czwartek, 1 sierpnia 2013

kiedy nie było kombajnów

Jodłówka Tuchowska
W sierpniu las nabierał intensywnej, ciemnej barwy, trawa na łąkach nie była już tak bujna, pachniały odurzająco zioła, na miedzach dojrzewały czernice (jeżyny) a w sadach zaczynały się pierwsze śliwki.
Poletka uprawne rozsiane były w różnych częściach wsi i choć nietrudno było dotrzeć do tych zagonków na piechotę to przywiezienie plonów do gospodarstwa nie należało do łatwych zadań. Najgorsze było zwożenie zboża. Snopki schły poustawiane w równych rzędach. Drabiniastego wozu wcale nie można było ładować kopiasto tak, jak na rysunkach albo w filmach. W górach wąwozy i polne dróżki były wąskie, strome, często porośnięte drzewami, których gałęzie zwieszały się nisko, tworząc tunel. Furman nie dałby rady zapanować nad wysoko załadowanym zaprzęgiem. Trzeba było i wprawy, i siły, aby poprowadzić bezpiecznie konia, nie zamęczyć go i nie wywrócić ładunku.
Ostrożność była równie ważna jak pośpiech, bo zdarzały się ucieczki przed burzą i ulewą zakończone lądowaniem w paryi i wtedy na nic cała praca, a ile dodatkowego wysiłku by uratować to, co się wywróciło.
Na szczęście przeważnie zawsze snopki z kłosami pełnymi ziarna lądowały bezpiecznie w stodole czekając na młockę.
W Jodłówce nie było prądu aż do 1972 roku a cepami nikt już nie chciał młócić, dlatego jedna maszyna  musiała obsłużyć wielu gospodarzy.
„Wiejka” ciągnięta przez parę koni wędrowała od domu do domu a jej właściciel był panem pełną gębą.  Wiejkę napędzał silnik na ropę połączony z  maszyną pasem transmisyjnym. Pas ten często pękał, silnik się psuł, właściciel wsiadał na motor i jechał po potrzebne części a ludzie najęci do młocki siedzieli i czekali, nie mając zajęcia. Jedni byli najęci a inni przychodzili na odrobek, choć z tym odrobkiem to przeważnie nie było sprawiedliwości bo bogatszy gospodarz młócił cały dzień a u takiej Honorki młóciło się  godzinę i po robocie.
Całe  przedsięwzięcie związane z młocką wymagało dobrej organizacji. Zamówić maszynę, przygotować plac, zawołać robotników, przydzielić im stanowiska, przyrządzić poczęstunek i coś do picia, bo kurzyło się strasznie i już po chwili pracy ludziom zasychało w gardle.

Dzieci z daleka od maszyny! Nasza mama pod tym względem była stanowcza i do dziś pamiętam jej zdecydowany, przejęty głos, bo musiała się tłumaczyć przed innymi kobietami – one są za słabe, nie chcę z dzieci porobić kalek, oberwie się taka chudzina i kto będzie jeździł po lekarzach?
Wtedy  prawie wszyscy wykorzystywali dzieci do pracy ponad siły a nasza mama  starała się nas chronić.

 Ktoś musiał podawać snopki, ktoś inny rozcinał powrósła a  kolejna osoba wrzucała zboże do maszyny, równo, nie za dużo naraz. Ziarna sypały się do worka i  potrzebny był chłop, aby te worki odnosić do szafarni i do sąsieków. Dwie osoby odbierały słomę i wiązały ją powrósłami w zgrabne snopy i dopiero w tym miejscu mogły pomagać dzieci, odciągając snopy na stertę, znów układaną przez kogoś dorosłego. Robienie porządnych powróseł było prawdziwą sztuką, kiedy węzeł puszczał, baba wiążąca słomę nie nadążała z odbieraniem.
Silnik wył, maszyna jęczała, ludzie otoczeni kłębami kurzu kaszleli a wszyscy uwijali się w pośpiechu bo już następny gospodarz czekał, z niepokojem spoglądając w niebo – deszcz przerywał pracę bo przecież i zboże, i słoma musiały być suche a nikt nie miał stodoły tak wielkiej, by tam spokojnie młócić.
Jeśli rolnik miał hektar czy dwa pola, a  przeważnie takie drobne gospodarstwa były w górach  to mało kto miał wszystkie narzędzia - koparkę do ziemniaków czy maszynę do młocki posiadali najzamożniejsi gospodarze i czerpali z tego profity w czasie zbiorów.
U moich rodziców młocka trwała kilka godzin, jeśli się oczywiście nie zepsuł motor, co się zdarzało dość często. Kiedy ostatni snopek został przepuszczony przez maszynę, ludzie, czarni niczym kominiarze,  siadali do posiłku i po krótkim odpoczynku i rozliczeniu szli do następnego domu a koło stodoły zostawała sterta słomy do schowania, placyk zasłany plewami i smród spalin. A na kuchni grzał się kocioł wody bo po młocce wszyscy pragnęli  się jak najszybciej wykąpać aby zmyć z siebie kurz i zmęczenie. A następnego dnia  młocarnia już wyła u kogoś innego.


29 komentarzy:

  1. Mój Teść miał młocarnię, którą sam zrobił. Też był na wsi taką osobą, która do wszytskich jeździła. Dawniej na mojej babci wsi też było jak u Ciebie, każdy każdemu pomagał, na odróbki całymi tygodniami chodzili. I mimo, że cięzka to była praca - zresztą życie rolnika generalnie do lekkich nie należy - to babcia wspomina z uśmiechem te czasy. Zawsze powtarza, że wtedy to ludzie żyli, bo spotykali się wieczorami np. na pierzawkach (czyli darciu pierza na pierzyny) kobitki darły pierza w piwnicy, a chłopy na piętrze wódkę pili i gadali, a jak już mieli dobrze w czubie to otwierali babom z nienacka drzwi i pierza latały po całej piwnicy. Zawsze babcia się śmieje jak to opowiada. Teraz każdy ma w domu telewizor i sąsiad do sąsiada zagląda tylko jak już naprawdę musi. Większość młodych ludzi pracuje w mieście, rolników jest garstka, a Ci co są rolnikami mają duże gospodarstwa. Takich małych z dziada pradziada już praktycznie nie ma. Tak to u nas na wsi wyglada. Chyba na większości wsi tak teraz jest.

    OdpowiedzUsuń
  2. oooooo pamiętam to z dzieciństwa:)my-dzieci uwielbialiśmy młockę.Dla nas to była atrakcja na podworku,ale też nie kazano nam nic robić ,tylko nie przeszkadzać:)Schodzili się wtedy wszyscy sąsiedzi i cały dzień wszyscy pracowali a na koniec jedli razem kolacje.Było wtedy śmiechu:)
    I pierzajki też pamiętam.Schodziły się wszystkie kobiety i darły pierze a chłopaki wpuszczali im tam np gołębia:D goniły ich wtedy na pół wsi.Fajne były czasy,chociaż ciężkie przecież.

    OdpowiedzUsuń
  3. Pamiętam takie prace z własnego doświadczenia. Pracę przy młocce zaczynałem od podawania snopków w stodole, potem na maszynę, potem wiązałem. U nas i gospodarstwa i stodoły były większe, dlatego od razu po żniwach młócono tylko gdy brakło zboża. A nawet wtedy raczej pożyczano sobie wzajemnie ziarno, żeby do późnej jesieni i zimy doczekać. Młócka w zimie była lżejsza, bo w sierpniu to można było się wykończyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. w górach szybko "rozmiękały" pola i jesienią na włócznie młocarni nie było szans, w wąwozie się nie mieściła

      Usuń
  4. Jak ja to dobrze pamiętam , te pokłute ręce , podrapane na ściernisku stopy , bo "każdy kłos na wagę złota ". Pamiętam palce lepkie od gruszek cukrówek , śliwki węgierki słodkie i aż granatowe , tunele w stertach słomy .To było dzieciństwo !

    OdpowiedzUsuń
  5. A ja nie lubiłam żniw...zaganiano nas dzieci do żniw. Nie lubiłam kurzu i tego że nam rozkazywano bezwzględnie pomagać. Jakoś nie mam do nich sentymentu. Dla mnie żniwa to oznaka tego że nadchodzi jesień...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ja do dziś nie lubię żadnej roboty w polu, nawet w ogrodzie sadzę to, co nie wymaga za wiele pracy;)
      uściski:*

      Usuń
  6. Mama do młocki nie dopuszczała, ale wiązanie snopków na polu to było normalne, a potem ustawianie ich w kopki. Ciężko się wtedy pracowało,nogi i ręce do krwi od zboża zdziarane, dziś tipsy by się dziewczynom połamały i opalenizna z solarium uszkodziła.......

    OdpowiedzUsuń
  7. Klarko, a o jakich to gorach i wawozach piszesz?
    Gdzies ktos pisal, ze byly tez kolka rolnicze z traktorem i maszyna okolo lat 70-tych. Moze nie wszedzie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. na pewno były, ale tam, gdzie mieszkał ten ktoś;)

      Usuń
    2. Az poszlam sprawdzic w necie co jest na temat kolek na wsiach malopolskich. Znalazlam - wielka luke czasowa... co jest? Chyba juz nie umiem szukac :( albo okres (w tym lata 70-te) gdzies sie schowaly)

      Usuń
  8. Ani moi rodzice ani dziadkowie nie mieli w zasadzie pola poza kawałkiem 40 arów gdzie sadzili kapusty i ziemniaki ale żniwa pamiętam i młockę bo na końcu mojej ulicy stał budynek do którego przyjeżdżali rolnicy z okolicznych wsi pełnymi furmankami.Z bliska całej ,,akcji" jednak nigdy nie widziałam bo dzieci miały zakaz podchodzenia...

    OdpowiedzUsuń
  9. w mojej wsi taka mołocka była jeszcze jakieś 15 lat temu, może mniej. Umiałam wiązać powrósła, pomagałam stawiać dziesiątki, odciągałam snopki od maszyny, które jednakbyły już powiązane sznurkiem przez maszynę. Kurz, hałas, wszystko to pamiętam, choć wcale nie jestem taka stara, bo jeszcze nie przekroczyłam 30-tki.

    OdpowiedzUsuń
  10. o i tunele też robiliśmy w stertach snopków :) i od ścierniska podrapane stopy i nogi

    OdpowiedzUsuń
  11. a ja nie mam wspomnień żniwnych. ale wy macie wspaniałe. teraz wiem czemu mnie całe życie ciągnęło na wieś...

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja już jestem "miastowa" ,ale moi rodzice pochodzili ze wsi. Na wakacje jeżdziliśmy w rodzinne strony mojego ojca. To było województwo łódzkie ,tam także elektryczność założyli w latach 70tych. Pamiętam młockę. Tam młockarnia poruszana była za pomocą kieratu ciągniętego przez konia. Kierat to urządzenie mechaniczne stojące na podwórzu do którego przymocowana była drewniana belka i do tej belki zaprzągnięty był koń, który chodził w koło , stąd powiedzenie chodzić jak w kieracie. Mlockarnia podłączona była do kieratu za pomocą metalowych przekładni.
    Kierat stał na podwórku jeszcze do lat chyba 90tych az kuzyn sprzedał go na złom.
    Ja bym z niego zrobiła element dekoracyjny,niestety do Wrocławia nie dało się go przywieść ;),ale trochę drobizny ocaliłam. Ostatnia moja wiejska zdobycz to chomąto. Walało się ich kilka w szopce i jedno wycyganiłam , a potem się okazało ,że reszta zgniła.
    Powiedziałam kuzynowi ,że jak będzie chcial pokazać wnuką jak wygląda chomąto ,to przywiezie je do mnie,ha .

    OdpowiedzUsuń
  13. Gdy miałam 12 lat spędziłam jedne wakacje na wsi - najgorsze było wyciąganie wody wiadrem ze studni. Naprawdę nie miałam siły by jedną ręką przytrzymać korbę a drugą wyciągnąć wiadro. I gdy gospodyni zobaczyła, jaką mękę przechodzę, zwróciła uwagę żonie mego ojca, że jestem do tego za słaba i że mogę wpaść do studni. W tym gospodarstwie dzieciaki nie były wykorzystywane do pracy w polu, nas regularnie wysyłano do lasu na zbieranie jagód i malin.Znienawidziłam to zajęcie po 2 tygodniach.
    Każdy dostawał kankę emaliowaną, mnie jako miastowej przypadała dwulitrowa, miejscowe dzieciaki miały większe kanki. I codziennie powtarzano nam - nim wejdziesz w maliniak potłucz krzaki u dołu kijem - ponoć żmije tam były. A wszystko to była strasznie dawno, w Międzybrodziu koło Porąbki.
    Jedynym fajnym akcentem był fakt, że na górze Żar był aeroklub i można było obserwować jak latają szybowce. Siadałam pod stodołą i gapiłam się w nieskończoność.
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja to juz inne pokolenie. Przeczytalam z fascynacja. Gdyby nie film "Sami Swoi" nawet nie wiedzialabym co to jest "wiejka". :)

    OdpowiedzUsuń
  15. jestem miastowa z dziada pradziada ale ... uczestniczyłam przez kilka lat w żniwach.
    I to były ciężkie żniwa choć okoliczności przyrody cudne bo w Bieszczadach!
    Akcja Bieszczady - harcerze pomagają rolnikom.Drobnym dodajmy.
    Gumiaki na nóżki i na wóz choć często i piechotą na pole.A pole gdzieś w górach , trudno dostępne na tyle że traktor ni wjedzie to i kosiło się ręcznie.Nie,nie my ale ,my szliśmy za kosiarzami.
    Albo podmokłe łąki - gumiaki bo żmije uwielbiały te tereny.Uwielbiałam układać stogi;D.Super się na nich siedziało:)))

    OdpowiedzUsuń
  16. To zboza inaczej wyglądaly kiedys;)? Dla mnie nawet piekniej niz przed 20u laty.
    Z sentymentem obserwuje rynek "wypiekow" z tymi sporadycznymi "kwiatkami" w logo.
    Komu żal maszyn? Zastąpi je "mechanizacja":)
    Swoją drogą....robotne te zywoty tamtych...maszyn. Ze smutkiem-delikat ze mnie. Popodziwiac bo nie na moje sily. Wstrzymam sie....
    Iza

    OdpowiedzUsuń
  17. Pamiętam chwilę,gdy tato włączał silnik,już elektryczny.Najpierw pomruk,potem coraz głośniejszy huk pracującej maszyny.Każdy stał już na swoim miejscu pracy,nie rozmawiał,skupiony.Maszynę u nas nazywano młocarnią.Sterty słomy to stogi.Stawiane były z luźnej,wymłóconej słomy.Stawiała go osoba zręczna,żeby były proste,równo udeptane.Ciężka praca,nogi głęboko zapadały się w miękką słomę.Słomę z maszyny podawał stertnik,zwany lewatorem.Wysuwana do góry taśma przesuwająca słomę za pomocą łańcuchów,metalowych jakby drabinek.Snopki wiązane były sznurkiem przez maszynę która cięła i wiązała,snopowiązałkę.My stawialiśmy snopki w kopki.Trzeba było mieć koszule z długimi rękawami,skarpety,żeby jak najmniej zostać podrapanym przez rżysko,słomę.Parę dni takie kopki musiały stać,doschnąć.Osoba która puszczała zboże w maszynę musiała robić to uważnie,z wyczuciem.Słychać było ogromny wysiłek maszyny gdy wpadało za dużo zboża.Tata podpinał puste worki do ziarna.w jedne leciało najlepsze ziarno,w drugie bardziej poślednie.Z boku maszyny leciały plewy,trzeba było odgarniąć.Potem zimą,dostawały je konie i bydło.Teraz marnieje na polu,kombajny wyrzucają ze słomą.Było charakterystyczne klaskanie pasa transmisyjnego gdy maszyna ruszała czy stawała.Jeśli było lato,ciepło,to jechaliśmy potem do jeziora kąpać się z całego kurzu.Były papierówki i gruszki.Wiadra kompotu i posiłki pod lipą.Było.Basia

    OdpowiedzUsuń
  18. Tak było. Jeszcze należało dodać opis koszenia kosą z pałąkiem i odbierania za kosiarzem. Od młodych lat robiłem za odbieracza, a później za kosiarza. Na szczęście nie mieliśmy zbyt dużo pola przeznaczonego pod zboża. Pamietam ten zapach świeżego żytka, pot spływający po twarzy, posiłek jedzony gdzieś na miedzy lub jak się dało to w cieniu polnej gruszy, no i zmęczenie gdy wracało się z pola. Młocka odbywała się zwykle na tzw. odróbkę. Chyba każdy miał odczucie nieadekwatności odróbki w zamian za swoją pracę.
    Było...minęło. Te same kawałki pola pozostawione w ugorze , przez kilkanaście lat porosły już lasem i nawet nie wiem czy mógłbym tam trafić.
    Ot wspomnienia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. proszę bardzo:) http://klarkamrozek.blogspot.com/2012/08/zniwa.html

      Usuń
  19. Mamy bardzo zbliżone wspomnienia. A ja dzisiaj widziałam kombajn pracujący na polu przy domu. Najwspanialsza na świecie maszyna:)

    OdpowiedzUsuń
  20. Pamiętam z dzieciństwa te sceny młócenia zboża,
    jak przebywaliśmy na wsi.:-)

    OdpowiedzUsuń
  21. Klarko.
    Mimo, że ja rodowity Warszawiak to ja to wszystko co piszesz widziałem i doświadczyłem. Na wakacje na wieś jeździliśmy. Do dziadków na Pomorze do Kwidzyna i tez na wieś Kielecką w okolice Skarżyska Kamiennej.
    To wszystko razem z fotkami opisałem na blogu. To były NAJPIĘKNIEJSZE WAKACJE MOJEGO ŻYCIA!
    Nie do powtórzenia.
    Pozdrawiam Ciebie serdecznie i zapraszam
    Vojtek mieszczuch, który zna też wieś :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Wspomnienia z dzieciństwa na wsi u dziadków. Piękne lato najczęściej było zawsze jakoś tak :). Ale ręce do krwi pocięte przy wiązaniu snopów pamiętam. Pamiętam ciężkie snopy podawane dziadkowi na wóz, szczególnie wtedy gdy najemników już brali to były snopy wielkie jak chłop, zwózka była wprost do stodoły i układane snopy były w sąsiekach, albo stogi gdy w stodole się już nie mieściło. Pamiętam dziadka jak biegł niespokojnie na pole, patrzył w niebo zrywał kłos, wysypywał na dłoń ziarno, dmuchając by zobaczyć czy już się nadaje do koszenia. Pamiętam jeszcze koszenie kosami i pracę cepów. Dzieciństwo, wspomnienia ciężka praca i radość wieczornej przechadzki z koleżankami :).
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  23. A u nas w latach 70-ątych to były już 2 traktory URSUS C4011(od nowości u nas czyli od 1970r.) i C330 (z1967 ale dziadek pracował w SKR i dostał ją jako służbowy traktor a w 1974 ją kupiliśmy od SKR - te traktory to do dziś mi służą) tylko był problem bo sprzętów do nich nie mieliśmy. A w źniwa to albo dziadek VISTULĄ lub BIZONEM prZyjeżdżał i kosił

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz