie są to szpilki:]

      Usuń
  17. Jeżdżę samochodem i najbardziej mi brak możliwości poczytania w trakcie jazdy, rekompensuję sobie słuchaniem radia. W komunikacji miejskiej czuję się zagubiona, nie wiem, gdzie co jedzie. Metra nie lubię, czuję się tam klaustrofobicznie, szczególnie w godzinach szczytu.

    OdpowiedzUsuń
  18. W Warszawie lepiej podrozwac komunikacja miejska, bo szybciej przede wszystkim!
    Jesli chodzi o podrozwanie to mam klopot z czasem, bo albo sie spoznie, albo przyjde za wczesnie i na nic rozklad jazdy i zegarek!
    Serdecznosci
    judyta

    OdpowiedzUsuń
  19. Ja też z Warszawy, urodziłam się na Bródnie, mieszkam obecnie na Bródnie i na Bródnie pracuję. Nigdzie nie jeżdżę i nie umiem się po Warszawie poruszać. Mam prawo jazdy głównie po to, żeby do koleżanek jeździć sobie i po nocy wracać. Ale one mieszkają też na Bródnie. Parę lat temu pojechałam do śródmieścia z mamą, która powiedziała, żebym wsiadła w tramwaj w kierunku Żoliborza to dojadę do domu. Rozejrzałam się po wieżowcach i bezradnie machnęłam ręką, jakże ja znajdę w którym kierunku ten Żoliborz? Mamę zatkało i powiedziała, że jestem specyficznym warszawiakiem, który powinien mieszkać na wsi :-D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nie chcę Cie obrażać ale ..no nadajesz się na wieśniarę:D

      Usuń
    2. Doskonale ;-) w lesie nie gubie się nigdy. A z komunikacji miejskiej, jak jeszcze musiałam z niej korzystać to najlepiej pamiętam że zawsze jechałam dość krótko. Bo wymiotowalam, przepraszam bardzo :-P

      Usuń
  20. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  21. Kocham komunikację zbiorową :) codziennie jeżdżę do pracy 1,5 godz. w jedną stronę. Jestem na bieżąco z modą i gorącymi tematami.Mam swoich ulubieńców; młode małżeństwo które drzemie w pociągu "do siebie" albo "od siebie"- wtedy się martwię. Mam ulubionego "bankowca" na wiosnę jeździł do pracy w poliestrowym garniturku, teraz ma już przyzwoity garnitur, świetny bordowy pulower i zgrabny krótki płaszczyk. Zostały jeszcze do wymiany buty i teczka :) No i "Matki Polki" wychowujące dzieci przez telefon- lektura przeczytana ? pokój posprzątany? zakupy zrobiłaś? byłeś z psem? Życie.

    OdpowiedzUsuń
  22. Jestem z Krakowa i już kilka razy zmieniałam pracę. Za każdym razem wertując ogłoszenia firm nie odpowiadałam na te, których siedziba (ulica) nic mi nie mówiła...znaczy się, że daleko od domu, a ja znam bardzo dobrze swoją najbliższą okolicę. Wiem...w obecnych czasach takie rupie w dupie jest nie do pomyślenia :D
    Obecnie do pracy dojeżdżam 12 min tramwajem i nie wyobrażam sobie ani minuty dłużej. Nie umiem czytać książek w komunikacji miejskiej, bo do tego potrzebuję ciszy. Poza tym długie dojazdy lub stanie w korkach to marnowanie życia. Tak myślę i nic na to nie poradzę.
    Pozdrawiam,
    fidelia

    OdpowiedzUsuń
  23. Zostawił mnie raz na przystanku taki jeden kierowca, kiedy wracałam z internatu do domu; miałam wielką torbę z rzeczami i już nijak nie mogłam się upchnąć w autobusie, żeby drzwi się zamknęły; czekałam kilka godzin na następny kurs; a jak miałam lekki bagaż, to szłam na piechotę, to tylko 7 km; potem przebudowywali most, i nic nie jeździło; pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  24. Mam to szczęście,że dojazdy dotyczyły mnie tylko w czasie szkoły średniej.A wtedy wszystko jest prostrze:)Dojazd był z przesiadką w mieście powiatowym,sama szkoła w ni to wsi,ni miasteczku,pięknie położona nad jeziorem.Zimą i tak był internat albo stancja.Pociągami jeździłam sporadycznie i uwielbiam je do dziś,już tylko platonicznie:)
    Tramwaje mniej ale również.Kiedyś dla przyjemności tłukłam się nimi po Bydgoszczy,teraz zostawiam auto na brzegu Torunia i dalej tramwajem.Bo lubię i już.Bo nie muszę kręcic się w kółko i szukac miejsca do parkowania.No dobra,nie lubie jeżdzic po mieście autem;)Lubię patrzec na kamienice,na ludzi,na skwery,w samochodzie nie da się.

    OdpowiedzUsuń
  25. Moja młodość... zawsze wciskałam się, żeby stanąć pomiędzy siedzeniami - za pozwoleniem pasażerów z wioski z początku trasy, bo na kolejnym przystanku już było nas tyle, że aż do samego miasta kierowca nie dał rady otworzyć drzwi. A był to tzw kurs szkolny - zawsze parę minut przed lub po siódmej rano.
    Pozdrawiam, nie piszę więcej bo sie książka z tego zrobi, M.

    OdpowiedzUsuń
  26. Z której to strony Krakowa dojeżdżasz?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem czy dobrze kojarzę, to jest tam, gdzie czasami jeżdżę się wspinać? Nielepice, Brzoskwinia, Dolina wrzosy, Gaudynowskie skały, Zimny dół? Ogólnie mówiąc garb tenczyński?

      Usuń
    2. znacznie bliżej;) północny zachód od Krakowa

      Usuń
  27. Jak mieszkałam w Bydgoszczy, to wszędzie miałam dość blisko . Zawsze biegałam do przedszkola, potem do pracy.Po pracy jeszcze szybciej. Dlatego moje dzieci były wysportowane od wczesnej młodości i nadwaga im nie groziła. Córka nawet reprezentowała szkołę na zawodach wojewódzkich w biegach. Teraz jak mieszkam na wsi to mam problem z dojazdem. W tym roku PKS wycofał wszystkie połączenia z Bydzią przez naszą miejscowość, jedynie mogę dojechać do Świecia autobusami szkolnymi. No zawsze jeszcze mogę 5 km przez las z dzikami albo poprosić męża żeby mnie podwiózł 10 km na autobus. Jak dobrze, że można teraz kupić wszystko w internecie.
    Pozdrawiam:))

    OdpowiedzUsuń
  28. Klarko ja również całe życie jeżdżę komunikacją publiczną z większymi i mniejszymi przygodami. Co prawda autobus nigdy nie najechał mi na nogę, jednak np. za czasów liceum, kiedy to dzieciaki jeździły zgniecione jak sardynki, przy otwieraniu drzwi przycisnął mi stopę (na szczęście miałam bazarowe trzewiki, dzięki którym nie zgniotło mi stopy).
    Zawsze narzekałam na te dojazdy, bo zimno na przystankach, bo marnuję czas, bo tłoczno, a stać nie lubię i często słabo mi się robi, bo to i tamto. Przez ostatni czas miałam próbkę mieszkania w mieście...fajnie tak rano wstać i podreptać sobie do pracy. Ale to nie było moje miejsce. Byłam tam gościem. Moje miejsce jest tam skąd muszę codziennie rano dojeżdżać. I dobrze mi z tym. I mimo wszystko lubię tą jazdę.
    Masz rację, że w takich sytuacjach można poznać masę ludzi. I tych fajnych i tych mniej przyjemnych. O mniej przyjemnych nie pamiętam, a z wielu fajnymi do tej pory mam kontakt ;))

    Masz również rację, że trzeba szanować czas osób dojeżdżających, bo każdy taki dojazd to prawdziwa wyprawa.
    Ale za to przynajmniej mamy życie usłane samymi wyprawami z przygodami- dzięki temu nie jest nudno ;)

    Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  29. Do szkoły podstawowej miałam 5 min., średnią zaliczyłam z internatem, ale gdy przyjeżdżałam pociągiem na święta/wolnych sobót nie było/, a później jeszcze kawałek autobusem, to pewnie gdyby nie znajomy kierowca to trudno byłoby się zabrać;( Pierwsza praca i dojazd autobusem 25 min.
    A teraz do pracy mam 5 min. Cieszę się, że blisko, żeby tak jeszcze więcej płacili niż minimalna krajowa...:(

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz