środa, 16 marca 2011

na stancji (druga część)

Babka dostawała szklankę wina i siedziała na krześle w kącie. Nie brała udziału w naszych wygłupach ale śmiała się razem z nami i czasem którejś groziła palcem – ej dziewucha dziewucha! A my kończyłyśmy – nie będziesz synową!
Wypalałyśmy Józkowi wszystkie papierosy jakie tylko miał i towarzystwo się rozchodziło. Papierosy były na kartki, my  nieletnie miałyśmy kartki na cukierki, to znaczy nasze mamy te kartki miały, no, ale skoro pracowałyśmy jak dorosłe, wymagano od nas jak od dorosłych to tak się czułyśmy. Nikomu to zresztą nie przeszkadzało, szkolne szatnie były siwe od dymu, z toalet dym buchał na przerwie jakby tam się palił grill, na praktyce paliłyśmy bez ukrywania się. Pamiętam zresztą jak raz warknęłam na  czyjąś uwagę:
 – Nie pal bo jesteś nieletnia!
- A do noszenia węgla i sprzątania zarzyganej posadzki to już jestem dorosła?

Zegar na klasztornej wieży wybijał pierwszą, szafkowy zegar w kącie milczał od dawna, bo podparłam mu wahadło parasolką po tym, jak kolejny raz obudzona nie mogłam już zasnąć do świtu, gdy za drzwiami pokoju ktoś stanął. Słyszałam wyraźnie kroki, potem zapadła niepokojąca cisza. W pokoju, w którym mieszkałam, nie było zamka w drzwiach, zamykały się tylko na klamkę. Nasłuchiwałam kilka minut aż wreszcie sięgnęłam po but stojący koło łóżka i rzuciłam go w drzwi.
 Łojezusie! – usłyszałam krzyk babki i wołanie – a kogo tam masz?
- Nikogo tu nie ma, można wejść i sprawdzić – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- To co tak huknęło? – nie wierzyła mi.
- Może straszy, może tu kto umarł, ja tam nic nie słyszę – odparłam. Nieprawda, słyszałam. Słyszałam skradanie, oddech, czułam czyjąś obecność.
 Może to był Józek, może babka, a może straszyło. Czasem się bałam, obudzona nie mogłam zasnąć, wstawałam więc i pisałam opowieści strasznej treści. Ile tam było duchów, upiorów, wisielców porwanych przez diabła prosto do piekła! Na zmianę oczywiście z wierszami o miłości. 
Było mi zimno. Wynajmując pokój nie sprawdziłam, jak jest z ogrzewaniem. W pokoju stał piec, w którym nigdy się nie paliło. Babka twierdziła, że nie trzeba w nim palić, bo mnie przecież i tak nie ma cały dzień i wystarczy otworzyć drzwi do kuchni to stamtąd najdzie ciepła a w nocy człowiek przykryty nie zmarznie. W jej części domu też było bardzo zimno. Oni się grubo ubierali, rzadko myli, często spali po południu, przywaleni grubymi pierzynami. Aby wejść do mojego pokoju, musiałam przejść przez pokój babki, więc widziałam to wszystko. Ja miałam mało odzieży i codziennie musiałam robić przepierkę, oczywiście w rękach, i te rzeczy mi nie schły, czasem ubierałam wilgotne.
 W grudniu się wyprowadziłam i wróciłam pokornie do domu. Skończyły mi się pieniądze, marzłam, zaczęłam chorować. Wróciłam do domu i oznajmiłam:
- Muszę tu jeszcze mieszkać pół roku!  
Na co mama odparła:
– A ktoś cię wyganiał? Sama chciałaś to poszłaś, chciałaś to wróciłaś.

Wróciłam bogatsza o bardzo ważne doświadczenie. Nie wiedziałam, że człowiek może być tak samotny, że w domu może być tak cicho, że są chwile, kiedy nie ma się do kogo odezwać. Dla mnie wówczas było to niewyobrażalne bo rosłam w gwarze, w ruchu, w trzypokoleniowej wielodzietnej rodzinie. Codziennie wpadały sąsiadki, pod nogami kręciły się koty, pod kuchnią zawsze palił się ogień, było po prostu CIEPŁO! 

11 komentarzy:

  1. Miałam kilka lat kiedy często zostawałam w domu...lubiłam te odgłosy skrzypiącej podłogi na strychu, czy poruszjaące sie firanki. W trudniejszych momentach samotność pozawalała na bycie sobą, np. śpiew, rysunek, pierwsze przygody z farbami (rodzice ówczesni jak to większość - bo się brudzi). Nie było mowy o pijanej babci czy rzucaniu przedmiotami.
    Podczas samotnego mieszkania narodziła się potrzeba atelier- takie miejsce do pracy art. I nadal we mnie jest. CHoć dom był prowadzony jako dosyć otwarty to jednak z zachowaniem indywidualnych predyspozycji, które niekiedy trzeba było szukać poza...
    PS Nie wiem czy o taki rodzaj ciepła - z zaniedbania i zakrzyczenia potrzeb autorki idzie? Bo nam w tej ignorancji cieplej.
    Bywa chłodno,zimno ale...profity bycia sobą są warte wiele. Przespać życie to chyba nienajlepszy pomysł.

    OdpowiedzUsuń
  2. Najbardziej w dojrzewaniu pomogło mi porównanie warunków u mnie w domu z innymi domami, czasem jakiś wyjazd. Ludzie często nie doceniają tego, co mają, dopóki brak im porównania, szczególnie młodzi i bez doświadczenia :))
    A Mamę miałaś bardzo otwartą!

    OdpowiedzUsuń
  3. a ja ciągle w domu, wygodna jestem, a co! ale ostatnio mam tak, że pół dnia jestem sama i nie mam sie do kogo odezwać. Ale nie jest ze mną tak źle - gdy rodzice wyjeżdżają np. na wakacje to z głodu nie umieram, a nawet zapraszam starszą siostre na obiad :)

    jeanette

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj nie zazdroszczę takiej stancji :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wyprowadzka z domu rodzinnego do mojego pierwszego własnego też mi się z zimnem i ciszą kojarzy :). Po generalnym remoncie na który wydałam fortunę, której nie miałąm w pierwszej pracy nie stać mnie było już na ogrzanie mieszkanie do satysfakcjonującej temperatury. Zimą więc siedzizałąm do oporu w pracy, w domu tylko ciepła kąpiel i do łozia :). Dobrze, że to trwało tylko pół roku :)))

    OdpowiedzUsuń
  6. Klarko, czasem trzeba spróbować;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Cenne doświadczenie :) Ciepło - jakże ważne...tak się zastanawiam tylko (ciut abstrahując) czy lepiej być samemu ale mieć ciepło w domu, czy ciepłą atmosferę, a marznąć fizycznie ;)
    Chyba jednak wolałabym grzejnik :D

    Mamę faktycznie można nazwać tolerancyjną :)

    OdpowiedzUsuń
  8. masy jeszcze ten zeszyt ze strasznymi opowieściami? jeśli tak to poproszę o próbkę twojej młodzieńczej twórczości:) da się zrobić?? pozdrawiam:***

    OdpowiedzUsuń
  9. Lipton_R spaliłam wszystko

    OdpowiedzUsuń
  10. Jak mi takiego CIEPŁA brakuje... Razem z chłopakiem rok temu (bez paru dni) przeprowadziliśmy się z do innego miasta, gdzie nikogo nie znaliśmy (z przytulnego Radomia 320km do wielkiego Wrocławia). Czasami popołudnia, a zwłaszcza niedziele, są dołujące; kiedy nie ma nic do powiedzenia, wymilczało się we dwoje co było do wymilczenia, nawet w TV nie ma na czym oka zawiesić, to wtedy miłe stają się te chwile które najbardziej wkurzały - niedziele wczesne popołudnie, w kuchni duszo bo i rosół, i ziemniaki, i kotlety się pichcą, i piekarnik z ciastem dodaje od siebie co nieco, kot i dwa psy ganiają się miedzy nogami, dwunastoletnia siostrzenica chłopaka próbuje wymusić najpierw deser, "teściowa" podminowana, że stół nie nakryty, "szwagier" gapi się w skróty NBA na cały regulator, "siostra" unowocześnia kuchnię "mamy" próbując oduczyć ją używania soli, tłuszczu etc. (długo bym tak mogła :)wtedy robi się wyjątkowo ponuro w naszym mieszkanku. O przyjaciołach nawet nie wspomnę - za bardzo nam ich brakuje...

    OdpowiedzUsuń
  11. Włos na głowie jeżył mi się od tych opowieści. Ja byłabym zbyt wygodna...

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz