piątek, 15 lutego 2013

straszne czasy

Napisałam pod wpływem postu iimajki


Syn chorował od trzeciego roku życia prawie cały czas – zapalenie oskrzeli, zapalenie płuc, szpital, chwilę w domu, i znów w kółko to samo. 25 lat temu nie było mowy o przebywaniu w szpitalu z dzieckiem, były wyznaczone pory odwiedzin i na tym koniec. Wreszcie po którymś pobycie w szpitalu lekarka zaproponowała sanatorium. Zgodziłam się, bo zrobiłabym wszystko, aby moje dziecko było zdrowe.

Sanatorium znajdowało się w miejscowości Wisła – Głębce. Kawał drogi od Krakowa, nie mieliśmy wówczas samochodu, obydwoje pracowaliśmy zawodowo. Niespełna pięcioletnie dziecko zostało tam samo! Aż mnie ciarki przechodzą na myśl, co ja zrobiłam.

O tym, by matka mogła być razem z dzieckiem, nie było wówczas mowy. Mało tego, odwiedziny były możliwe raz w tygodniu, w niedzielę. Rygorystyczny regulamin nie pozwalał na swobodne przebywanie z dzieckiem nawet w dzień odwiedzin, bo jak przyszedł czas poobiedniej drzemki to dzieci były od rodziców zabierane. Ludzie, jaki tam był wtedy płacz, jaka rozpacz.
Siedzieliśmy w holu czekając na magiczną godzinę albo cud myśląc, że może pielęgniarka się zlituje i cichutko wypuści nasze dzieci, które i tak nie będą spać.  Nic z tego.  Z sypialni dziecięcej dochodziły wrzaski pielęgniarek, potem to stopniowo cichło.

Pracowałam na zmiany i miałam co drugą niedzielę wolną ale jakoś się zamieniałam i jeździłam w odwiedziny co tydzień. Pięć czy sześć godzin podróży w jedną stronę i tylko chwila z maluchem, który wyglądał tak, że serce pękało. Blady, sińce pod oczkami, smutny. Rozum mówił, że to konieczne, lekarz zapewniał, że syn ma zabiegi ratujące nadwątlone płuca, nie kaszle i ma się lepiej. Nie wiedziałam, co robić. Z jednej strony czułam, że powinnam natychmiast zabrać stamtąd dziecko bez względu na wszystko, a z drugiej – tam było dużo dzieci, miałam wrażenie, że inni rodzice są spokojniejsi i tych warunków tam panujących i tych rozstań tak nie przeżywają, tylko ja panikuję.

Owoce, słodycze i zabawki były zabierane do wspólnej puli. Zabawki już do dziecka nie wracały. Dzieci musiały same dbać o swoją garderobę. W pierwszym tygodniu mój pięciolatek chodził cały czas w tym, w czym przyjechał, bo jego rzeczy zostały wraz z torbą gdzieś zabrane. Miał nakazane wrzucać brudną odzież do jakiegoś pojemnika, ale przecież nie miał się w co przebrać, chodził więc brudny. Potem już woziłam czystą odzież i piżamkę na przebranie, co było w tygodniu to nie wiem.

Trwało to kilka tygodni, wreszcie wraz ze mną pojechała sąsiadka ze swoim synem, który za Ukaszem tęsknił bo to byli  koledzy nierozłączni.

W tym samym dniu w drodze powrotnej nie mówiła mi nic, milczała. Bo wówczas  nie wszystko mówiło się przy dzieciach. Dopiero potem stanowczo powiedziała – ja bym swojego syna nie zostawiła tam nawet na godzinę, niech go pani zabiera jak najszybciej! Po kolei racjonalnie wymieniła argumenty - co się jej nie podobało i co uważa za niedopuszczalne.

Pojechałam.  Pielęgniarki zabroniły mi widzieć się z dzieckiem, bo ma ospę. W tej samej chwili poszłam do lekarza żądając wypisu. Wiozłam do domu chorego chłopczyka całego w fioletowych kropkach i pewnie zaraziłam pół autobusu.
Nigdy sobie nie wybaczę tego sanatorium. Bo nie rozumiem, czemu wtedy nikt z nas stanowczo nie protestował, nie powiedział – mam gdzieś wasze regulaminy, krzyknij jeszcze raz jedna z drugą na moje dziecko to pożałujesz do końca życia, niech się tylko słowem poskarży!
Kilka lat temu byłam w tamtym miejscu. Budynek był opuszczony, straszył zabitymi oknami i zardzewiałym łańcuchem na bramie. Upłynęło 20 lat a ja poczułam ten charakterystyczny skurcz gardła. To co dopiero musiały czuć tam te dzieci. Ech. 

Zaprzyjaźniony bloger opisał bardzo podobne doświadczenia.

57 komentarzy:

  1. Już wiem czemu mama nie chiała mnie puścić do sanatorium. Zbgroza, aż mnie ciarki przeszły. Mnie lekarz chciał skierować ze względu na reumatyzm w bardzo młodym wieku. Cóż zamiast sanatorim dostałam zastrzyki, ale z dwojga złego chyba lepiej na tym wyszłam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też mam takie kawałki z życiorysu, które powodują kluchę w gardle.
    Syn był tylko raz w szpitalu na usunięciu trzeciego migdała, a ja do tej pory pamiętam jego łzy kiedy zabierano go siłą ode mnie.
    Byłam tam trzy doby. Teraz jest inaczej, na szczęście.

    OdpowiedzUsuń
  3. Rozumiem Cię Klarka i domyślam się jak się dziś, ze swoim doświadczeniem i rozumem z tym czujesz. Czy Ukasz o tym wie? O tym co dziś myślisz?
    I tak Cię podziwiam, że masz odwagę się do tego sama przed sobą przyznać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. nieraz o tym gadaliśmy, potem było za to bardzo fajne sanatorium pod ziemią w Wieliczce i tam zjeżdżaliśmy cały czas razem. Nie roztrząsamy za bardzo błędów bo po co, było i jest milion fajnych rzeczy, a co złe, to przełknięte i trudno.

      Usuń
  4. Teraz jest inaczej rodzice zostają cały czas z dziećmi. Nie tak dawno jak jeździłam na naświetlania na okulistykę, czasami matki zostawały z 8-9 latkami, które w sumie już z powodzeniem dały by sobie radę same (są jeszcze pielęgniarki) To sanatorium to takie jak sierociniec, z jakiegoś horroru, nic dziwnego że budynek stał się po latach zabitą dechami ruiną.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja swój pobyt w sanatorium w Kołobrzegu też wspominam traumatycznie, chociaż miałem kilka lat więcej.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. I w szpitalach kiedyś matki nie mogły być z dziećmi! A teraz dzięki Bogu mogłam być z Oleńką 24/24:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. tak, były ścisłe godziny odwiedzin lub można było popatrzeć na dziecko przez szybę z korytarza

      Usuń
    2. Byłam dzieckiem, gdy moja półroczna siostra z ciężkim zapaleniem płuc i po tym, gdy omal nie umarła, wylądowała w szpitalu, a moja mama mogła do niej jeździć tylko w wyznaczonych porach... Mama do dziś (a minęło prawie trzydzieści lat) wspomina płacz dzieci na tym oddziale... Zanim siostra wróciła do domu, mama w jej łóżeczku trzymała na nasz użytek lalę, bo tylko wtedy nie pytaliśmy o małą... Dziś sama będąc mamą, nie wyobrażam sobie tego... Pozdrawiam ciepło :)

      Usuń
  7. o rany jaka trauma :/ ja też byłam strasznym zdechlakiem pamiętam bańki zastrzyki, obrzydliwe antybiotyki, które trudno było przełknąć, strach przed znajomą rodziców - pielęgniarką, która przychodziła mi kłuć tyłek ;) Dzisiaj już te wspomnienia tak nie przerażają, co było to było...

    OdpowiedzUsuń
  8. Robiło się dla dobra, ale nie wiadomo czy dobrze. A ileż jest osób co to do przeszłości chciałoby wrócić, ja nie.

    (po 50)

    OdpowiedzUsuń
  9. ja na szczęście odwyk od "oskrzeli" miałem na 3 tygodniowych koloniach zdrowotnych w Gdyni, dzięki temu obyło się bez traumy, a niektóre znajomości pozostały do dzisiaj. No i z tamtych czasów pozostała mi miłość do Gdyni :)

    OdpowiedzUsuń
  10. zastanawia mnie tylko czemu mialo to sluzyc niby, regulamin w sensie? bo chyba nie o dobro dziecka chodzilo...

    OdpowiedzUsuń
  11. Wydaje się, że to co wydarzyło się w latach sześćdziesiątych w pewnym szpitalu powiatowym nie mogło się wydarzyć a jednak się wydarzyło. Kiedy byłam bardzo mała, moja nie pracująca Mama wynajmowała wiejską chałupę nad Liwcem i od maja do października spędzałyśmy tam czas. Ciężko zachorowałam (ropne zapalenie wyrostka robaczkowego z powikłaniami i 6 tygodni w szpitalu). Tamtejszy chirurg, dyrektor szpitala nie tylko uratował mi życie. Chociaż wszystko przy operacji rwało mu się w rękach nie dopuścił do rozlania się ropy w otrzewnej. Lekarze asystujący mówili potem, że to był kunszt sztuki lekarskiej.
    Dyrektor zezwolił mojej Mamie na całodobowe przebywanie przy mnie. Początkowo spała przy moim łóżku na rozkładanej polówce. Gdy mój stan się poprawił odstąpił swój drugi, małutki gabinet. W dzień przyjmował tam pacjentów a w nocy służył Mamie za sypialnię. Spała na kozetce lekarskiej a jadła w stołówce dła personelu za drobną odpłatnością. Jedyną traumą jaką pamiętam, było to, że chciano mi zrobić lewatywę a ja na to nie pozwoliłam wrzeszcząc na cały szpital tak, że cały personel zleciął się do sali. Do dziś zresztą nie dam sobie nic tam wsadzić.

    OdpowiedzUsuń
  12. Aż mi się płakać zachciało.

    OdpowiedzUsuń
  13. bardzo ci współczuję ,bo sama wielokrotnie przebywałam ze swoim synem w szpitalu (chorował również na oskrzela i zapalenia płuc), ale gdybym miała go tam zostawić samego to ...... no właśnie?to co? po prostu bezsilność, tylko czemu osoby ,którym powierzasz dziecko na opiekę ,tak się zachowują jak dzicy.?Dobrze że coś się zmieniło w tym chorym państwie.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja pozwoliłam na kłucie debilnemu lekarzowi mojej rocznej córeczki jakieś 10 razy, bo TRZEBA przecież było pobrać krew. Gówno było trzeba. I tak się nie dało. Durna byłam strasznie i od tego czasu o nie nie nie, nigdy się już nie dałam wrobić. Jak córka miała mieć operację w wieku półtora roku i oczywiście, szpital zamknięty, wizyty dwa razy w tygodniu i takie tam idiotyzmy, uzbieraliśmy ze studenckiego stypendium sześć i pół miliona (haha!) i poszliśmy prywatnie. W tym samym szpitalu, na tym samym oddziale, mogliśmy być z dzieckiem cały czas i tylko jedną dobę, bo więcej nie trzeba było, reszta juz w gabinecie. Dało się. Za pieniądze.

    OdpowiedzUsuń
  15. Mój mąż był w prewentorium jako dziecko 6-7 letnie; podobne warunki - widzenie w weekendy. Cytuję: " z poczatku nie, tęskniłem, ale się oswoiłem, znalazłem kumpli do brojenia i było git, tam miałem swoją pierwszą dziewczynę, trzymalismy sie za ręce i strzelaliśmy kaczorki :) po powrocie mówiłem po wiejsku i o wszystko sie pytałem, np. czy mogę się poczęstować jabłkiem?"

    OdpowiedzUsuń
  16. Za małe dziecko ,
    pięciolatek to nie to co dziecko już szkolne :-(
    Ale to było oczywiste, że chciałaś dla niego jak najlepiej...

    OdpowiedzUsuń
  17. Faktycznie to straszne, ja jak miałam dwa latka ciężko zachorowałam i leżałam w szpitalu...nigdy tego nie zapomnę...takie czasy.

    OdpowiedzUsuń
  18. Nie do pomyślenia.
    Aż mnie ciarki przeszły.

    OdpowiedzUsuń
  19. no dramat... i tak się żyło, a te pielegniarki! to tez przecież były matki... w głowie się nie mieści... dobrze, że teraz troche lepiej ( bo nie zawsze jednak...:-()

    OdpowiedzUsuń
  20. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  21. To jakaś wykańczalnia, a nie sanatorium. Tak kiedyś było- nie było odwiedzin.
    Pamiętam leżałam po operacji- wiłam się w okrutnym bólu, po twarzy ciekły łzy, a mamie nie pozwolili wejść.
    Staruszki na sali pocieszały mnie jak mogły.
    Tylko znajomej pielęgniarce pozwolono wejść.
    Koszmar tamtych lat.
    Dzisiaj na odmianę za dużo ludzi w szpitalech, co też jest bardzo męczące dla obłożnie chorych pacjentów.

    OdpowiedzUsuń
  22. Makabryczne wspomnienia. Niestety tak wtedy było w wielu sanatoriach dziecięcych. Nie wiadomo było kiedy postąpi się właściwie. Czy zabierając dziecko czy też pozostawiając z rozdartym sercem. Ja tez wzięłabym dziecko do domu Serdeczności Klarko.

    OdpowiedzUsuń
  23. Niestety większość z nas ma takie przezycia.Ja musiałam moją wtedy 4 letnią córkę zostawić w szpitalu.Nie było już tak strasznie jak to opisujesz,ale musiałam ją zostawiać na noc i to było dla mnie straszne przezycie.Na szczęście trafiłam na cud pielęgniarki,które pozwalały mi i mojemu mężowi posiedzieć,aż zasnęła.A w dzień kiedy byłam w pracy mógł z nią byc jej ukochany dziadek a mój tata.Ale nigdy nie zapomnę gdy pierwszego wieczoru zostawiłam ją w szpitalu i wracałam sama zapłakana do domu.Cały czas myślałam co będzie jak sie obudzi,co będzie rano,jak będą jej robić zastrzyki.Koszmar.Rok temu mój synek również trafił do szpitala i okazało się,że nie było najmniejszego problemu aby zostać z nim na noc,aby przynieść mu ulubione zabawki,jedzenie.Teraz jest zupełnie inaczej,nawet mogłam z nim być w trakcie zabiegów w pokoju zabiegowym.To dobrze,że już dzieci są inaczej traktowane.

    OdpowiedzUsuń
  24. Opuszczony budynek po byłym sanatorium, gdzie maltretowano dzieci. Toż to doskonałem miejsce do nakręcenia przerażającego horroru!

    OdpowiedzUsuń
  25. Moja córka była w sanatorium w Rabce 17 lat temu. Miała tylko 3,5 roku... Jeździłam do niej pociągiem z Warszawy co weekend. Samo sanatorium i warunki tam panujące mnie przerażały. Ale o dziwo - moje dziecko było całkiem zadowolone. To ja ryczałam jak wariatka jak przyjeżdżałam a jeszcze bardziej jak odjeżdżałam, ona nie! Miała podobno fajne "ciocie". Jedyne co jej zostało w pamięci to to, że nie wszyscy chcieli się z nią bawić bo była najmłodsza.

    Jak miała 6 lat wylądowała w szpitalu na tydzień. Tym razem mogłyśmy (oczywiście za opłatą) być razem. Tylko ja nie mogłam wychodzić z oddziału...

    Olena

    OdpowiedzUsuń
  26. serce ściśnięte...
    ...i mam podobne traumatyczne wspomnienia-w wieku 6 lat trafiłam do szpitala i mamę mogłam oglądać tylko przez szybę.Cały czas beczałam a pielęgniarki albo krzyczały, albo ignorowały.Jeszcze dzis na samo wspomnienie mam ciarki.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  27. Nam też z mamą dziś pod wpływem przeżyć szpitalnych wspomnienia się pojawiły na temat moich pobytów w szpitalu, na szczęście krótkich, bo byłam raczej zdrowym dzieckiem.
    W ubiegłych latach faktycznie jakoś niektórym brakowało siły, żeby się sprzeciwić.
    Moim rodzicom też, karnie przyjmowali wszelkie zalecenia, jak mnie położyli w szpitalu, to od razu na dwa tygodnie, odwiedziny niedziela jak opisałaś.
    Zdejmowanie opatrunku, bolesne z policzka, pamiętam do dziś. Zastrzyki i ogólną atmosferę z tymi obcymi dziećmi trochę pamiętam, ale większość wyparłam, chyba więc było strasznie...
    Dobrze, że mnie przynajmniej dobrze zaszyli i nie mam śladów.
    Uściski, syn na szczęście z tego wyrósł, a wtedy dobrze zrobiłaś, dobrze, że ktoś Cię w tym wsparł!

    OdpowiedzUsuń
  28. To na pewno było straszne, ale dziś ludzie przeginają w druga stronę.Rozkładają się całymi rodzinami w szpitalu,jedzą,piją bez umiaru..jak na pikniku.Przynoszą choremu dziecku tony jedzenia,telewizor,laptopa i co tam jeszcze:)Nie przejmują się innymi,ignorują personel,śmiecą,nierzadko śmierdzą,ale dziś wszystko wolno.
    Pozdrawiam.Bata

    OdpowiedzUsuń
  29. dobrze, ze czasy się zmieniają;
    mimo wszystko

    OdpowiedzUsuń
  30. masakra... ale przecież nie moglaś wiedzieć, przypuszczać, wiedziałąś, ze robisz dla dobra.
    Do tej pory nie mogę zrozumieć kretyńskiego myślenia tamtejszych lekarzy i pielęgniarek, że rodzice nie mogą odwiedzać dzieci zbyt często, bo potem dzieci płaczą. A pewnie, że płaczą, a wystarczyło zrozumieć, ze dużo łatwiej się je leczy przy rodzicach.
    Cokolwiek się stało, to Ukasz przecież wie, że zrobisz wszystko dla niego i że Go kochasz

    OdpowiedzUsuń
  31. o rany, to jak opis z horroru!
    Jak dobrze, że czasy się zmieniły. Moja najstarsza córeczka była raz w szpitalu, ale mogłam ją odwiedzać codziennie i śmieszne było to, że czasem miałam wrażenie, że jej przeszkadzam, bo była tak zajęta zabawą z innymi dziećmi.

    OdpowiedzUsuń
  32. Samej mi się gardło ścisnęło, jak czytałam. Okropne. Zostawiłam kiedyś synka w szpitalu na kilka dni kiedy miał roczek. Był tylko 3 dni i odwiedzin nie było w tym czasie. Ale potem, jak miał ze 3 - 4 latka też trafił do szpitala, odwodnił się podczas choroby i tym razem już było inaczej. Po pracy jeździłam do szpitala, nie było problemów, abym została z nim do późnego wieczora. Tak więc od 16:00 do 22:00, 23:00 warowałam na oddziale. Pielęgniarki były zadowolone, bo wiedziały że tam jestem i zerkam na wszystkie dzieci, a one do mnie lgnęły, bo żadna inna mama w tygodniu do dzieci nie zaglądała. Dzieci nie były leżące, więc biegały, bawiły się razem,ja im czytała książeczki, potem szły spać, jak zasnęło ostatnie to wymykałam się na ostatni autobus o 23:20. A mój syn to był taką przylepą, że kiedy mnie nie było to zawsze się jakiejś "cioci -pielęgniarki" czepiał, ona go nawet ze sobą do dyżurki zabierała. Tam były miłe pielęgniarki choć to też 20 lat temu.

    OdpowiedzUsuń
  33. Cieszę się...gałązki? Palmowej!
    Po 33 latach to nie wiadomo jak...
    Na problemy z odkrztuszaniem polecam jaskinie solne, dogrzewanie itd
    Piękny widok-tAkie wrota. Zasłużenie.
    Ps tym razem inteligentne zadanie choć z marszu: rola blondynki irytuje mnie...choć jak gospodarować...p.burmistrza...to tam macie taki trójkąt berudzki z wykrzyknikiem gdzie wciągają....że umysły dalekie od logiki.wciągają pieniądze regionu na lipne bzdury tłumaczenia....Ale co się w moim regionie dzieje- wiem?
    Iza R

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zad. Matematyk.
      Ile płotów trzeba przeskczyc by połamać ozdobne krzewy? Bo ja mam ogródki w wyznaczonym terenie dodatkowym llutym potokiem o wys metra=podwójną ciągła.
      I gospodynie naprawdę dumną z terenu zielni w który zainwestowała mnóstwo środków.po śmierci męża leczy depresję...na chłodno o nieodpowiedzialnych matkach chorych dzieci?czy niedopilnowanych.
      IR

      Usuń
    2. 3lata temu było zgłoszenie o zniszczonym młodym nasadzeniu drzewek.Połamane i pozabieranej młode drzewka...może skojarzyć 997 regionalne."tuż za zakrętem..."-jak kije...
      IR

      Usuń
  34. Ja też mam traumatyczne wspomnienia z pobytu w szpitalu, miałam pięć lat, a do dziś mam przed oczami, jak mnie zabrali od rodziców, którzy musieli zostać za drzwiami korytarza, "za szybą". Czułam się tak, jakby mnie nie chcieli, w dodatku po tygodniu pobytu, gdy miałam już obiecane "wyjście", choroba się odnowiła, i musiałam zostać na kolejne dni. Miałam wielki żal do rodziców, że nie chcą mnie zabrać i odwiedzać, a oni po tej drugiej stronie płakali, że nie mogą mnie przytulić i muszą zostawić samą... Na szczęście też znalazłam tam "ciocie", ale trauma i tak została.
    Moja 4-letnia córka już 4 razy musiała leżeć w szpitalu, i dzięki Bogu mogłam z nią być przez cały czas, nawet na noc zostawałam, w dzień na moment ktoś przyjeżdżał mnie zmienić, żebym mogła jechać do domu się wykąpać, i wracałam. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła takie małe dziecko zostawić na tydzień, zupełnie bez odwiedzin, a kiedyś tak właśnie było.
    I gdzie tu dobro dziecka, skoro odczucie opuszczenia przez najbliższych pozostaje na długo, a trauma po szpitalu na zawsze???

    OdpowiedzUsuń
  35. To prawda, że straszne. Przypomniałaś mi Klarko moje traumatyczne przeżycia z podobnego doświadczenia. Pozwól się zaprosić:
    http://tatulowe.blog.onet.pl/2009/05/30/madroscia-dziecka-jest-ufnosc/

    OdpowiedzUsuń
  36. Ty pamiętasz, ale twój syn zapewne (na szczęście) nie.
    Mnie się też z mojego pobytu w szpitalu (w wieku lat 7) kołacze w głowie wspomnienie jakiejś grozy i osamotnienia, ale bez szczegółów.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  37. moje starsze dziecko miało 3 latka jak na krótko trafiło do szpitala. można było przyjść i popatrzeć na niego przez szybkę ale tak, żeby on nas nie zauważył. a jak już przyszliśmy go odebrać, to jak nas zobaczył, to przypiął sie jak kleszcz i ryczał w niebogłosy, żeby go nie zostawiać. chyba nic złego mu sie nie działo, tylko został tam zabrany z zaskoczenia. i bał się, że nie wróci do domu.

    OdpowiedzUsuń
  38. Myślę,że to nasze wychowanie w PRL-u,w tamtych czasach to z nas robiło,że nie umiałyśmy krzyczeć.Bardzo szanuję,że umiałaś nam powiedzieć,że w pewnym sensie-nawaliłaś.Ja też nie umiałam walczyć,też nawalałam,głównie w szkole synów.Basia

    OdpowiedzUsuń
  39. Obudziła Pani demony, Pani Klarko... Tak czytam i tylko czekam na komentarz mojej mamy, która mnie niespełna pięcioletnią tez musiała zostawić w szpitalu. Przeżyłyśmy, obie, bez tego pobytu w szpitalu pewnie nie byłoby to możliwe. Niestety nadal pamiętam szczegóły, których nie chcę pamiętać. Ale rozumiem, że wyboru nie było.

    OdpowiedzUsuń
  40. znam te sytuacje. Moja siostra od dziecinstwa chorowala na astme. lekarz dla podratowania zdrowia tez wypisal skierowanie na sanatorium (miala 6 lat) tylko ze w gorach a moi rodzice mieszkaja w okolicach torunia wiec nawet o cotygodniowych odwiedzinach nie bylo mowy. tez ja mama zabrala szybciej ale do tej pory nie moze sobie tego przebaczyc. a siostra chorowala nadal.. dopiero rozwoj medycyny i farmacjii pomogly

    OdpowiedzUsuń
  41. Klarko, aż serce zabolało! Jak dobrze,że to dawno,że potem było lepiej, że Ukasz wie,że tak trzeba było!
    Ściskam Cię mocno!

    OdpowiedzUsuń
  42. Ja też byłam w sanatorium w Wiśle, i to całkiem niedawno (2006 r.). I też mam traumatyczne wspomnienia (głównie permanentny głód). Na szczęście miałam już wtedy 16 lat i "umiałam o siebie zadbać" - mimo że pobyt miał trwać 3 tygodnie, przekonałam rodziców, żeby po mnie przyjechali po dwóch (jestem z centralnej Polski). Dramat. ;)
    Pozdrawiam Cię Klaro serdecznie! :)
    Emilia

    OdpowiedzUsuń
  43. Byłem w tym "sanatorium" w latach 60 -tych.Miałem wtedy 7-8lat.Dodam że pielęgniarki zakazywały po ogłoszeniu ciszy nocnej chodzenia do ubikacji tak to nie żart.To był prawdziwy koszmar.Kąpiele były raz w tygodniu wszyscy razem chłopcy z dziewczynkami staliśmy po 3 osoby w 1 wannie i byliśmy myci.

    OdpowiedzUsuń
  44. GORD Rabka Zdrój - rok o ile dobrze pamiętam 94. Standardem było to aby dzieci straszyć aby nie skarżyły się rodzicom ponieważ gdy wypiszą cię wcześniej będą płacić kolosalne sumy za pozostałe dni Twojego pobytu. Bardziej niesforne oraz rozbuchane dzieci były zastraszane oddziałem karnym....Chodziłem na zabiegi kilka razy na drugi koniec budynku - siostra mnie tam zostawiała ja czekałem, bo miałem czekać jednak nigdy żadnego zabiegu się nie doczekałem. Byłem 10-11 letnim chłopcem trochę "przy ciele" być może lekko otyłym, z tego powodu byłem tam szczególnie "lubiany" przez siostry oddziałowe... Dziś mam ponad 30 lat, cholerną traumę z tamtego okresu, czuję że tamten pobyt namieszał wiele w mojej psychice i za każdym razem jak o tym myślę mam wrażenie że powinienem w końcu zażądać zadośćuczynienia za rzeczy które tam doznałem....

    OdpowiedzUsuń
  45. Również należałem do chorowitych dzieci, w domu były mikstury na wszystko. Niemniej to było w granicach rozsądku oraz do zniesienia. Mieszkaliśmy z dziadkami wobec czego przyzwyczaiłem się do ich stylu bycia, nadgorliwości, prehistorycznych nawyków.

    Mając jakieś jedenaście, może dwanaście lat trafiłem na ortopedię w jednym z podmiejskich szpitali na skutek wypadku na zajęciach wychowania fizycznego. Miałem trochę szczęścia, poskładali mnie, wyszedłem bez szwanku. Kilka razy trafiłem tam na badania stwierdzono skrzywienie kręgosłupa. Padła propozycja abym tam wrócił i przeszedł rehabilitację, jeśli się nie powiedzie to problem miał być rozwiązany za pomocą zabiegu.

    Sytuacja była poważna. Pewnego dnia stawiłem się w izbie przyjęć, umieścili mnie na kilka długich tygodni na oddziale. Wówczas nazywał się on "ortopedia i rehabilitacja". Codziennie przez ileś godzin odbywały się ćwiczenia pod okiem fizjoterapeutów. Dość często badali mnie aby kontrolować postępy. Wśród lekarzy było kilku praktykantów, a ja służyłem jako model na którym omawiano zagadnienia związane ze skoliozą. Z racji, że były postępy to specjalnie mi to nie przeszkadzało.

    Głównym problemem szpitala było żywienie. Posiłki były bardzo skromne, a pacjenci głodni. Rodzice mieli dość daleko, budżety skromne więc dzieliliśmy się tym co kto miał, a do tego kupowaliśmy na ile było nas stać to co było osiągalne w nielicznych i równie słabo zaopatrzonych sklepach.

    W szpitalu obowiązywały ścisłe zasady dotyczące wizyt w toalecie. Brak takowych przez dwa dni oznaczał konieczność przejścia przeczyszczania. Pielęgniarka umieszczała w pupie czopek, który miał pomóc, a że ten nie działał to wieczorem zapraszała do zabiegowego. Jak już byliśmy w pomieszczeniu to za pomocą przyrządu o dźwięcznej nazwie irygator wykonywała lewatywę. Była dumna i blada. Zabieg powtarzała kilka razy w tygodniu bo nigdy nie byłem w stanie wstrzelić się w harmonogram zgodnie z którym mój układ trawienny powinie funkcjonować.





    OdpowiedzUsuń
  46. Horror,wierze we wszystko co tu piszecie,wspomnienia różnią się tylko miejscem pobytu i fantazją pielęgniarek i opiekunów psychopatów,bezlitosnych trzymających się regulaminów, nie ma w tym wszystkim tu człowieka,dziecka,którym zobowiązano się pomóc i zapewniano poprawę zdrowia a przez to też życia na lepsze. Ja byłam umieszczona w prewentorium w Bielawie w latach 90, trauma do dziś. Pamiętam jak rozebrano nas wszystkie dzieci do naga i lano na nas ze szlaufa zimną wodą, bo akurat dzisiaj zabrakło ciepłej. Horror. Ciesze się, że się czasy zmieniają i dzieci zaczynają mieć swoje prawa,czy to w szkole czy na wyjeździe sanatoryjnym.Mają prawo się komuś poskarżyć.

    OdpowiedzUsuń
  47. Nigdy nie chciałem chwalić się takimi historiami. Uważałem to za dość dyskretną sprawę. Nie wiedziałem czy to jest odosobniony przypadek czy też pewna kultura pracy. Wypowiedzi przedmówców wskazują, że był to pewien element kultury pracy ludzi wywodzących się ze służby zdrowia. Taki relikt z przeszłości. Pacjent, a zwłaszcza ten niepełnoletni, był towarem.

    Byłem w szpitalu kilka razy i za każdym razem sposób funkcjonowania wpisywał się w przedstawione przez przedmówców schematy. Brak poszanowania dla prywatności i ciała był na porządku dziennym.

    Po tych historiach znienawidziłem spać w piżamach bowiem miałem z tyłu głowy historie z przeszłości.

    Niedawno widziałem na flickr fotoreportaż ze szpitala psychiatrycznego rodem z DDRu. Trochę zmroził mnie, niemniej kiedyś służba zdrowia funkcjonowała w takich realiach.


    OdpowiedzUsuń
  48. byłem tam dwa razy,w 1966i 1968'cudowna zima ,spacery.było fajnie.Za pierwszym razem bardzo tęskniłem za mamą,nie chodziłem jeszcze do szkoły.Następnym razem byłem w drugiej klasie i chodziliśmy na lekcje,wtedy rodzice przyjechali ze dwa razy w niedziele

    OdpowiedzUsuń
  49. Byłem w sanatorium w Rymanowie Zdroju pod koniec lat 80 jako niespełna 8 letnie dziecko i do dziś pamiętam ten brak intymności i potwierdzam , że byłe wspólne prysznice (chyba w soboty). 2 Baby zapędzały dzieci (chłopców, nie wiem jak było u dziewczyn) do takiej takiego pomieszczenia gdzie były kabiny z wannami kazały się wszystkim rozbierać i stanąć przed kabiną gdzie była wanna w kolejce i żeby było szybciej stały dwie przy wannie i brały po dwóch chłopców na raz do wanny gdzie myły włosy itd. Jakiegoś molestowania tam nie zauważyłem ale te panie opiekunki nie były zbyt miłe, poza tym byłem małym wstydliwym i nieśmiałym chłopcem a tu takie coś mnie spotkało.
    -Co do innych atrakcji to w sobotę rano przed 7.00 brały dzieci pod gabinet zabiegowy na pobranie krwi trzeba było ustawić się w kolejce i po kolei wchodzić do gabinetu wrednej i niedelikatnej pielęgniarki, niektórzy młodsi się bali mdleli to baby się z nich śmiały przy wszystkich albo wyzywały (tak było co tydzień)
    -poza tym dyscyplina była tam jak w wojsku : wszystkie rozkazy wychowawczyń trzeba było spełniać bez wahania i z zegarkiem w dłoni. Rano i wieczorem był apel na korytarzu , gdzie rozliczano publicznie tych niepokornych i zbuntowanych. Po jakimś czasie tak wyprali wszystkim mózgi że nikt się niczemu nie sprzeciwiał (u mnie były dzieci od 1 do 5 klasy szkoły podstawowej starsi byli piętro wyżej gdzie nie wolno było nam chodzić). Za opuszczenie oddziału były kary , za łażenie gdzieś po ciszy nocnej czyli po 21.00 były kary (wolno było tylko iść do WC), w pokojach musiał być nienaganny porządek , przed pójściem spać trzeba było ułożyć ubrania w kosteczkę , po wstaniu rano trzeba było piżamy ułożyć w kosteczkę i idealnie zaścielić łóżko (nie mogło być pofałdowań i gór na pościeli)

    Ogólnie to sanatorium kojarzy mi się jak jakiś obóz karny dla dzieci a nie miejsce gdzie przebywa się dla podratowania zdrowia. Jak by ktoś chciał powspominać to zapraszam : corben.dallas@interia.pl


    OdpowiedzUsuń
  50. Byłem w tym prewentorium czy też sanatorium dwa razy. Pierwszy końcem lata 1970 roku. Miałem 7 lat i astmę oskrzelową. Zbiórka dla dzieci ze starego woj.śląskiego była w pałacu młodzieży w Katowicach. Dzieci zaraz przy wejściu do jakiejś sali i po sprawdzeniu czy nazwisko jest na liście były prowadzone do innej sali i tam czekaliśmy na autobus. Z rodzicami już się nie widzieliśmy. Kto nie zdążył się pożegnać, a raczej nikt nie zdążył bo nikt nie wiedział że już przed wyjazdem się z rodzicami nie zobaczymy . Do autobusu szliśmy w eskorcie , rodzice patrzyli na nas z daleka. Potem jak siedzieliśmy już w autobusie to rodzice mogli podejść i widzieliśmy się tylko przez szyby. Miałem 7 lat, za sobą kilka samotnych pobytów w szpitalu , było mi smutno i przykro ale pocieszałem inne ,młodsze płaczące dzieci. W autobusie był jeden ryk dzieci i wrzaski kobiet z personelu które nas pilnowały. Przez całą drogę nie było przestanku na sikanie. Nie wszystkim udało się sucho dojechać. Na miejscu zapędzili nas do pomieszczenia na parterze po lewej stronie budynku.
    Tam kazano nam oddać walizki i rozebrać się do naga., Wszyscy razem ,chłopcy i dziewczynki. Wiek od chyba 5 lat do 10 może 12 lat. Starsi byli w innej sali i innej grupie. Kto się nie rozebrał dostawał lanie. Było nam zimno, staliśmy nagp, bo nie to była pusta sala, bardzo długo. Znowu płacz dzieci i wrzaski cholernych bab. Potem byliśmy sukcesywnie myci i strzyżeni i dostaliśmy własne piżamy. Przed wyjazdem rodzice dostali rozpiskę ile i jakich ubrań mają dać dziecku do walizki oraz że mają na każdej sztuce odzieży wyhaftować imię i nazwisko dziecka. Tak więc po wywoływani po nazwisku dostaliśmy piżamy i poszliśmy na obiad a potem do łóżek. Na drugi dzień dostalismy własne ubrania , dobrane według widzimisię wychowawczyni i potem była prawdziwa musztra. Co wolno , co nie. Nie wolno było praktycznie nic bez pytania. Normalny terror, tak bym to teraz nazwał. Bicie i kary za wszystko. Całkowite posłuszeństwo. Jak ktos podczas ciszy popołudniowej zaczoł gadać to wylatywał do konta na sali środkowej , takiej pomiędzy salą chłopców i dziewczyn.. Były różne warianty, stanie normalne przodem do konta, stanie jak poprzednio ale z rękami podniesionymi do góry, klęczenie zwykłe i klęczenie z rękami do góry. I najgorsze stanie lub klęczenie przodem do sali z rękami do góry lub nie ale za to bez spodni i majtek, tylko w bluzie. Podczas ciszy popołudniowej i nocnej nie wolno było iść do ubikacji. W ciągu dnia faktycznie nie było szans , francowate baby pilnowały i można było wylądować w koncie nawet za nie zamknięte oczy albo za zbytnie ruszanie się w łóżku. Chodziły po sali albo stawały za przeszkloną ścianą i obserwowały. W nocy cichaczem udawało się iść do ubikacji,
    Ubrania zmienialiśmy co tydzień, trzeba było iść po nie na ostanie piętro, tam był taki rodzaj szatni pilnowanej przez jedną sympatyczną i jedną wredną babę. Jak się trafiło na wredną ,to z twojej szafki( trzeba było znać numer – kto i gdzie go nam powiedział nie pamietam) przynosiła co chciała , i nie było gadania( czasem żeczy nie były tego kto prosił) trzeba się było rozebrać zmienić ubranie na czyste a brudne wrzucić do kosza. Ta milsza pozwalała wejść do szatni i wybrać co się chciało Można też było przebrać się w szatni , nie przy niej i innych korytarzu.

    OdpowiedzUsuń
  51. Ciąg dalszy --Przyjechałem tam końcem sierpnia. We wrześniu poszedłem tam do pierwszej klasy. Totalna olewka. Pomieszano klasę pierwszą,drugą i trzecią. Uczyliśmy się pisać i czytać jeden od drugiego. Nauczycielki nic nie uczyły tylko wrzeszczały. Na chyba drugiej lekcji kazały nam pisac listy do domu. Patrzyłem na kartkę kolegi z boku , chyba z 3 klasy bo ładnie pisał i starałem się pisac tak samo jak on. Nie znałem liter , nie umiałem pisać ale skopiowałem od niego trzy zdania. Mama ma ten list z rysunkiem do tej pory. Jak go czasem widzę to mnie szlag trafia. Widzenia z rodzicami w niedzielę , trwały może 2 godziny. Słodycze i zabawki faktycznie były odbierane. Tak jak drobne pieniądze które rodzice zostawiali nam na zakup[ lizaków czy też pamiątek podczas pieszych wycieczek do sklepu z Paniami opiekunkami. Potem jak chcieliśmy kupić lizaki to Pani mówiła ,ty już wszystko wydałeś. I ja tak wydałem wtedy 20 zł które dostałem od Taty żebym sobie kupił pamiątkę. Pamiętam tę babę która mi te 20 zł ukradła. Z zabiegów pamiętam gimnastykę i to wszystko.
    Drugi raz trafiłem tak wiosną 1971 . Końcem roku szkolnego. Już jako weteran tej placówki wiedziałem co i jak . Która wychowaczyni jest fajna a która nie. Tym razem patent na pieniądze od rodziców to było założenie każdemu dziecku książeczki PKO i wpłata pieniędzy na tą książeczką. Ile było wpłacane, nikt nie wie. Faktem jest to że nikt z nas nigdy nic nie wypłacił bo nie można był. Przy wyjeździe dostaliśmy te książeczki do domy. Jakie były to kwoty i czy zgadzały się z pobranymi od dzieci pieniędzmi nie wiem. Pod koniec pobytu miałem pecha i się przeziębiłem, zostawili mnie z kilkoma innymi pechowcami na drugi turnus. Było już po zakończeniu roku szkolnego, pamiętam śliczną pogodę ,wycieczki do lasu , zabawy w ogrodzie. Przyzwyczaiłem się , przystosowałem , wiedziałem co wolno i jak unikać wpadki. W końcu byłem odbywałem tam już trzeci turnus. Przyszła wtedy do pracy ( może tylko na wakacje – nie wiem tego) fajna młoda Wychowawczyni. Była sympatyczna i miła, wszyscy ją lubiliśmy. Była tam wyjątkiem w śród tych wrednych bab . Najgorsze były te niby wychowawczynie, pielęgniarki były dużo sympatyczniejsze, Panie na stołówce, w kuchni – całkiem fajne. Nie raz dały coś do picia albo jakieś jabłko ,nawet cukierka, jak się bawiąc w ogrodzie podeszło do okna w kuchni.. Niestety ogólnie niemiłe wspomnienia a szkoła to dno. Podczas pobytu tam nic się nie nauczyłem.

    OdpowiedzUsuń
  52. W trzeciej klasie szkoły podstawowej wysłano mnie do Rabki. Było to wielkie sanatorium im.Pstrowskiego – było całkiem znośnie, szkoła nawet nawet ,pamiętam że nauczyciele się starali i nawet była obecność sprawdzana. Opiekunowie też byli fajni, z zabiegów pamietam inhalacje, basen i dużo zajęć na sali gimnastycznej . Prowadzili je fajni rehabilitanci. To były najlepsze chwile pobytu. Dzięki tym zajęciom skończyłem AWF na kierunku rehabilitacja ruchowa. Widzenia z rodzicami w niedzielę , nie ograniczone czasowo – tylko na terenie sanatorium. Słodyczy i prezentów oraz pieniędzy nikt nie odbierał .
    Potem w wakacje po czwartej klasie byłem jeszcze w sanatorium na Kubalonce.
    Byliśmy w takim bocznym skrzydle ,daleko od oddziałów chorych na płuca i gruźlicę.
    Super luz, my prawie dorośli , personel prawie nas nie pilnował. Nocami siedzieliśmy przy otwartych oknach w sali gadaliśmy do 1 –2 w nocy. Nikt nie przychodził sprawdzać co robimy. Kiedyś wymkneliśmy się nocą do ogrodu. Potem były zamknięte drzwi i właziliśmy do sali przez okno po piorunochronie.
    Wycieczki nad rzekę, do lasu – tam mieliśmy po kilka godzin swobody. Łaziliśmy po lasach, nikt nas nie pilnował. Jak było wyjście na kwadrat ,czyli do ogrodu obok budynku to graliży w piłkę albo ganiali po zboczu góry i całym terenie ośrodka. Znaleźliśmy dziurę w płocie i chodziliśmy na szczyt kubalinki , na parking do baru ,nazywał się beczka bo był w wielkiej beczce i kupowaliśmy ciemne karmelowe piwo. Na terenie ośrodka było kino , puszczali nam Krzyżaków, Pana Wołodyjowskiego i inne filmy. Często były te filmy oraz inne występy i konkursy. Zabiegów nie pamietam żadnych. Rodzice mogli przyjeżdżać w niedzielę, widzenia czasowo nie ograniczone , można było z nimi wyjśc na przepustkę.
    Przeżyłem te pobyty i choć nie miłe niektóre wspominam to nie mam z powodu ich traumy.
    Dużo mnie ,szczególnie Wisła Głębce nauczyły życiowo.
    Ale mojego dziecka nigdy bym do sanatorium nie wysłał. Na szczęście nie musiałem nawet o tym myśleć bo obie córki są zdrowe.

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz